„I tak warto żyć”

Egzystencja Harolda Chasena jest przewidywalna i równie czarno-biała jak eleganckie mieszkanie, które zajmuje wraz z matką. Wstaje. Realizuje następny „samobójczy projekt”, tzn. udawaną próbę pozbawienia się życia doczesnego, która ma poruszyć rodzicielkę (nie porusza). Idzie na kolejny pogrzeb nieznajomego.

Utartymi ścieżkami podąża też życie dystyngowanej pani Chasen. Spotkania z terapeutą. Organizacja wykwintnych przyjęć dla wytwornych gości. Niekończące się wymagania wobec służącej (im wyższe, tym wyżej Marie staje na palcach, by im sprostać). Tę jakże uporządkowaną codzienność zaburzają jedynie wspomniane poczynania Harolda. A może odpowiednia dama u boku pozwoliłaby chłopakowi wreszcie się ustatkować? Pani Chasen w wypełnionym mnogością obowiązków życiu musi odtąd znaleźć jeszcze czas na spotkania z potencjalnymi narzeczonymi syna, podsyłanymi przez renomowane biuro matrymonialne.

Tymczasem w czarno-białej monotonii Harolda pojawia się mnóstwo barw – pstrokatych i jaskrawych. Wyobraźcie sobie prawie osiemdziesięcioletnią Anię z Zielonego Wzgórza o hippisowsko-marksistowskich poglądach. Oto Maude, na którą Harold wpada w kościele podczas jednego z pogrzebów. Spotkanie promiennie uśmiechniętej starszej pani i młodego mężczyzny uruchomi lawinę niespodziewanych zdarzeń.

Jakub Wróblewski (Harold) i Maria Meyer (Maude), fot. Artur Wacławek

Colin Higgins wyprodukował film „Harold i Maude” na podstawie własnego scenariusza w 1971 roku. Obraz nie okazał się kasowym sukcesem, jednak kilka lat później autor na życzenie francuskiego reżysera teatralnego, Jeana-Louisa Barraulta, dokonał scenicznej adaptacji tekstu. Tym razem historia spodobała się zarówno widzom, jak i krytykom. A realizacja Tomasza Mana przygotowana na deskach Teatru Rozrywki ma wszelkie podstawy, by zdobyć takie samo uznanie.

Spektakl rozpoczyna się jak czarna komedia, ale z upływem czasu pozornie lekka materia odsłania ukrytą pod powierzchnią niejednoznaczną opowieść. Dlaczego dokonujemy pewnych wyborów? Co wpływa na to, jak kształtujemy swoją codzienność? Czemu niektóre zachowania i działania uważamy za oczywiste, a inne kwestionujemy? Dlaczego z taką łatwością godzimy się na banalne życie jak spod sztancy?

Pojawiające się w warstwie dramaturgicznej ostrze ciętej satyry jest nieustannie łagodzone ciepłem i serdecznością, wynikającymi z podejścia do ukazanej historii. Dwoistość ta obecna jest w całym przedstawieniu; kontrast organizuje też przestrzeń sceniczną i sposób prezentacji postaci.

Aleksandra Gajewska (pani Chasen) i Maria Meyer (Maude), fot. Artur Wacławek

Mieszkanie Chasenów jest minimalistyczne, oświetlone zimnym światłem; w jego blasku blade twarze i umalowane na ciemno usta pani Chasen oraz służącej sprawiają dość upiorne wrażenie. Ciepłe światło otula zapełnione „pożyczonymi” meblami, bibelotami i obrazami lokum Maude, współgrając z jej oryginalną osobowością.

Patrząc na Marię Meyer w tej roli, trudno sobie wyobrazić na tym miejscu kogoś innego. Artystka prezentuje kolejną zaskakującą odsłonę nadzwyczajnego talentu. Maude, w swojej naiwności i dziecięcym zachwycie światem, jest na początku nieco irytująca, ale dalsze wydarzenia odsłaniają motywy jej postępowania i każą widzowi zmienić perspektywę. Ona już wie, że ucieczka w schemat przed niczym nie ocala. Dostosowanie się do wymogów społeczeństwa, często absurdalnych, nie daje spełnienia ani szczęścia. Taka brutalnie szczera autorefleksja może prowadzić do rezygnacji. Ale może też – i tak dzieje się w przypadku Maude – skłonić do nieszablonowego myślenia i działań, które staną się emanacją nieskrępowanej niczym wolności.

Jakub Wróblewski jako Harold tworzy intrygująco niejednoznaczną postać. Na początku wydaje się rozpuszczonym chłoptasiem z bogatego domu, któremu się w głowie poprzewracało z braku prawdziwych problemów. Wkrótce jasne się staje, że jego postępowanie to odpowiedź na emocjonalny chłód i pustkę, które wypełniają rodzinny dom, oraz sposób przeciwstawienia się zastanemu porządkowi. Kiedy ktoś okazuje mu prawdziwe zainteresowanie – odkrywa swoją naturę wrażliwca, umiejętność współodczuwania i potrzebę miłości.

Izabella Malik (Ogrodniczka), Maria Meyer (Maude) i Sławomir Banaś (Ojciec Finnegan), fot. Artur Wacławek

Aleksandra Gajewska kreuje panią Chasen, umiejętnie operując lodowatym szykiem posągowej królowej. Zuzanna Marszał jako służąca i… foka (!) daje fascynujący spektakl gracji i zgoła nadludzkiej perfekcji. Sławomir Banaś (ojciec Finnegan) z wdziękiem wygrywa farsową nieporadność swego bohatera. Furorę na scenie robi Anna Surma, która prezentuje cały przekrój komediowych umiejętności, wcielając się w trzy potencjalne narzeczone Harolda. Wspomnieć trzeba o niewielkich, ale przykuwających uwagę podwójnych rolach teatralnych wyjadaczy – Izabelli Malik i Jarosława Czarneckiego. Brawa należą się także Radosławowi Michalikowi, który jako taper towarzyszy aktorom podczas przedstawienia.

„Harold i Maude” łączy w sobie wszystkie elementy, które stanowią o powodzeniu inscenizacji: jest zajmująca, niebanalna historia, wartko tocząca się akcja, dobre aktorstwo, sprawna reżyseria. Sztuka zgrabnie balansuje między skrajnymi emocjami. Na pozór nieskomplikowana i zabawna, nie oferuje prostych odpowiedzi i cudownych rozwiązań. Ale nie pozwala też wyjść z teatru z poczuciem beznadziei i zwątpienia. „I tak warto żyć”, mimo że nasz koniec jednoznaczny i nieuchronny – to przesłanie zarówno dla Harolda, jak i widzów. A śmiech nie odziera śmierci z godności – sprawia jedynie, że łatwiej znieść świadomość jej istnienia.

„Harold i Maude”, Teatr Rozrywki, 21 października 2022r. (premiera)

Reżyseria i muzyka – Tomasz Man
Scenografia i kostiumy – Anetta Piekarska-Man
Aranżacje i opracowanie muzyczne – Radosław Michalik

Maude – Maria Meyer
Harold – Jakub Wróblewski
Pani Chasen – Aleksandra Gajewska
Doktor Matthews/ Inspektor Bernard – Jarosław Czarnecki
Służąca Marie/ Foka – Zuzanna Marszał
Ojciec Finnegan – Sławomir Banaś
Ogrodniczka/ Sierżant Doppel – Izabella Malik
Nancy Mersh/ Sylwia Gazel/ Dora Sunshine – Anna Surma
Taper – Radosław Michalik

Zaszufladkowano do kategorii INNE SPEKTAKLE | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Teatr to nie fabryka guzików

Łączy w sobie wrażliwość i otwartość artystki oraz pragmatyzm magistra ekonomii. Aktorka, wykładowczyni, w nielicznych wolnych chwilach tłumaczka, autorka opowiadań dla dzieci i wolontariuszka. Kobieta, która żadnej pracy się nie boi – bo trzeba mieć wielką odwagę, by w dzisiejszych czasach kierować instytucją kultury. Moją rozmówczynią jest Aleksandra Gajewska – dyrektorka Teatru Rozrywki w Chorzowie.

Fot. Tomasz Zakrzewski

Sprawdza Pani statystyki zachorowań na COVID-19?

Już nie. Kiedyś była to moja poranna rutyna każdego dnia. Teraz chyba trochę zaklinam rzeczywistość, by nie myśleć o tym, co mogłoby się znowu wydarzyć. Staram się być optymistką. Wierzę, że pandemia nie powtórzy się w takiej formie i wymiarze, w jakich mieliśmy z nią do czynienia przez bardzo długi czas.

Pandemia zamknęła instytucje kultury na całe miesiące. Jak Pani sobie z tym radziła jako osoba zarządzająca teatrem?

Pandemia uderzyła w nas nie tylko zawodowo, ale przede wszystkim prywatnie. Zderzyliśmy się z sytuacją, której nie przerabialiśmy i nie potrafiliśmy sobie nawet wyobrazić. Gdyby ktoś powiedział kilka lat czy nawet miesięcy wcześniej, że się wydarzy, potraktowalibyśmy to jak coś z gatunku science-fiction. Takie rzeczy oglądaliśmy w filmach, a nie we własnym życiu.

Jednak zawsze wychodzę z założenia, że wszystko nas czegoś uczy. Pandemię również traktuję jak lekcję. Zmusiła nas do elastycznego działania. Musieliśmy reagować ekspresowo – w „okienkach”, kiedy teatry otwierano, organizowaliśmy się natychmiast. Zagraliśmy tak m.in. „Hity musicali”. Często z dnia na dzień dowiadywaliśmy się, że ktoś jest chory albo został objęty kwarantanną. Szczególnie w pierwszym okresie, kiedy były one bardzo restrykcyjne, podejrzenie zakażenia w teatrze powodowało, że czasem np. kilkanaście osób było natychmiast wyłączonych z pracy. Rzadko, ale zdarzały się pretensje widzów, że odwołujemy nagle spektakl. Rozumiem to. Ludzie głodni kultury chcieli przyjść do teatru, a my musieliśmy w ostatniej chwili rezygnować z grania, bo na jedną osobę była nakładana kwarantanna, a reszta miała z nią styczność, nie mogła przyjść do pracy i nie dało się nagle zastąpić tylu artystów.

Nauczyliśmy się innego kontaktu z widzami. Nigdy nie rozwinęlibyśmy nowych form działalności online w takim stopniu, jak to się stało. Okazało się, że jesteśmy jeszcze bardziej kreatywni.

To doświadczenie z nami zostanie. Wiemy, jak działać w takich kryzysowych sytuacjach. Ale z drugiej strony – będziemy się z tych wydarzeń bardzo długo leczyli. Dotychczasowe epidemie, które znamy z historii, były bardziej lokalne, ta – globalna, zatrzymała prawie cały świat. Zapamiętamy ją. W ludziach pozostała obawa, czy jutro będą grać, czy można przyjść do teatru. Pewnie będziemy się już zawsze bać, że to się może powtórzyć.

Pojawił się też zupełnie nowy strach przed zakażeniem, wcześniej nie mieliśmy z tym do czynienia. Wśród pracowników teatru istnieje takie powiedzenie, że jeśli aktor nie przyszedł na spektakl, to oznacza, że umarł. Teraz ktoś kicha, a wszyscy się odsuwają. Jesteśmy przeczuleni.

Ledwie nieco oswoiliśmy się z sytuacją, a rozpoczęła się wojna. W tej chwili bardzo wielu ludzi doświadcza stanów lękowych, cierpi na depresje, ponieważ istnieje ogromna niepewność, jeśli chodzi o to, co się może wydarzyć. I z tym też musimy sobie radzić. Dbam o to, by wszyscy nasi pracownicy mieli jak największy komfort działania. To niełatwe zadanie.

Czy po 24 lutego przyszło Pani do głowy, że może w tej sytuacji „nie wypada” grać?

Żeby nie grać – nie. Natomiast od razu poczułam, że nie można milczeć i być obojętnym. W dzień wybuchu wojny przyjechałam do swojego zespołu. W styczniu i lutym gramy „Sylwester na bis”. Te koncerty są zabawne, mocno rozrywkowe, aktorzy i tancerze śpiewają oraz tańczą w piórach i cekinach. A za naszą granicą ginęli (i nadal giną) ludzie… Cały wieczór spędziłam wtedy w kulisach. Widziałam, jak artyści z uśmiechem wychodzili na scenę i ze łzami z niej schodzili. Nie umieli sobie poradzić z emocjami.

Mamy w zespole osoby z Ukrainy, które przeżywały to jeszcze bardziej, a my nie wiedzieliśmy, jak mamy z nimi rozmawiać, jak pomóc. Pamiętam, że w pierwszym odruchu bardzo mocno przytuliłam naszą koleżankę Ukrainkę. Bo co powiedzieć w takiej sytuacji? Można jedynie symbolicznie dać znać, że jest się blisko. Wzruszam się nawet teraz, mówiąc o tym, wciąż jest to dla mnie bardzo żywe i poruszające. Sytuacja się nie zmieniła. Trochę się przyzwyczailiśmy, oswoiliśmy, jak ze statystykami covidowymi. Już nie zaglądamy codziennie rano na portale informacyjne. Ale w Ukrainie wciąż dzieją się rzeczy dramatyczne.

Jestem bardzo dumna z mojego zespołu, bo organizuje się natychmiast – tak samo zresztą było w pandemii. Jego energia jest niesamowita, a inicjatywy oddolne błyskawiczne. Od razu włączyliśmy się w pomoc dla Ukrainy. Zorganizowaliśmy zbiórkę, mieszkanie dla osób uciekających przed wojną, staraliśmy się pomóc w tym zakresie, w jakim mogliśmy. Na końcu koncertu sylwestrowego w ostatni weekend wychodziliśmy na finał z ukraińskimi flagami. Oczywiście to tylko gest, ale dla nas niezwykle ważny – powiedzenie od serca, od siebie, że nie ma w nas zgody na to, co się dzieje.

To kolejna trudna sytuacja, która nas jako instytucję kultury dotyka. Znów nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo potrwa. Skutkiem, który już zaczynamy odczuwać w związku z napaścią Rosji na Ukrainę, jest kryzys energetyczny. Nie podnieśliśmy się jeszcze finansowo po pandemii, a już musimy się mierzyć z kolejnym ogromnym problemem. Chcąc prowadzić teatr, nie mogę wyłączyć ogrzewania, prądu, przejść na pracę zdalną, żeby zaoszczędzić.

To są te najtrudniejsze doświadczenia?

Z pewnością. Pandemia to był straszny czas – niepewności, obaw, co dalej. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle komukolwiek do czegokolwiek będziemy jeszcze potrzebni. Bardzo wielu ludzi myślało wtedy o zmianie zawodu, wielu to zrobiło – właśnie ze strachu przed przyszłością.

Ale także jednym z najgorszych jest dla mnie zawsze moment, kiedy trzeba się z kimś rozstać. Nie mówię o sytuacjach, gdy ktoś sam decyduje się odejść – myślę o rozstaniu się z mojej inicjatywy. Nie lubię tego i bardzo przeżywam, mimo że wiem, iż czasem inaczej się nie da.

Ale postrzegam wszystko jako pewien ciąg doświadczeń – niektóre są cudowne, inne smutne i przykre. Wszystkie trudne rzeczy traktuję jak wyzwania, zadania, którym trzeba sprostać.

Nie da się ukryć, że takich wyzwań jest sporo. Co jest najważniejsze w zarządzaniu instytucją kultury? Jaką wiedzę chce Pani przekazać swoim studentom*?

Kiedyś dyrektor teatru miał skrzyneczkę z kluczykiem, ołówek i zapełniał rubryki: winien oraz ma (śmiech). Mniej było restrykcyjnych przepisów, zarządzeń. Może i było łatwiej. Jednak dziś jest inaczej. Swoich studentów uczę przede wszystkim przepisów prawa. Ale też tego, żeby wiedzieli, co jest istotne, jak odnaleźć artystyczny cel, by nie wylać dziecka z kąpielą. Najtrudniejsze w zarządzaniu instytucją kultury jest połączenie biurokracji z eterycznym, kreatywnym światem sztuki. Artyści mają robić teatr, powinni mieć wolną głowę, nie martwić się o tabelki i przepisy. Moim zadaniem jest synteza tych skrajnych elementów, żeby pomysły artystyczne mogły być realizowane w swobodnej atmosferze.

Studentów uczę tego, o czym pamiętam też na co dzień w mojej pracy – najważniejszym kapitałem instytucji kultury są ludzie. Bez nich nie da się robić teatru. Nie można traktować go jak fabryki guzików. Ogromna fluktuacja kadr w instytucji kultury to porażka. Jeżeli ludzie przychodzą i po sezonie odchodzą, oznacza to, że coś działa nie tak, jak trzeba.

Ogromny trzon naszego zespołu to osoby, które są tutaj kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Teatr Rozrywki jest ich domem. To dla mnie ogromna wartość. Jeżeli ktoś odchodzi, bo chce podążać swoją ścieżką, rozumiem i nigdy się nie obrażam, nie staję na drodze. To fantastyczne, że wychowujemy kogoś, kto chce się rozwijać. Zdarzało się, że trafiały do nas osoby bardzo młode. Zdobyły tutaj wiedzę, a teraz dalej budują swoje kariery. Ale nadal z nami współpracują, grają gościnnie, bardzo dobrze mówią o Teatrze Rozrywki. Ten kapitał trzeba budować przede wszystkim – relacje między ludźmi.

Praca w takim miejscu jest niezwykle stresująca: pod presją czasu, niejednokrotnie konfliktogenna. Ale w  takich warunkach tworzy się ferment artystyczny, powstaje to, co potem prezentujemy widzom. W trudnych sytuacjach trzeba szybko reagować, ale także rozumieć. Artysta i ekonomista to przeciwne bieguny. Jestem dziwacznym ewenementem jako jednocześnie aktorka i magister ekonomii. Może właśnie dlatego daję radę poruszać się w obszarze, który łączy ekonomikę kultury z tworzeniem teatru.

Bycie kobietą na tym stanowisku to ułatwienie czy utrudnienie?

Na pierwszy rzut oka wydaje się to trudniejsze. Można by pomyśleć, że skoro mamy rodziny, angażujemy się w prowadzenie domu, wychowanie dzieci, nie jesteśmy w stanie całkowicie się poświęcić. Ale moje doświadczenie jest inne. Daleko mi do ortodoksyjnego feminizmu, jednak uważam, że my, kobiety, mamy pewną umiejętność organizacji czasu i samych siebie. Musimy być wielozadaniowe, toteż dywersyfikujemy działania, by w jednym czasie zrobić wiele rzeczy. To się przekłada na pracę. Mam wrażenie, że kobiety na stanowiskach dyrektorów teatrów pracują szybciej. Dostają zadanie i je wykonują. Zdarza się, że jesteśmy traktowane przez niektórych z lekceważeniem; na szczęście coraz rzadziej.

Myślę, że ważny jest jeszcze jeden aspekt – bywamy trochę jak matki. Widzę to u siebie i moich koleżanek dyrektorek. Żeby naprawdę dobrze zarządzać zespołem artystycznym, trzeba rozumieć ludzi. Sztywne zasady nie zawsze się sprawdzają. Kobiece podejście ma wiele zalet. Ale nie potrafię sama siebie ocenić. Można zapytać o to zespół, który przez trzydzieści cztery lata miał dyrektora mężczyznę, a od czterech lat prowadzi go dyrektorka kobieta (śmiech).

W jaki sposób bogate doświadczenie aktorskie pomaga Pani w pracy na stanowisku kierowniczym?

Ponieważ jestem aktorką, łatwiej mi zrozumieć moich kolegów artystów. Nie trzeba mi tłumaczyć pewnych rzeczy, rozmawiamy skrótami, używamy swojego języka. Co jakiś czas – bardzo rzadko, ale tak to jest, kiedy ktoś się decyduje, by pełnić funkcje zarządcze – co jakiś czas wchodzę na scenę. Dlatego, by nie zapomnieć, co się wtedy czuje, bo kocham ten zawód i nie chcę, by pojawiła się we mnie frustracja, że w ogóle go nie uprawiam. Ale też po to, żeby pobyć z zespołem. Kiedy jestem z nim na scenie, siadam w garderobie, wiem, co się dzieje, gdzie jest jakiś kłopot. To pomaga. Chociaż znam dyrektorów teatrów, którzy nie są artystami i również znakomicie sobie radzą. To kwestia empatii.

Aleksandra Gajewska z Hubertem Waljewskim – zdjęcie promujące spektakl „Hotel Westminster”, fot. Artur Wacławek

Gra Pani Pamelę Willey w „Hotelu Westminster”. Czy na scenie fakt, że jest pani dyrektorką, ma znaczenie?

Absolutnie nie może mieć znaczenia. W gabinecie czy na próbach, kiedy nie gram, rozmawiamy jako szef i współpracownicy. Ale gdy wchodzimy na scenę, jesteśmy po prostu partnerami. Nie może być innej relacji, inaczej nie miałoby to sensu, posypałoby się. Oni byliby spięci, ja… – wszyscy byśmy się źle czuli. Kiedy tworzymy, a potem gramy spektakl, stajemy się postaciami. Myślę, że udaje nam się układać dobre, partnerskie relacje na scenie. Dowodzą tego reakcje widowni podczas „Hotelu Westminster”.

Wspomniała Pani wcześniej o długoletnich pracownikach. Teatr Rozrywki jako jeden z niewielu muzycznych jest etatowy. Jakie zalety dostrzega Pani w takim teatrze, a jakie wady?

W tej chwili tendencja, która przyszła z Broadwayu, West Endu czy niemieckich teatrów musicalowych, jest taka, że nie ma etatowego zespołu ani orkiestry. Ewentualnie zatrudnia się kilka osób stanowiących trzon zespołu wokalnego czy corps de ballet, a resztę artystów zaprasza do konkretnych spektakli.

Wszystko ma swoje plusy i minusy, ale ja dostrzegam więcej zalet stałego zespołu. Najważniejszą rzeczą, o której już mówiłam, są relacje międzyludzkie. Artyści przychodzą do pracy jak do drugiego domu, dobrze się tu czują. Teatr etatowy pozwala im ustalić ścieżkę kariery, daje możliwość rozwoju. Kiedy do nas trafiają, zaczynają w zespole, potem dostają mniejsze role, z czasem ich zadania sceniczne są coraz większe. Bardzo lubię dawać szansę młodym ludziom.

Minusy są ekonomiczne, to bezdyskusyjne. Natomiast dopóki jesteśmy w stanie w ten sposób budować teatr – tak chcę to robić. Mam nadzieję, że będzie to jeszcze długo możliwe.

Dziś często idzie się w stronę teatru, w którym są wyłącznie artyści gościnni. Mam nieco mieszane uczucia, gdy o tym myślę. Nie chcę być źle zrozumiana, ale wydaje mi się, że trochę traci się wtedy ducha teatru. Jeżdżę w różne miejsca, oglądam spektakle – nie tylko musicalowe. Te same osoby widzę na różnych scenach. Zastanawiam się wtedy, gdzie taki artysta czuje się u siebie? Ludzie grający na co dzień razem znają się scenicznie, wiedzą, czego się po sobie spodziewać. W przypadku baletu chodzi np. o kwestie ruchu, koordynacji ciała. Inaczej pracuje się z człowiekiem, którego się zna – nie trzeba się go uczyć.

Lubię obserwować momenty, kiedy nowa osoba wchodzi do zespołu – to niesamowite, jak grupa ją wchłania. Mam wrażenie, że taki zespół działa jak jeden organizm. Chociaż bywa też, że przychodzą ludzie, którzy do tego teatru nie pasują – nie chodzi o dopasowanie artystyczne, ale mentalne.

W jaki sposób nowi artyści trafiają do Teatru Rozrywki?

Nie ma jednej drogi. Czasami poszukujemy kogoś do konkretnej roli, bo akurat nie ma w zespole nikogo, kto by do niej pasował; taki człowiek się pojawia i okazuje się, że wrasta w naszą mikrospołeczność. Zdarza się, że ogłaszamy castingi, ale rzadko, głównie wtedy, kiedy brakuje nam osoby w balecie czy zespole wokalnym. Sporo ludzi przysyła swoje CV. Wszystkie czytam i żadnego nie wyrzucam. Nie dam rady powiększyć teatru tak, żeby można było każdego przyjąć. Jestem absolutnym przeciwnikiem przyjmowania człowieka po to, by go posadzić na ławce, jeśli nie mam pomysłu, jakie wyzwania artystyczne przed nim postawić. Aktor, który nie będzie miał możliwości grania, stanie się sfrustrowany. Co z tego, że pracuje w świetnym teatrze, jeśli nie będzie się w nim wykorzystywać jego umiejętności? Toteż zazwyczaj, jeśli potrzebujemy kogoś i wiemy, że go z zespole nie mamy, szukamy osoby, którą możemy przyjąć na dłużej, albo posiłkujemy się artystami gościnnymi, tak jak to było przy „Kotach”.

Młodzi artyści mogą liczyć na wsparcie teatru.

Wychodzę z założenia, że nie należy w żaden sposób blokować kreatywności młodych ludzi. Pandemia w szczególny sposób pokazała, ile w ich głowach tkwi pomysłów.

Mamy Scenę Inicjatyw Artystycznych „Po Godzinach”. Twórcy przychodzą z własnymi świetnymi koncepcjami, a my cieszymy się, że możemy je realizować. W taki sposób powstało wiele ciekawych recitali. Jednym z tych przedsięwzięć jest wspaniały koncert „Raduj się, świecie”, który zaprezentujemy znowu w okresie przedświątecznym.

Uważam, że artystom należy także dawać przestrzeń, by mogli robić różne rzeczy poza teatrem. Zdarzają się zarządzający, którzy tego zabraniają, ale uważam, że nikomu nie wychodzi to na dobre. Niepozwalanie aktorom na własne projekty będzie budziło ich frustrację. A po co mi artysta, który czuje się nieszczęśliwy? Wolę się z nim porozumieć, zrobić zastępstwo, ale chcę, by ludzie przychodzili do pracy z radością, byli zaangażowani. Aktor nie jest własnością teatru. Lubię wiedzieć, co robią nasi artyści, bo wszystkie działania poza teatrem wpływają na jego wizerunek. Ale tutaj mogę być spokojna – zawsze są to bardzo ciekawe rzeczy, z których jesteśmy dumni. Kibicujemy działaniom na różnych polach – koncertom, solowej twórczości, występom w programach telewizyjnych.

Spektakle w Teatrze Rozrywki reżyserują niezwykłe osobowości – Michał Znaniecki, Krzysztof Prus, Jacek Bończyk, ostatnio Magdalena Piekorz czy Jakub Szydłowski. Czym się Pani kieruje, wybierając reżyserów kolejnych produkcji?

Czasami to twórcy, z którymi wcześniej współpracowałam i wiem, że mają interesujące spojrzenie na materiał, nad którym zamierzamy pracować. Bywają też strzały w ciemno (śmiech). Czasem przychodzi ktoś, kto ma fantastyczny pomysł na dany tytuł. Nie mam jednej metody, nie zamykam się w kręgu reżyserów, których znam albo z którymi już pracowałam. Przy każdym tytule i pomyśle wyboru reżysera dokonuje się trochę inaczej. Ryzyko jest zawsze, bo nie ma rzemieślników w tym fachu, którzy za każdym razem zrobią wszystko idealnie – przecież każdy spektakl to prototyp.

Na przykład Krzysztofa Prusa znałam wcześniej, bo reżyserował również w Teatrze Nowym w Zabrzu, w którym pracowałam, ale tak się złożyło, że nigdy u niego nie grałam. Byłam niezwykle ciekawa, jak zrealizuje „Piekło i raj”. Jestem bardzo zadowolona z tego spektaklu – uważam, że wyszedł świetnie, to zupełnie inna rzecz i nowa energia.

Staram się dawać naszym artystom szansę pracy z różnymi ludźmi. Budujemy zespół, który się dobrze zna, ale praca zawsze z tym samym reżyserem czy choreografem nie jest rozwijająca. A przecież chodzi o to, żeby przy tworzeniu spektaklu, kreowaniu ról spotkać się z drugim człowiekiem, wymienić doświadczenia, skonfrontować sposoby pracy, znaleźć nowe środki wyrazu.  

A jakimi kryteriami kieruje się Pani, wybierając przedstawienia do realizacji?

Nasza najnowsza premiera zbiegnie się z jubileuszem pracy artystycznej Marii Meyer. Żeby zrobić „Harolda i Maude”, trzeba mieć przede wszystkim Maude. I my ją mamy. Maria zgodziła się zagrać tę rolę, wiem, że sprawia jej ona dużą radość. Tym razem to nie kreacja musicalowa, ale dramatyczna, piękna i wzruszająca. Cieszę się, że ta wielka aktorka będzie mogła świętować jubileusz swojej pracy i w taki sposób.

Bywa, iż wiem, że mamy aktora do roli, wtedy mówię: „To jest to, musimy zrobić ten spektakl!”. Pamiętam, jak sobie wymyśliłam, żebyśmy po dwudziestu pięciu latach zagrali znowu „Cabaret”. Mogliśmy to zrobić, bo mieliśmy Mistrza Ceremonii. To samo było z Pinokiem – skoro go mieliśmy, można było zrealizować musical.

Każdy z nas ma jakieś repertuarowe marzenia oraz własny gust. Czasami coś się zobaczy albo ktoś przychodzi z tak fantastycznym pomysłem, że nie można się nie zgodzić. Natomiast budowanie linii repertuarowej teatru musi być przemyślane. Powinny się pojawić wielkie, światowe musicale, inne formy muzyczne, ale też co jakiś czas komedia czy dramat.

Bywa, że jeszcze nie mam konkretnego tekstu, ale wiem, czego bym chciała – wtedy zabieram się za czytanie scenariuszy. Wybieram takie, które najbardziej pasują do moich oczekiwań, i zastanawiam się, kto mógłby je wyreżyserować. Gdy mam już pomysł na reżysera, siadam razem z nim i wspólnie wybieramy scenariusz spośród tych kilku. W taki sposób zrealizowaliśmy np. „Kurę na plecach”.

Ostatnią premierą Teatru Rozrywki był jeden z najbardziej znanych musicali świata – „Koty”.

Od lat były moim marzeniem. Wystawiliśmy w Teatrze Rozrywki wiele musicalowych „ośmiotysięczników” – „West Side Story”, „Skrzypka na dachu”, „Jesus Christ Superstar”, „Cabaret”… „Kotów” trochę mi wśród tych tytułów brakowało. Zdobyliśmy licencję, co mnie nieco zaskoczyło, bo w Polsce jedynie Teatr Muzyczny ROMA dostał prawa do wystawienia; żaden inny się na to nie porwał. „Kotów” nie można zrealizować średnio. Da się je zrobić albo świetnie, albo zupełnie zepsuć. To musical zero-jedynkowy, jeden z najbardziej wymagających spośród największych klasyków. Aktorów maluje się kilka godzin przed spektaklem, potem w bardzo ciężkich makijażach i kostiumach oczekują na występ. A przecież przed każdym trzeba się rozgrzać fizycznie i wokalnie. W trakcie przedstawienia właściwie nie schodzą ze sceny, przez ponad dwie i pół godziny nie przestają tańczyć i śpiewać. Tam nie da się nic zamarkować czy zrobić na pół gwizdka.

Kiedy zaczęliśmy prace, bardzo pomógł nam Daniel Wyszogrodzki – tłumacz libretta. Współpraca z reżyserem Kubą Szydłowskim pozwoliła na odkrywanie jego fantastycznego myślenia o teatrze. Nie zmienia to faktu, że były momenty, kiedy budziłam się w nocy zlana potem i przerażona, na co się porwałam. Wyobrażałam sobie, że rzuciłam się z klifu głową w dół, nie mając pojęcia, czy na dole jest woda. Wiedziałam, że moi artyści dadzą radę, ale bałam się do premiery. Dopiero kiedy w połowie pierwszego aktu zobaczyłam reakcje publiczności, jej twarze, wzrok – wtedy uwierzyłam, że to się uda. Jestem z mojego zespołu nieprawdopodobnie dumna.

Spotkałam się z pytaniami, dlaczego nie zorganizowano otwartego castingu.

Kiedy zaczęliśmy myśleć o „Kotach”, też pojawiały się takie pytania – czy będzie ogólnopolski casting, skąd wezmę ludzi. Odpowiadałam wtedy: „Ależ ja ich mam!”. Nie porywałabym się na ten musical, gdybym uważała inaczej. Podjęłam decyzję, że chcę zrobić „Koty”, kiedy przyjrzałam się mojemu zespołowi i powiedziałam: „Dacie radę”. Oczywiście wspomogliśmy się kilkoma artystami gościnnymi. Jestem wdzięczna Karolowi Drozdowi, że zgodził się zagrać Myszołapa. To fantastyczny człowiek i aktor. Zawsze kiedy przychodzi ktoś z zewnątrz, uczymy się od siebie nawzajem. Ale w takim teatrze jak ten nie może być standardem, że najważniejsze role są obsadzane zewnętrznymi artystami. To żadne wyzwanie zrobić „Koty”, kiedy prowadzi się repertuarowy teatr, i ogłosić casting na całą Polskę. A poza tym – jaka to byłaby motywacja dla zespołu? Jak oni mieliby wejść na scenę, chcieć się rozwijać, gdybym powiedziała: „Nie, wy tam, do piątego rzędu, a gościnni artyści w rolach głównych”? Nie chcę tak. Zresztą – w kociej charakteryzacji najbardziej znane twarze są nierozpoznawalne (śmiech).

Teatr Rozrywki leży nieco na uboczu musicalowych szlaków. Ma Pani ambicje, by przyciągać do niego widzów spoza Śląska?

Jak najbardziej. Mimo że nie jesteśmy typowym miejscem turystycznym, które przyjeżdża się zwiedzać i przy okazji odwiedza się teatr muzyczny, mamy takie ambicje. Staramy się ściągnąć widzów z Polski, ale nie tylko. Stąd jedzie się czterdzieści minut do Ostrawy, gdzie znajduje się Teatr im. Antonina Dvoraka, wystawiający m.in. musicale. Bardzo chciałabym nawiązać z nim współpracę. Jestem ciekawa „Kotów”, które pokazuje. Mam zamiar je zobaczyć, ale nie chciałam tego robić przed naszą premierą. Myślę, że moglibyśmy polecać nawzajem nasze spektakle.

Kiedyś rodzajem reklamy dla teatru były przedstawienia wyjazdowe, organizowało się ich całkiem sporo. Na przykład scenografia „Jesus Christ Superstar” była tak skonstruowana, że mogliśmy jeździć z tym przedstawieniem do innych teatrów czy nawet pokazywać go w plenerze, grać wszędzie. Ze scenografiami, które obecnie są produkowane dla musicali, takie wyjazdy stały się właściwie niemożliwe. Po pierwsze są one potężne, po drugie – budowane w oparciu o konkretny model sceny. U nas jest scena obrotowa, wykorzystywana w wielu spektaklach, grają też balkony, chociażby w „Kotach” czy „Zakonnicy w przebraniu”. Takie konstrukcje mają swój sens, ale są nie do przeniesienia chociażby w plener.

Jest kilka ważnych spektakli, które zeszły ze sceny Teatru Rozrywki bez pożegnania: „Jak odnieść sukces w biznesie, zanadto się nie wysilając”, „Bulwar Zachodzącego Słońca”. Dlaczego?

W przypadku obydwu sytuacja była podobna – kończyła się licencja. Jeśli chodzi o „Bulwar Zachodzącego Słońca”, udało nam się porozumieć z właścicielami praw autorskich. Mieliśmy zagrać poza licencją pożegnalny set. Niestety, pojawił się koronawirus… Podobnie było z „Jak odnieść sukces w biznesie…”. Prawa do wystawiania musicalu skończyły się w trakcie pandemii. Nie można zagrać pożegnalnego spektaklu ot tak, bo złamiemy prawo. A nikt nie daje licencji na jeden czy dwa spektakle, musimy je odnawiać np. na dwa lata. Płacimy duże pieniądze i deklarujemy, że będziemy musical wystawiać. Nie mieliśmy takiej możliwości ze względu na zamknięte teatry. Z „Sukcesem” udało nam się pożegnać jedną piosenką, podczas Sylwestra.

Jakie są plany Teatru Rozrywki na nadchodzący sezon?

Pracujemy teraz nad spektaklem „Harold i Maude”, o którym już wspominałam. Jego premiera odbędzie się 21 października. Reżyseruje Tomasz Man, który debiutuje tą sztuką w naszym teatrze. Potem po raz kolejny będzie z nami pracowała Magdalena Piekorz, która zrealizuje polską prapremierę „Tootsie”. Nie mogę się doczekać tej współpracy. Kolejny spektakl jest pisany specjalnie dla nas. Nie ma jeszcze konkretnego tytułu, mogę tylko powiedzieć, że będzie nieco wampiryczny, ale bardziej jak „Zmierzch” niż jak „Dracula”. Nowoczesną, fantastyczną muzykę komponuje Krzysztof Maciejowski, a reżyserować będzie Agata Puszcz.

Aleksandra Gajewska w towarzystwie pozostałych artystów z obsady spektaklu „Harold i Maude”, fot. Artur Wacławek

Tworzy Pani teksty, poezję, literaturę dla dzieci. Jak doszło do tego, że przełożyła Pani piosenki do „Pinokia”?

Rzeczywiście lubię pisać. Jako nastolatka tworzyłam wiersze do szuflady, jak pewnie wtedy większość. Gdy moja córka była malutka, wymyślałam dla niej historie. Potem postanowiłam je spisać. Wysłałam je do dwóch wydawnictw i oba je przyjęły. Stałam się autorką opowiadań w dwutygodniku „Miś”. Do dziś co jakiś czas jedno z wydawnictw zamawia u mnie opowiadania. To moja poboczna działalność, hobby, które  sprawia mi wiele radości.

Wielokrotnie pisałam też teksty piosenek, m.in. do naszych koncertów sylwestrowych pod koniec lat dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych.

Kiedy postanowiliśmy zrealizować „Pinokia”, pomyślałam, że postaram się przełożyć utwory na język polski. Tak się właśnie ze sobą umówiłam – że spróbuję. Gdybym poczuła opór, nie zrobiłabym tego. Ale zaczęło mi to dawać ogromną radość. Tłumaczenie to właściwie pisanie piosenek na nowo. Trzeba zachować ich znaczenie, a jednocześnie dopasować się do melodii, rytmu języka polskiego, a przede wszystkim do muzyki. Miałam polskie tzw. białe tłumaczenie oraz wersję angielską, dzięki którym wydobywałam sensy. Włoski oryginał pozwalał mi zachować budowę – wersy, sylaby, rytm.

Jak tworzy się miejsce tak przyjazne widzom jak Teatr Rozrywki?

Ludzie przychodzą do pracy, bo chcą tu być – nie za karę. Wszystkich traktujemy jak pełnoprawnych członków naszego zespołu – także studentów czy uczniów liceum, którzy pracują jako bileterzy. Są też nasze stałe panie z obsługi widowni. Dopóki pracownicy czerpią radość z tego, że tu są, widzowie także będą to czuli. Niezwykle ważny jest szacunek. Widzowie to nasi goście. Bo przecież dla kogo to robimy? Oczywiście praca daje nam radość i satysfakcję, ale to przecież publiczność jest sensem naszego istnienia.

W pandemii ktoś mi zadał pytanie, czy moglibyśmy działać całkowicie online, bo przecież nie ma znaczenia, czy spektakl jest na żywo, czy nie. Odpowiedziałam, że gdyby to była prawda, moment pojawienia się kina byłby końcem teatru. A teatr trwa. To inne medium. Możemy się wspomagać nowoczesnymi technologiami, ale to, że gramy na żywo, przed prawdziwą publicznością, a między nią i artystami następuje wymiana energii – jest istotą tej sztuki. Dlatego każdy spektakl jest inny – każdy.

Właściwie odpowiedziała już Pani na ostatnie pytanie – po co dziś ludziom teatr?

Joanna Kulmowa pisała: „Teatr jest po to, żeby wszystko było inne niż dotąd”. Chcemy się zanurzyć w innym świecie, nawet wtedy, kiedy to, co oglądamy na scenie, boli nas czy przeraża. Czasem przychodzimy po prostą rozrywkę, innym razem chcemy się wzruszyć. Teatr jest po to, byśmy mogli znaleźć emocje pośród szybkiego, trudnego świata, w którym żyjemy, świata zamkniętego w Internecie, smartfonie; żebyśmy mogli je wspólnie przeżyć na widowni.
Kiedy idę do teatru, chcę wyjść z niego inna. Chcę, żeby coś się ze mną stało – niezależnie od tego, czy oglądam zabawną farsę, czy spektakl dramatyczny. Jeśli wyjdę taka sama, nic się we mnie nie zadziało – to nie był dobry spektakl.

My chcemy robić przedstawienia, po których widz wychodzi odmieniony. Coś przeżył – wzruszył się, ucieszył, może zdenerwował, nad czymś zastanowił. Po to jest teatr.

Dziękuję za rozmowę.

*Aleksandra Gajewska była wykładowczynią na wydziałach zarządzania i kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Zarządzania Ochroną Pracy w Katowicach, a obecnie wykłada na kierunku Menadżer Kultury na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach.

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Otagowano , , | Dodaj komentarz

“This is a Man’s World”

Wiele słynnych, klasycznych musicali serwuje widzom eskapizm w czystej postaci, ani przez chwilę się z tym nie kryjąc. Chodzi o to, by odbiorca na kilka godzin oderwał się od rzeczywistości i zanurzył w nierealną krainę wypełnioną piękną muzyką oraz widowiskowymi scenami tanecznymi. „West Side Story” ma wszelkie warunki, by w taką definicję się wpisywać – zarówno muzyka, jak i choreografia stały się legendarne, a młodzi, zdolni wykonawcy w obsadzie oraz kolorowe stroje dopełniają reszty.

Fot. Michał Heller/OiFP

Kiedy jednak choreograf Jerome Robbins wpadł na pomysł wystawienia na Broadwayu nowej wersji „Romea i Julii” i zwrócił się z nim do kompozytora Leonarda Bernsteina, przyświecał mu inny cel. Chciał szekspirowskiemu dramatowi nadać współczesne rysy. Trzeba było kilku kolejnych lat, by Bernstein wrócił do projektu, zainspirowany czytanymi w prasie artykułami o działalności ulicznych gangów. Do pracy nad „West Side Story”, oprócz pomysłodawcy, zaprosił młodego Stephena Sondheima, wtedy jeszcze „bez nazwiska”, który napisał teksty utworów. W ten sposób powstało dzieło określane dziś mianem wyprzedzającego swoją epokę.

W latach 50. przeniesienie akcji do Nowego Jorku, w czasy współczesne twórcom, nie było zabiegiem pustym i pozbawionym znaczenia. Zamiast zwaśnionych werońskich rodów ustawiono naprzeciw siebie amerykańskich chłopaków i młodych emigrantów z Portoryko. A motyw grupy etnicznej szukającej swojego miejsca w nowym kraju, tego, jak sobie radzi i jak jest przyjmowana, miał swoje odzwierciedlenie w rzeczywistych zdarzeniach.

Nie da się jednak nie zauważyć, że w ciągu kilkudziesięciu minionych lat perspektywa mocno się zmieniła. Nowy Jork stał się wielonarodowościowym tyglem, a kwestia tożsamości dotyka spraw o wiele bardziej skomplikowanych niż tylko etniczne. Współcześni realizatorzy „West Side Story” mają więc do rozwiązania niełatwą kwestię – skupić się na historii miłosnej, której ponadczasowość gwarantuje sam William Szekspir, oraz na wizualnej efektowności musicalu, czy może jednak starać się drążyć głębiej? Zdrapać nieco złoceń, by widzowie mogli tę opowieść odczytać dla siebie na nowo?

Przed takimi dylematami stanął zapewne Jakub Szydłowski, reżyser najnowszej polskiej inscenizacji musicalu, która miała premierę 23 września na deskach Opery i Filharmonii Podlaskiej.

Fot. Michał Heller/OiFP

Rakiety (The Jets) i Rekiny (The Sharks) spotykają się na jednej z ulic zachodniego Manhattanu. Kłótnia między nimi szybko przeradza się w bójkę. Nie pierwszą zresztą – od jakiegoś czasu trwa walka o dominację w dzielnicy pomiędzy młodzieżowymi gangami. Zanim pojawi się policja, widzowie zobaczą niezwykły popis zespołowego talentu – scenę będącą połączeniem śpiewu, tańca i walki. Wkrótce akcja przeniesie się na szkolną potańcówkę, podczas której spotkają się Maria i Tony. Bo przecież osią opowieści są losy dwojga zakochanych z przeciwnych stron barykady: jej – siostry przywódcy Rekinów, i jego – niegdyś należącego do Rakiet.

Na pierwszy rzut oka białostocka realizacja jest przede wszystkim spektakularnym widowiskiem. Jej autorzy mogli sobie pozwolić na rozmach – Duża Scena OiFP daje znaczne możliwości. Grająca z pasją orkiestra pod batutą Vladimira Kiradjieva nadaje fragmentom instrumentalnym (np. „Prolog”, „Mambo”) bogate, pełne brzmienie, oraz uwodzi liryzmem, towarzysząc wykonawcom w solowych utworach (np. „Maria”, „W tę noc”). Kilkudziesięciu tancerzy sprawia, że zbiorówki, których w „West Side Story” niemało, porywają żywiołowością. Niezwykła jest też niemal filmowa scenografia (szczególnie w połączeniu ze światłem) – monumentalna, wielopłaszczyznowa, wykorzystująca obrotową platformę i sceniczną głębię. Za jedno i drugie odpowiedzialny jest Grzegorz Policiński, kolejny raz udowadniający mistrzostwo w swoim fachu. Kamienice ze schodami pożarowymi są jakby żywcem przeniesione z planu „Ulic nędzy” i „Taksówkarza”. A leżące fragmenty Statui Wolności czy psujący się neon nabierają wymiaru symbolicznego – przywołują na myśl roztrzaskany amerykański sen.

Utalentowani aktorzy w głównych rolach – Agnieszka Tylutki (Maria) i Marcin Franc (Tony) – mają w sobie tyle wdzięku i młodości, nadziei i wiary w lepszą przyszłość, że nie można im nie uwierzyć. Na karb mojego wieku oraz podejścia do będącego pierwowzorem dramatu Szekspira składam, że nie do końca daję się poruszyć ich losom. Wyraziści są Maciej Nerkowski oraz Dawid Malec jako przywódcy gangów – Riff i Bernardo. Spośród Rakiet warto wyróżnić Marcina Wortmanna i Rafała Supińskiego, przyciągających uwagę w rolach A-Raba i Snowboya.

Fot. Michał Heller/OiFP

Historia miłości i eskalującej nienawiści między grupami wyrostków to lejtmotyw musicalu, ale wraz z rozwojem akcji pojawiają się w sceny, w których reżyser nieco inaczej kładzie akcenty lub dodaje pewne elementy. To powoduje, że „West Side Story” staje się także spektaklem o męskiej dominacji i przemocy.

Kobiety w kulturze machismo (i nie tylko w tej) są „nosicielkami” męskiego honoru, jego strażniczkami. Broni się „swoich” dziewczyn, ale nie traktuje ich jako mogących o sobie stanowić indywidualności. Są uzależnione od mężczyzn, chronione jako własność lub trofeum – pod warunkiem, że nie wychodzą poza przeznaczone im role. Szerokie spódnice i sukienki w neonowych kolorach, wysokie obcasy, mocne makijaże – podkreślają atrakcyjność dziewczyn, bo przecież poprzez nią są postrzegane. Mają być piękne, seksowne… oraz posłuszne.

Taka jest Maria. Jej brat decyduje, czyją żoną ma zostać, a ona się nie buntuje, póki nie poznaje kogoś innego. Ale nawet wtedy, jak kilkaset lat wcześniej jej poprzedniczka, Julia – ukrywa prawdziwe uczucia, bo jej wybór zhańbiłby brata.

Anita z kolei potrafi zdobyć to, na czym jej zależy, poruszając się w ramach wyznaczonej jej przez mężczyzn roli. Stwierdzenie, że Małgorzata Chruściel jest urodzoną Anitą, to truizm, jednak trudno od niego uciec. Silna, uparta, pod powierzchownością seksownej i przebojowej dziewczyny skrywa wrażliwość i umiejętność dostrzeżenia problemów innych. Nie jest zaślepiona nienawiścią i chce wierzyć, że inni też niosą w sobie okruchy dobra. Ale może dlatego również staje się ofiarą.

Równie mocno poruszają losy Anybodys (Bojki), w którą znakomicie wciela się Aleksandra Gotowicka. Drobna, zadziorna i ostra, w męskich strojach, które wydają się na nią za duże, nie godzi się na odgrywanie przypisanej jej roli laluni chłopaka z gangu. Sama chce być jego członkinią. Za swoje marzenia płaci ogromną cenę. To jej song („Jest gdzieś”) jest najbardziej przejmującym utworem spektaklu, a symboliczna scena po nim – jedną z najbardziej zapadających w pamięć.

Bo to męski świat. Dziewczynom, które chcą żyć (czy też kochać) po swojemu, na własnych zasadach, przełamując stereotypy – w brutalny sposób pokazuje się, gdzie ich miejsce. Małgorzata Chruściel i Aleksandra Gotowicka tworzą najmocniejsze kreacje w spektaklu Szydłowskiego, a dramat kobiet rozpisany na ich bohaterki staje się jego bodaj najciekawszym wątkiem.

Ameryka, wymarzona kraina mlekiem i miodem płynąca, okazuje się daleka od ideału. Zawodzi nie tylko kobiety. Młodzi ludzie z robotniczej dzielnicy nie mają wielu perspektyw. Prawo jest dla uprzywilejowanych, policja, uwikłana w różne interesy, okazuje się nieobecna tam, gdzie jej potrzeba.

„West Side Story” w Operze i Filharmonii Podlaskiej na pewno okaże się interesujący dla tych, którzy w teatrze szukają efektowności i rozmachu. Historia tragicznego, mierzącego się z kolejnymi przeszkodami uczucia przemówi do niejednego. Ale to też musical dla tych, którzy mają ochotę zeskrobać nieco zewnętrznej pozłoty i sprawdzić, czy jest on w stanie powiedzieć coś nowego współczesnemu widzowi. Jeśli o mnie chodzi – nie mam co do tego wątpliwości.

„West Side Story”, Opera i Filharmonia Podlaska, 24 września 2022r. (II premiera)

Reżyseria – Jakub Szydłowski

Rakiety:
Riff – Maciej Nerkowski
Tony – Marcin Franc
Action – Przemysław Niedzielski
A-Rab – Marcin Wortmann
Baby John – Piotr Pawlak
Snowboy – Rafał Supiński
Big Deal – Karol Pruciak
Diesel – Gabriel Piotrowski
Mouth Piece – Arkadiusz Jarosz
Tiger – Patryk Rybarski

Ich dziewczyny:
Graziella – Nika Warszawska
Velma – Hanna Mocarska
Minnie – Sara Kaźmierska
Clarice – Katarzyna Gocał
Pauline – Emilia Jarosz
Bojka (Anybodys) – Aleksandra Gotowicka

Rekiny:
Bernardo – Dawid Malec
Maria – Agnieszka Tylutki
Anita – Małgorzata Chruściel
Chino – Michał Juraszek
Pepe – Daniel Chodyna
Indio – Maciej Zaruski
Luis – Maciej Glaza
Anxious – Krzysztof Tyszko
Nibbles – Mateusz Sobczak
Juano – Tomasz Ziółek
Toro – Szymon Harasimowicz
Moose – Sebastian Piotrowicz

Ich dziewczyny:
Rosalia – Karolina Gwóźdź
Consuela – Justyna Cichomska
Francisca – Agata Bieńkowska
Teresita – Ewelina Kruk
Estella – Valeria Kolochko
Margarita – Patrycja Magusiewicz

Doc – Krzysztof Stankiewicz
Schrank – Tomasz Bacajewski
Krupke – Bogdan Kordy
Gladhand – Kirill Lepay

oraz tancerze, Chór i Orkiestra Opery i Filharmonii Podlaskiej

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Najpiękniej jest robić to, co w duszy gra

O „Morderstwie dla dwojga”, wymarzonej roli i pracy artystów – druga część rozmowy z Marcinem Sosińskim

Najnowszy spektakl, w którym zagrałeś, „Morderstwo dla dwojga”, określasz mianem wyjątkowego dla siebie.

Zdecydowanie tak. Jakiś czas temu byłem na takim etapie życia, że postanowiłem zrezygnować z aktorstwa. Z wielkim żalem, ale doszedłem do wniosku, że nie mogę już sobie na to pozwalać. Zbyt wiele rzeczy w tym zawodzie zaczęło mnie denerwować. I wtedy nagle pojawił się casting, w którym jak wół były podane wymagania idealnie mnie opisujące: aktor śpiewający, grający na fortepianie… Na początku wcale nie chciałem się zgłaszać, ale rodzice mnie namówili, bym się zdecydował, za co jestem im niezmiernie wdzięczny. Byłem przekonany, że jestem brany pod uwagę jako Marcus. Zerknąłem na broadwayowską obsadę i uznałem, że do tej roli pasuję. Byłoby to nie lada wyzwanie. Nie przypuszczałem, że zagram Podejrzanych, chociaż nie ukrywam, że bardzo chciałem, bo to taka moja rola-marzenie. Tym bardziej, że wtedy uważałem, iż dobrze by było zagrać coś interesującego na pożegnanie. Wiem, brzmi to teraz ostro i może niewiarygodnie, ale naprawdę tak myślałem.

Dlaczego ten tytuł jest dla mnie tak wyjątkowy? Przywrócił mi wiarę w radość z robienia teatru. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy dołożyli swoją cegiełkę do powstania tego przedstawienia. Bardzo się cieszę, że spektakl pojawił się w Polsce i że miałem okazję go współtworzyć. Bo najwspanialsze podczas pracy przy tym tytule było to, że okazała się ona niezwykle twórcza. Myślenie, jak rozwikłać jakiś problem, „ugryźć” daną scenę – to mnie najbardziej kręci.

Fot. Piotr Manasterski/ Archiwum Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego

Przedstawienie jest zdecydowanie trudne i pracochłonne. Na scenie ze mną jest tylko jeszcze jeden aktor – Wojtek Łapiński albo Maciek Makowski. Maciek to aktor doświadczony, ale Wojtek – jeszcze student, on ma trochę ponad 20 lat! Niesamowite, że z całej Polski wybrano naszą trójkę, kompletnie różne osobowości. Ale co racja, to racja – te role wymagają niezwykłych umiejętności jak na aktora, a takie posiada tylko niewielu aktorów w całej Polsce. Ostatecznie wybrano właśnie nas i za to jestem niezwykle wdzięczny, bo to wspaniali ludzie!

Tak naprawdę „Morderstwo dla dwojga” jest zbudowane na tym, jak rolę tworzy Marcus, który „skleja” ten spektakl. Wspaniale jest grać Podejrzanych, ta kreacja to cudowny showmański popis, ale za każdym razem będę podkreślał, jaką robotę ma w tej sztuce do wykonania Marcus Moscowicz. Gdyby nie on, nie byłoby Podejrzanych! Tu jest potrzebne superpartnerstwo sceniczne.

„Morderstwo dla dwojga” przywróciło mi wiarę w tworzenie teatru. Granie tego tytułu jest dla mnie ogromną radością, uwielbiam dawać ludziom śmiech, cudownie, że mogę to robić poprzez formę, którą kocham. A do tego mogę zaprezentować mnóstwo różnych umiejętności, bo kreuję trzynaście postaci, gram na fortepianie, jednocześnie dialoguję i nawet tańczę.

 Jak tworzy się tylu różnych bohaterów i jak przeistacza się z jednego w drugiego w ciągu kilku sekund?

W scenariuszu jest dziesięciu podejrzanych, dwie postaci w retrospekcji oraz akompaniator – czyli ja jako aktor na scenie. Każdy bohater musi być przemyślany, mieć przeszłość i teraźniejszość, musi dokądś dążyć. Nie może pozostać jednowymiarowy. Podczas przedstawienia trwa więc nie jeden proces aktorski, a trzynaście. Można się pogubić, ale na szczęście nie byłem w tej pracy sam. Dużo wolnej ręki dostałem od reżyserki, Agnieszki Płoszajskiej. Jednocześnie w chwilach zwątpienia otrzymywałem od niej mnóstwo przydatnych rad.

W przypadku budowania tylu postaci przez jednego aktora ruch jest nadzwyczaj istotną kwestią. Informuje o tym, kim dana osoba jest, zanim ona się odezwie. Jako lalkarz lubię zaczynać od pracy z ciałem, uwielbiam teatr pantomimy, jestem w tym dobry, toteż wiedziałem, że skoro mam taką, a nie inną robotę do wykonania, muszę wykorzystać tę umiejętność. Michał Cyran, odpowiedzialny za ruch sceniczny, przystawał na to, co proponowałem, przedstawiając jednocześnie wiele swoich świetnych pomysłów, a nasze działania świetnie się zgrywały. To była piękna współpraca.

W wersji broadwayowskiej i innych, które są grane na świecie, większość bohaterów ma swój rekwizyt – np. Dahlia okulary, chłopaki z chóru – czapki z daszkiem noszonym do przodu, do tyłu lub na bok. To symbole, które pozwalają widzowi łatwiej odnaleźć się w tej historii. Ale my, wariaci, uznaliśmy, że zrobimy „Morderstwo…” bez rekwizytów. Jak się okazuje, wszystko można zrobić w ciele, np. znaleźć jakiś charakterystyczny gest. I oczywiście w głosie.

Mam co prawda doświadczenie dubbingowe, więc wiedziałem, jak „odnaleźć” poszczególne głosy, jak sprawić, żeby granie różnymi było dla mnie komfortowe. Ale jak śpiewać nimi piosenki? Każda z postaci ma swoją i musi wykonać ją inaczej. W większości wystawień na świecie w rolach podejrzanych występują mężczyźni, ale więcej jest do zagrania bohaterek kobiecych. A zaśpiewać piosenki jako różne kobiety – to była rzeczywiście bardzo trudna praca. Np. jedną z piosenek, duet z Marcusem, piękną, liryczną kompozycję mam śpiewać tak, jakby to robiła młoda dziewczyna. Odnajdywanie tej delikatności w głosie było wielką przygodą. W tym miejscu kłaniam się Paulinie Grochowskiej, która jako trener wokalny prezentuje poziom absolutnie wybitny, broadwayowski. Jej pomoc w wydobyciu różnych głosów była nieoceniona.

Próby muzyczne trwały bardzo długo, bo poza kwestiami wokalnymi była też niełatwa praca pianistyczna. My nie tylko sobie nawzajem akompaniujemy, a potem kończymy akompaniament i zaczynamy scenę. To jest cały czas płynne, zmienia się, nakłada na siebie, dialogujemy w trakcie grania. Maciek Makowski mówił, że dla niego to też wyzwanie, bo nigdy w spektaklu musicalowym nie śpiewał, a nagle okazało się, że ma to robić, do tego grać, grając, sam sobie zaśpiewać, jeszcze podawać dialogi. Może tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale Marcus też ma rozdwojenie (śmiech).

Nie uniknę tego pytania – która z postaci w „Morderstwie dla dwojga” jest Twoją ulubioną?

Za każdym razem inna. Podczas wczorajszego spektaklu czułem, że na nowo obudziła się we mnie miłość do Dahlii. To, co mogę robić na scenie jako pani Whitney, jest niesamowite i wyzwalające. Lubię też primabalerinę, która nie boi się swego ciała, cechuje ją wyjątkowa zmysłowość. Odnalezienie się w postaci Barette Lewis było dla mnie niezwykle przełomowe. Pamiętam z prób, że musiałem być stuprocentowo skoncentrowany i „w postaci”, bo jeśli na moment wyszedłem z roli, a graliśmy akurat z Marcusem np. scenę intymną, momentalnie się „gotowałem” i nie mogłem przestać śmiać. Bardzo ważna jest dla mnie postać Steph. Uważam, że obok Marcusa to druga główna bohaterka, która przecież towarzyszy mu w prowadzeniu śledztwa. Trzeba ją zaprezentować jako nieco charakterystyczną, ale bez przesady i przerysowania. Ma być naturalna i „pasować” do Marcusa. To było wyzwanie – pokazać wiarygodnie zwykłą dziewczynę. Oczywiście uwielbiam Dzieciaki, całą trójkę. Timmie byłby moim kumplem, pod jego skrzydłami niczego bym się nie bał i razem z nim rządziłbym na dzielni.

Cóż… Każdą z tych postaci musiałem pokochać, żeby ją zagrać. Każdą starałem się tak przeprowadzić przez tę opowieść, żeby coś przeżyła i jakoś się rozwinęła. Jeśli mam więc wybrać jedną – wybieram Podejrzanych (śmiech).

Wielu aktorom moment, kiedy zakładają kostium, robią makijaż sceniczny, pomaga w odnalezieniu się w odtwarzanej postaci. Ty grasz ich aż tyle, nie mając takiego „zabezpieczenia”.

I tutaj ratuje mnie wspomniana trzynasta postać, którą nie każdy zauważa, zliczając bohaterów. To aktor-akompaniator na scenie, którego bardzo świadomie sobie wytworzyłem i „przeprowadziłem” przez cały spektakl. Staję się nim w chwili, kiedy nakładam kamizeleczkę itd. To on wychodzi zagrać pozostałych dwunastu.

Przyznajesz, że kiedy wchodziłeś w świat musicalu, właściwie go nie znałeś. Czy teraz potrafiłbyś wskazać wymarzoną rolę?

Obserwuję, co się dzieje w świecie musicalowym, ale jeszcze zbyt mało tytułów widziałem, żeby nazywać siebie znawcą każdego z nich. Mam jednak olbrzymią świadomość formy, jaką jest musical, oraz doświadczenie dzięki wieloletniej praktyce scenicznej. Muzykiem byłem od zawsze, stałem się też wokalistą i aktorem, piszę musicalowe kompozycje, wystawiam własne teksty, reżyseruję muzyczne sztuki… Kurczę – wychodzi na to, że rzeczywiście mogę mieć coś do powiedzenia w tym musicalu (śmiech).

A wymarzona rola? Nie wiem, lubię być zaskakiwany. Nie widziałem nigdy „Jekylla i Hyde’a”. Słyszałem, że tytułowy bohater to ciekawe wyzwanie dla aktora. Wspominałem wcześniej o Jokerze. Czasem żartuję, że jeśli będzie kiedykolwiek taki musical, chętnie bym się z nim zmierzył. Co prawda konsekwentnie nienawidzę castingów, więc liczę, że ktoś mi go zaproponuje (śmiech).

Fot. Sebastian Glapiński

Ale przyznaję, że chyba udało mi się już zagrać wymarzoną rolę – to właśnie Podejrzani w „Morderstwie…”. Nie ma innych takich przedstawień. Od dziecka wyobrażałem sobie, że napiszę coś takiego (nie wiedziałem wtedy, że to się nazywa musical), w czym będzie się śpiewało, grało, pokażę różne sztuczki – i ono się zdarzyło.

Kiedyś zobaczyłem „La La Land” i doszedłem do wniosku, że może bym się sprawdził w roli Sebastiana, granego przez Ryana Goslinga. Po „Morderstwie…” wydaje mi się to miałkie. Poza tym mam już za sobą spektakl z fortepianem. Moje oczekiwania są teraz większe.

Ale jestem otwarty na wszystko. Lubię marzyć. Największym moim pragnieniem jest stworzyć i zagrać swój musical. Mam na niego pomysł i nie mam funduszy (śmiech), ale znam dobre serca wielu ludzi, a to mi daje promyczek nadziei, jeśli chodzi o jego realizację. Wiem, że zajmie to czas, bo niełatwo jest zrobić coś od nowa, napisać całą historię. Dla mnie będzie to niezwykle ekscytujące, chociaż zdaję sobie sprawę, że mogę zbłądzić. Ale to wyzwanie, któremu chcę stawić czoło. Może okaże się kompletną klapą? Ale jeśli się spodoba – będzie to wielka satysfakcja, bo przecież najpiękniej jest robić, co się chce i co w duszy gra.

To znaczy, że już nie chcesz się żegnać z aktorstwem?

Nie wiem. Branża, w której pracujemy, jest dość bezlitosna. Mam wiele wątpliwości, jeśli chodzi o to, jak ten zawód jest traktowany w naszym kraju. Cieszy mnie, że widzowie są głodni sztuki, chcą oglądać ulubionych aktorów. Ale by robić dobry teatr, trzeba mieć na to środki. Aktorzy za granicą mają o wiele większy komfort pracy – bo warto pamiętać, że to jest praca. I pieniądze też są ważne.

W Polsce to bardzo nierówne. Denerwuje mnie, że stawki w teatrach są coraz mniejsze, że jeśli się na czymś oszczędza, to właśnie na artystach, którzy wykonują ten zawód – aktorach, muzykach. Uważam, że nie tędy droga. Jeśli chcemy robić dobry teatr, musimy mieć ludzi, którzy chcą wykonywać ten zawód dobrze. A skoro to praca, powinni otrzymywać godziwą zapłatę. Muzyk czy aktor muszą być cały czas w formie. „Morderstwo dla dwojga” bardzo mi o tym przypomina. Przyszedłem na próbę po miesiącu niegrania i byłem przerażony, palce mi drętwiały, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje – mimo że przecież byłem do próby przygotowany. Muzyk musi cały czas ćwiczyć. Widzowie płacą za bilety, czegoś oczekują. Apeluję więc: nie oszczędzajcie na nas! Artysta powinien mieć możliwość wypowiedzenia się w komfortowy sposób, nie martwiąc się bez przerwy o finanse, a nie po raz kolejny zabierać się do pracy z założeniem, że jakoś to będzie.

Właśnie się dowiedziałem, że dostałem główną nagrodę aktorską w plebiscycie Musicalowe Nagrody Widzów za sezon 2021/22. Jestem niezmiernie szczęśliwy, bo to najlepsze wyróżnienie, jakie można dostać – od tych, którzy chodzą do teatru. Widz, który obcuje ze sztuką, to mój ukochany typ ludzi na świecie. A ta nagroda daje mi świadomość, że coś potrafię i nadaję się do tego, co robię. Jeśli więc pojawia się u mnie myśl, by mimo to rezygnować – bo realia są takie, a nie inne – to chyba niezawodny znak, że coś w tym artystycznym świecie idzie w zdecydowanie złym kierunku…

Chyba o to chodzi, by aktor mógł się skupić na swojej pracy i wykonać ją jak najlepiej.

O to właśnie chodzi. Trzydzieści-czterdzieści lat temu teatry etatowe były bardziej powszechne niż dziś. Dostać się na etat było trudno, ale ludzie pracujący w taki sposób mieli niezwykły komfort psychiczny. Jednocześnie umożliwiało się im zaprezentowanie różnych swoich umiejętności. Aktor mógł być obsadzony niekoniecznie „po warunkach”; miał okazję w jednym sezonie zagrać amanta, potem rolę zupełnie kontrastową, np. czarny charakter z „lepkimi rękoma”. Kiedy przychodził reżyser, to ON musiał zarazić zespół swoim pomysłem, energią, przekonać aktorów, by weszli w jego świat. Musiał być współtwórcą całości dzieła, a nie wyżej-postawionym-szefem od przydzielania i komentowania wykonanych zadań. To jest diametralna różnica…

Fot. Sebastian Glapiński

Skończyliśmy szkoły, które wymagały olbrzymiego nakładu pracy i wyrzeczeń, ale nawet kiedy dostajemy się na wymarzony etat, to zarabiamy najniższą krajową. Dlatego coraz więcej jest freelancerów, do których i ja się zaliczam. A skoro jesteśmy wolnymi strzelcami, szukamy innych sposobów na zarobek. Bo chcemy godniej żyć – po prostu.

Jak – mimo wszystko – znaleźć w sztuce i w sobie prawdę, sprawić, by widz uwierzył w to, co się dzieje na scenie ?

Bardzo trudne pytanie. O tym właśnie są studia aktorskie. Każdy, kto chce wykonywać ten zawód, uczy się bycia prawdziwym. Każdy tę prawdę widzi gdzie indziej. Żeby być prawdziwym, na pewno trzeba być sobą. A jak to robić, skoro grając na scenie postaci, sobą nie jesteśmy? Trzeba to bardzo umiejętnie wypośrodkować. Wystudiować. Jak być prawdziwym? Cóż… Nie starać się być prawdziwym (śmiech). To trudne i przewrotne, sam nieustannie się tego uczę i nie mam recepty. A może to właśnie ona? Wciąż się uczyć i na nowo siebie odkrywać?

Opinie czy nagrody widzów wskazują, że ludzie w Tobie tę prawdę widzą.

W naszej pracy pomaga „oko zewnętrzne” – reżyser, który nie blokuje, ale wydobywa z aktora to, co najlepsze, żeby widz uwierzył w daną postać. Wielką radością jest trafiać na reżyserów, którzy to potrafią. By coś było autentyczne, musi być oparte na zaufaniu – jak w życiu. Jeśli pojawia się w pracy zaufanie, z pewnością dotrze się też do prawdy.

Pytanie na zakończenie: jesteś wielbicielem „Harry’ego Pottera”. Którą postać chciałbyś zagrać, gdyby powstała wersja musicalowa?

Voldemorta, wiadomo! Ciekawe, że przy pozostałych pytaniach się rozwlekałem, a tu odpowiedziałem w sekundę (śmiech). Ale to w ogóle genialny pomysł, musical o „Harrym Potterze”! Albo jako parodia! Widziałem coś takiego na youtube, nazywa się „The Very Potter Musical”. Zagrać w czymś takim – to byłaby przygoda!

Jeśli ktoś w Hogwarcie poprosi o pomoc, na pewno ją otrzyma. Mam nadzieję, że nie tylko w Hogwarcie. Życzę Ci spełnienia tego marzenia i wszystkich pozostałych. Dziękuję za rozmowę.

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Byłem przekonany, że zostanę pianistą

Człowiek-orkiestra. Twardo stąpający po ziemi marzyciel. Otwarty i przesympatyczny, ujmujący skromnością i szacunkiem wobec innych. Rozmowa z artystą o tak szerokich horyzontach to nie tylko wielka przyjemność, ale też fantastyczna okazja, by czegoś nowego się nauczyć.

Zapraszam do lektury pierwszej części wywiadu z Marcinem Sosińskim.

Fot. Sebastian Glapiński

Aktor dramatyczny, musicalowy, dubbingowy, aktor-lalkarz, kompozytor, reżyser, autor tekstów – uff, chyba niczego nie pominęłam.

Chyba nie…

Potrafiłbyś się zdecydować na jedną z tych profesji?

Zależy, co bym za to dostał (śmiech). A serio – raczej bym nie umiał. Chociaż… Mimo że z wykształcenia jestem aktorem, coraz bardziej ciągnie mnie do tego, by stawać po drugiej stronie i na przykład reżyserować.

Zdobyłeś już nieco doświadczeń reżyserskich, chociażby przy „Hoteliku Démodé”.

To prawda. Wcześniej zrobiłem też w kaliskim Teatrze Dramatycznym monodram „O szkodliwości…” według opowiadania Czechowa i tekstów napisanych przeze mnie.* Było to niełatwe, ale jednocześnie piękne i niezwykle twórcze zadanie, bo miałem wtedy dwadzieścia pięć lat, a reżyserowałem własnego ojca. Można więc powiedzieć, że zacząłem z grubej rury. Zdawało mi się, że potem już będzie tylko łatwiej (śmiech). Ale między innymi to doświadczenie pozwoliło mi myśleć, że mógłbym się odnaleźć po drugiej stronie.

Wspomniałeś o ojcu… Jako dziecko aktorskie znałeś lepiej niż inni ciemne strony tego zawodu. Jak to wpłynęło na Twoje myślenie o nim?

To bardzo ważny wątek w moim życiu. Przed wyborem studiów byłem przekonany, że zostanę pianistą jazzowym, chciałem iść do Katowic (Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Akademii Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach – przypis: Gosia JG). Potem zastanawiałem się nad kompozycją, ale zorientowałem się, że tam będzie trzeba przecież pisać nuty, a ja nie mam do tego cierpliwości (śmiech). Ot, takie zwykłe wątpliwości osiemnastolatka, co zrobić ze swoim życiem.

To prawda, jestem typowym dzieckiem teatralnej garderoby, teatr był od zawsze w moim życiu. Tata, kiedy się dowiedział, że jednak chcę się na tę drogę zdecydować, stuknął się w czoło i powiedział: „Synek, czy ty nie widzisz, jaki to jest zawód? Czemu chcesz w to iść?”. Jeśli chodzi o wszelkie rzeczy związane z aktorstwem, w gruncie rzeczy przygotowywała mnie mama, tata był sceptyczny – pewnie myślał, że skoro postanowiłem się w to pchać, nie będzie w tym maczał palców (śmiech). Na pewno też kierował mną wtedy młodzieńczy bunt, na zasadzie – a właśnie, że na przekór zostanę tym aktorem!!!

Tak, już na dzień dobry wiedziałem, że ciemne strony są w tym zawodzie. Jest straszny, a jednocześnie cholernie pociągający, jak zakazany owoc, którego się chce jednak spróbować. Nie żałuję swojego wyboru – lubię się w nim rozsmakowywać, ale mam świadomość różnych jego „odcieni”. Moim marzeniem było po prostu zdać. Gdziekolwiek. Udało się – i to za pierwszym razem. Trafiłem na wspaniały Wydział Lalkarski we Wrocławiu.

Co te studia dały Ci jako aktorowi dramatycznemu i musicalowemu?

Kiedy dostałem się na wydział, nie wiedziałem nic o lalkach. Byłem jednak przeszczęśliwy, mogąc odkrywać nowe aspekty teatru. We Wrocławiu uczy się wszystkich konwencji teatralnych, tak samo jak na wydziałach dramatycznych. Są zajęcia ze sceny współczesnej, mówienia wierszem, prozą itd. Ale poza nimi są też charakterystyczne dla tego miejsca przedmioty, jak np. gra aktorska w masce. Niezwykłe zajęcia, które potrafią nauczyć wyjątkowej świadomości ciała, jeśli ktoś naprawdę się do nich przyłoży. Zazwyczaj, gdy aktor jest na scenie i gra – używa mimiki twarzy, tu się skupiają wszystkie emocje. Co się stanie, jeśli twarz zakryje się maską?

Wracamy do korzeni, teatru greckiego…

Tak! Przecież nie bez przyczyny te maski się pojawiały, miały swoją symbolikę. Od tego się zaczęło! Mieliśmy na trzecim roku zajęcia z maski antycznej z wybitnym pedagogiem, profesorem Józefem Frymetem (którego serdecznie pozdrawiam).

Co ma zrobić aktor, któremu „odbierze się” twarz, mimikę? Jeśli aktor mówi w masce długi monolog i po prostu tylko jest na scenie – widz się nudzi, wyłącza. Człowiek w masce musi robić to, czego nie można, pokazując twarz – „naddać” emocje w ciele. Na przykład chcąc wyrazić smutek, muszę się lekko przygarbić, przyjąć pozycję, która jest smutna. Gra aktorska w masce była jednym z moich ulubionych przedmiotów. To dzięki niej mogę bardzo wiele pokazać wyłącznie ciałem, ale też mam świadomość, kiedy go nie „nadużywać”.

Lubiłem też inne zajęcia, np. technikę gry kukłą, które fantastycznie uczą scenicznego rytmu, niezbędnego chociażby do grania w farsie. Na Akademii Teatralnej w Warszawie są osobne zajęcia z farsy, a u nas pięknie uczy tych samych zasad kukła. To porównanie może wydawać się niezrozumiałe, dopóki samemu nie spróbuje się obydwu tych form. Serio! Jeśli zdobytą wiedzę potrafi się wykorzystać i przełożyć na siebie jako aktora dramatycznego, to – jak to się mówi – nic, tylko „wziąść i braść”. Stajemy się wszechstronni.

Nie da się ukryć, że często widzowie, ja sama też, skupiają się na twarzy aktora…

Na studiach jeden z pedagogów powiedział mi: „Sosiński, naprawdę? Ty chcesz grać w masce z TAKĄ twarzą?” (śmiech).

Fot. Sebastian Glapiński

To był chyba komplement.

Chyba tak (śmiech). A ja bardzo chciałem to poznać! A na poważnie – wydział nauczył mnie mnóstwo na temat tego, co twarz może „zrobić”, jak daną rolę udoskonalić, ale też, jak ją zniszczyć. Z całego serca go polecam, chociaż cały czas twierdzę, że to nie jest miejsce dla każdego, nie takie, gdzie przychodzi się przezimować, gdy tak naprawdę chce się być gdzie indziej. Zresztą tak samo myślę o wydziałach musicalowych: chcesz studiować musical – bądź w tym całym sercem. Nie ma półśrodków. Zdarzali się na wydziale ludzie, którzy nie chcieli tego robić; i uważam, że nie powinni, bo przecież nie o to chodzi, żeby tylko skończyć szkołę. To są specyficzne zajęcia i umiejętności. Można z nich wspaniale skorzystać, ale najlepiej się nie oszukiwać. Przez cztery i pół roku pracowałem w Teatrze Lalek Arlekin, ostatecznie z niego zrezygnowałem na rzecz innych form. Podjąłem świadomą decyzję, ale nigdy w życiu nie wyrzeknę się wydziału lalkarskiego, będę go promował i mówił, że jest wyjątkowy. Bo taki w istocie jest! Mam nadzieję, że za dwadzieścia lat spektakle lalkowe dla dorosłych już na stałe potrząsną światkiem teatralnym, a wtedy wszyscy wspomną moje słowa.

Teatr lalek (wiem, że nie lubisz tego określenia) ma na świecie bogate tradycje – jak chociażby japońskie przedstawienia bunraku czy kathputli w Indiach. W Polsce można wspomnieć chociażby o marionetach Kantora. Mimo to zdaje się, że u nas taki teatr jest traktowany nieco po macoszemu. Jak przekonałbyś do niego kogoś, kto nic o nim nie wie?

Dziękuję za to pytanie, chociaż to temat-rzeka. Rzeczywiście wolę określenie „teatr animacji”, bo lalki kojarzą się powszechnie z czymś tylko dla dzieci, a to sztuka o wiele bardziej wielowymiarowa. Powiedziałbym tak: jeżeli ktoś lubi teatr, to znaczy, że przystaje na pewną formę. A skoro się na nią godzi, może się rozsmakować w różnych jej odmianach. Przecież musical to też forma: ludzie, którzy do siebie nawzajem śpiewają, nagle zaczynają tańczyć – czy to jest normalne? (śmiech). A jako widzowie akceptujemy to bez zastrzeżeń. Dla mnie teatr to teatr, ma różne oblicza i nie potrzebuje przyczepiania łatek. W tym animacji dzieje się bardzo ciekawie. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby ten rodzaj sztuki był rzetelnie dofinansowywany. Nawiązując do musicalu – są też w ramach tego gatunku tytuły, które zaczynają przemycać nietypowe rozwiązania sceniczne rodem właśnie z teatru animacji. „Little Shop of Horrors” wykorzystuje formę lalki, jest gdyńskie „Avenue Q”. A w Teatrze Capitol Wojciech Kościelniak zrealizował „Blaszany bębenek”, w którym główną postacią jest jedna z moich ulubionych form lalkowych, tintamareska**, wykorzystująca twarz aktora.

Teatr to bardzo szerokie pojęcie. Dlaczego by sobie nie pozwolić na otwartość, odejście od klasyfikowania, zobaczenie, co mają do zaoferowania różne formy?

Zrezygnowałeś z Arlekina na rzecz Teatru Muzycznego w Łodzi. Nie da się ukryć, że większą rozpoznawalność oraz – paradoksalnie – sympatię wśród wielbicieli musicalu przyniosła Ci rola Thuya w „Miss Saigon”. A co dała Ci aktorsko?

W tamtym okresie ofiarowała mi wszystko, co tylko mogła. Przypomniała mi, że potrafię być dobrym aktorem dramatycznym – jakkolwiek to brzmi w odniesieniu do spektaklu, w którym całym czas śpiewam. Ale ja traktuję wszystkie postaci – lalkowe, musicalowe, stricte dramatyczne – tak samo, jako role, które należy zrobić; forma jest sprawą drugorzędną.

Aktorsko ten tytuł dał mi niezwykłą świadomość głosu. Fantastyczni ludzie: kierownik muzyczny Maciej Pawłowski i odpowiedzialna za przygotowanie wokalne Marzena Ajzert-Lauks pomogli mi uświadomić sobie pewne rzeczy, które dotychczas robiłem intuicyjnie. Bardzo rozszerzyłem wtedy swoją skalę wokalną. Wydawało mi się, że nie mam tych wysokich dźwięków, które powinno się mieć, żeby wyśpiewać to, co w partyturze – a z czasem okazało się, że potrafię je zaśpiewać.

Thuy jest w zasadzie epizodem, postacią drugoplanową, która pojawia się na moment. Ale ja lubię „dłubać” w postaci. Chciałem się zmierzyć z tym bohaterem i pokazać kogoś, kto jest zły, w taki sposób, by ludziom go było żal. Mistrzowsko zrobił to w filmie „Joker” Joaquin Phoenix. Może to porównanie nieco na wyrost, ale w czasie trwania prób i przygotowywania roli Thuy był dla mnie takim Jokerem. Chciałem go zrobić tak, żeby można go było zapamiętać.

Po spektaklu wszyscy mówili i pisali o tym „epizodzie”.

Bardzo mnie to zdziwiło, bo pojawiłem się w „Miss Saigon” trochę przez przypadek i wiele czasu trwało, zanim zostałem zaakceptowany przez właścicieli praw autorskich jako Thuy, o czym już kiedyś opowiadałem. Ale dało mi to też ogromną satysfakcję, udowodniło, że moje umiejętności mogą znaleźć ujście w… kolejnej formie, tym razem w musicalu. Cieszę się, że moje pomysły, praca nad rolą się sprawdzają. Największym komplementem jest, kiedy widzowie czy recenzenci mówią i piszą, że ta interpretacja przykuwa uwagę. To coś cudownego, nie mam słów, by opisać, jak mnie to uszczęśliwia.

Za to nie przepadasz za castingami.

Nienawidzę ich!

Ale jednak na ten do „Friends. The Musical Parody” się wybrałeś. Opowiedz o tym.

Świat teatralno-musicalowy był wtedy w stanie zawieszenia z powodu pandemii, podobnie jak wszystko inne. Nagle pojawiła się wiadomość o castingu w Kujawsko-Pomorskim Teatrze Muzycznym. Chyba większość artystów, która doszła do wniosku, że może jakoś pasować do ról, wysłała swoje zgłoszenia. Było ich mnóstwo. Najpierw trzeba było przesłać filmik, żeby było wiadomo, na której roli nam zależy czy do której ewentualnie pasujemy. Twórcy spektaklu musieli zobaczyć kilkaset filmów różnych ludzi i podjąć dobrą decyzję. Jestem pełen szacunku dla wszystkich, którzy ten casting zorganizowali, bo wykonali ogrom pracy.

Niezwykłe wrażenie zrobił na mnie fakt, że każdemu został poświęcony czas. Wszyscy byliśmy traktowani bardzo fair, każdy mógł się zaprezentować. Zadbali o to reżyserka Agnieszka Płoszajska i choreograf Michał Cyran. Na pewno to jeden z nielicznych castingów, po których mógłbym powiedzieć, że są one spoko.

Pamiętam, że w zgłoszeniu napisałem, iż najbardziej lubię Chandlera, totalnie fascynuje mnie aktorstwo Davida Schwimmera grającego Rossa, jednak „po warunkach” pewnie będę Joeyem (śmiech). Bo muszę przyznać, że Joey początkowo nie był moją ulubioną postacią. Z czasem jednak coraz bardziej go rozumiałem. Rzeczywiście stawał się moim… przyjacielem (śmiech). Fantastycznie było zmierzyć się z tym, co w serialu zrobił Matt LeBlanc.

No właśnie – zazwyczaj aktor buduje postać od podstaw, natomiast w tym przypadku istnieją uwielbiane przez widzów serialowe pierwowzory. Jak wygląda praca nad taką rolą?

Rzeczywiście ten spektakl jest idealny, żeby na to pytanie odpowiedzieć. Teatr rządzi się innymi prawami niż film czy serial, pewnych rzeczy nie widać. Trzeba było podejmować trudne decyzje i cały czas odpowiadać sobie na pytanie, w jakiej konwencji chcemy przedstawić tę historię. Pewna wskazówka została zawarta w tytule – to parodia. Czy w takim razie parodiujemy serial, czy zachowania? A jeśli tak, to czyje zachowania? Postaci czy aktorów, których znamy z serialu? Czy bierzemy na warsztat scenariusz, filtrujemy postaci przez siebie i pokazujemy na scenie, czy staramy się odtworzyć to, co ludzie znają? W mojej opinii najbardziej sprawdza się zrekonstruowanie tego, czego oczekują fani – reakcji i specyficznego „sposobu bycia” aktorów znanych z serialu. To wybitnie trudny kaliber i oczywiście zdarzało się nam w nim błądzić.

Praca nad „Friends. The Musical Parody” była więc – można rzec – piętrowa. Bo trzeba było zrobić już nie serial, a spektakl. I to spektakl w języku polskim (!), w którym grają polscy aktorzy, grający zagranicznych aktorów, grających role w sitcomie po angielsku (śmiech). Czy się udało? Trzeba przyjść i się przekonać.

Dyrektorka teatru, Anna Wołek wspominała na spotkaniu z widzami w Nowohuckim Centrum Kultury, że według twórców wersji oryginalnej toruński spektakl jest najlepszy spośród wszystkich granych na świecie.

Rzeczywiście takie mamy sygnały; to dla nas powód do radości i dumy.

Opowiadałeś też wtedy, jak ćwiczyłeś choreografię do spektaklu.

Wiedziałem, że mam poczucie rytmu. I to nie tak, że Wydział Lalkarski nie ma zajęć z tańca. Oj, ma! I to całkiem zacne! Ale ja… No cóż… (śmiech). Kiedy zobaczyłem ludzi po musicalowych szkołach, którzy mają ruch i taniec we krwi, zdałem sobie sprawę, że zdecydowanie muszę znaleźć na choreografię swój sposób. Podczas pracy nad „Friends” nagrywałem więc poszczególne układy ruchowe, a potem ćwiczyłem po nocach, żeby kolejnego dnia być gotowym. Zarówno tamto przedstawienie, jak i teraz „Morderstwo dla dwojga” przypomniały mi, co drzemie w ciele. Uczyłem się tego przecież na studiach, ale już zdążyłem trochę zapomnieć. A teraz znowu mi się to przydaje. Wychodzi na to, że nawet jeśli się wydaje, że nie tańczysz, okazuje się, że jak najbardziej – tańczysz! Tylko musisz mieć dobrych ludzi, którzy ci to odpowiednio uświadomią.

Wspominałeś wcześniej, że postać Joeya nie zainteresowała Cię od razu. Scenarzyści serialu z czasem coraz bardziej go ośmieszali, a jego głupota przybierała absurdalne, nawet jak na sitcom, rozmiary. Ty, mimo że spektakl ma w tytule parodię, próbowałeś go jakoś bronić.

Cieszę się, że to zostało dostrzeżone, bo istotnie starałem się to robić. Spektakl zresztą punktuje, że Joey z sezonu na sezon i z odcinka na odcinek staje się coraz bardziej… mówiąc bez ogródek, durny. To nie tak, że nie lubię grać takich postaci, wręcz odwrotnie – uwielbiam kreować bohaterów charakterystycznych, komediowych, niekoniecznie olśniewających intelektem – serio, to super sprawa! Ale Joeya akurat w tym spektaklu rzeczywiście trzeba bronić. Jak? Usłyszałem kiedyś: „On jest takim naprawdę przyjacielem”; kimś, kogo można nazwać „przyjacielem w stanie czystym”. Kiedy, przygotowując rolę, zacząłem oglądać serial w takim kontekście, doszedłem do wniosku, że to istotny trop. Bohaterowie serii wchodzą ze sobą w różne relacje, także uczuciowe. A Joey dziwnym trafem pojawia się w absolutnie każdym znanym w serialu wątku i… pomaga – nawet jeśli dzieje się to przez przypadek. To ta jego druga twarz, mniej eksponowana, a jakże ciekawa dla nowego scenariusza dla tych postaci.

W serialu na przykład bardzo nie lubiłem wątku Joeya i Rachel jako pary, był stworzony jakby na siłę. Ale kiedy pracowaliśmy nad spektaklem, który jest parodią i za pomocą tej formy opowiada dziesięć sezonów w dwie i pół godziny – muszę przyznać, że właśnie tego motywu mi zaczęło brakować. Bo to te fragmenty, które pokazują innego Joeya. Moment, kiedy postanawia oświadczyć się Rachel, która została sama z dzieckiem, jest przecież wyjątkowo szlachetny. Rachel jest też dla Joeya zaprzeczeniem wszystkich jego dotychczasowych podbojów. Uwielbiam scenę, w której mówi sobie w myślach: „To tylko twoja przyjaciółka, to tylko przyjaciółka…”, a kiedy Rachel wychodzi z jego pokoju, patrząc na nią, myśli: „Oczywiście, że to twoja dziewczyna!”. No po prostu Joey! (śmiech).

Z różnych wywiadów z Mattem LeBlankiem dowiedziałem się, że po szóstym sezonie jego bohater miał być w ogóle usunięty z serialu i tylko dzięki ekipie on w tej produkcji został. Matt też chciał bronić tej postaci, chociaż scenariusz tego nie robił. Wyszło mu to prze-zacnie. Moim hołdem dla niego było więc takie, a nie inne pokazanie Joeya.

Fot. Marcin Sosiński

Czy każdą postać, którą się gra, trzeba polubić? Stuckeya także?

Kiedy czytałem scenariusz „Pretty Woman”, miałem sporo wątpliwości co do tego, jak Stuckey został napisany. Przy takich postaciach zawsze dobrze działa, jeśli najpierw ma się szansę nieco oszukać publiczność, że to będzie pozytywny bohater, a potem stopniowo ujawnia się, kim jest naprawdę. Stuckey w warstwie dramaturgicznej jest od początku napisany jako gnojek i szuja. Bardzo zależało mi, by spowodować, że widz poczuje do niego odrobinę sympatii.

W pierwszym akcie jest scena, jedna z moich ulubionych, w której on się pojawia, a widzowie zastanawiają się, kim jest ten koleś. Wpada do apartamentu Edwarda jak do siebie, rozmawia z nim; ten w międzyczasie chowa Vivan w łazience. Lubię tę zbudowaną na rytmach scenę. Edward jest w niej zakłopotany, a Stuckeya poznajemy jako dobrego kumpla, który pomaga w biznesie, więc dla widza staje się „w porządku” typem. Trudność polega na tym, że to JEDYNA taka „farsowa” scena. Kolejne są już inaczej stylizowane – w nich nie da się go grać inaczej jak oślizłego typa. Stuckey jest człowiekiem bardzo świadomym biznesu i tego, jak w nim kombinować, świadomym świata, w którym pływa się z rekinami. A on umie pływać.

Cieszy mnie, że reżyser Jakub Szydłowski mnie tak obsadził. Jestem na roli z Piotrkiem Płuską (pozdrawiam przy okazji!). Widząc, jak bardzo się z Piotrkiem różnimy, choćby fizycznie, od razu wiedziałem, że będę musiał pokazać tę postać trochę inaczej. Jest dojrzalsza niż ja. Czuję więc ogromną wdzięczność, że reżyser zaakceptował dwie tak odmienne interpretacje. To bardzo ciekawa propozycja dla musicalowego widza i wspaniałe wyzwanie dla nas, aktorów.

To też kolejna postać, która, mimo że jest na scenie niedługo, zostaje zapamiętana.

Cudownie to słyszeć. Uwielbiam grać złe charaktery.

Druga część wywiadu zostanie opublikowana w przyszłym tygodniu.

* Monodram „O szkodliwości…” wg opowiadania A. Czechowa zagrany przez Dariusza Sosińskiego miał premierę w 2015 roku. Marcin Sosiński zaadaptował tekst, stworzył muzykę oraz wyreżyserował spektakl.

** Tintamareska – rodzaj znanej od średniowiecza lalki, która wykorzystuje twarz aktora, ukrytego za podwyższeniem, i tułów lalki, nieproporcjonalnie mniejszy.

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Najdobrzej jest, czyli „Morderstwo dla dwojga” (a spektakl na cztery ręce)

Dahlia Whithey, egzaltowana dama w średnim wieku (połączenie nieco młodszej Hiacynty Bukiet z nieco starszą Janice z „Przyjaciół”), urządza przyjęcie urodzinowe-niespodziankę dla swojego męża. Czas płynie, żona wita schodzących się gości, wszyscy niecierpliwie oczekują przybycia solenizanta. Kiedy ten wreszcie się pojawia – pada strzał…

Musical „Morderstwo dla dwojga” odtwarza klasyczne ramy utworu detektywistycznego. Mamy więc odwrócony porządek fabuły (rozpoczyna się od zalegającego na podłodze trupa, otoczonego książkami, które właśnie niósł), drobiazgowe śledztwo mające doprowadzić do wyjaśnienia, kto i dlaczego zabił popularnego… autora kryminałów (wszak odrobina metatekstowej zabawy nie zaszkodzi), zamkniętą przestrzeń (dom Whitneyów) oraz ograniczony krąg podejrzanych (żona i goście niedoszłego-w-zasadzie-solenizanta-obecnie-denata).

Plakat: Sylwia Olszewska/ Archiwum Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego

Aby uczynić zadość zasadom gatunku, niezbędny jest także detektyw, który na chłodno przeanalizuje fakty i wskaże sprawcę. No cóż – Marcus Moscowicz, bohater musicalu stworzonego przez Kellena Blaira i Joego Kinosiana, chciałby pewnie mieć genialny analityczny umysł Sherlocka Holmesa oraz doświadczenie, a być może i nienaganny styl Herculesa Poirota. Jednak nade wszystko chciałby być „prawdziwym detektywem”, jak jego kolega Grayson, który za godzinę zjawi się na miejscu zbrodni. Tymczasem jednak Marcus musi zadowolić się tym, że jako zwyczajny policjant ma pilnować podejrzanych do czasu przybycia Graysona.

A może skorzystać z okazji i spróbować rozwikłać, kto oddał strzał, który położył trupem Arthura Whitneya? Zarówno nieboszczyk, jak i uczestnicy niedoszłego przyjęcia nigdzie się nie wybierają, zatem lepsza okazja się nie nadarzy. Kryminalna intryga w miasteczku, którego mieszkańcy dobrze się znają i trudno utrzymać w tajemnicy sekrety, intryga podlana niemałą dawką brawurowego poczucia humoru, sprawia, że wydarzenia zaczynają się toczyć w błyskawicznym tempie.

Przedstawienie realizuje najpierwotniejszą, chociaż współcześnie już wielokrotnie zanegowaną, definicję teatru jako reprezentacji scenicznej utworu literackiego, a jednocześnie odwołuje się do powszechnego dość twierdzenia, że teatr to sztuka wyobraźni. Wszystko jest kwestią umowy. A skoro publiczność i tak zawiesza na czas spektaklu przyrodzony sobie sceptycyzm, można pójść krok dalej. Toteż elementy budujące teatralną rzeczywistość  „Morderstwa dla dwojga” są ograniczone do minimum.

Scena tonie w czerni. Wyróżnia się jedynie jasnobrązowe pianino na obrotowej platformie. W kącie znajduje się niewielki stolik z akcesoriami do przygotowywania herbaty oraz krzesło, z tyłu drabina, po prawej zaś stronie drzwi, które podczas przedstawienia będą zmieniać swoje miejsce. Ascetyczna scenografia Wojciecha Stefaniaka doskonale spełnia swoją rolę, jednocześnie nie odciągając uwagi od tego, co dzieje się między bohaterami. A dzieje się bez ustanku, mimo obecności tylko dwóch aktorów.

Fot. Piotr Manasterski/ Archiwum Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego

Ci zaś śpiewają, akompaniują sobie nawzajem na wspomnianym pianinie (albo i grają na nim na cztery ręce), tańczą. Przede wszystkim jednak – kreują wszystkie role. Chociaż, gwoli ścisłości należy doprecyzować, że Maciej Makowski gra oficera Moscowicza, a Marcin Sosiński – pozostałe postaci. Ten drugi podkreśla, że to dla niego rola życia. Nic dziwnego – ile jest spektakli, w których aktor może powołać do scenicznego istnienia trzynaście (!) różnych osób?

Kłótliwe małżeństwo Barb i Murray, zmysłowa primabalerina Barette Lewis, doktor Griff, grupa bystrych dzieciaków z dzielni tworząca chór chłopięcy – nic nie jest dla niego niemożliwe. Niektóre postaci zgrabnie balansują na granicy przerysowania, inne są realistyczne; są takie, które budzą niechęć, i te, które się lubi. Każdy z bohaterów zostaje obdarzony indywidualną historią i cechami charakteru, które ujawniają się w sposobie mówienia, chodzenia (nawet siadania), gestach, tembrze głosu (każdy z nich inaczej śpiewa!). Aktor robi to tak zmyślnie, że widzowie w ciągu chwili orientują się, z którą postacią mają do czynienia. Popisem wirtuozerii są dialogi niektórych granych przez niego bohaterów, np. kłótnie Barb i Murraya. Ta kreacja to majstersztyk, za którym niewątpliwie stoi ogrom pracy poparty kawałkiem solidnego aktorskiego warsztatu, ale na scenie artysta sprawia wrażenie, jakby nieustanne manewrowanie między rolami było dziecinnie prostą igraszką.

Nie można nie docenić w tym spektaklu Macieja Makowskiego. W wymiętym prochowcu i kapeluszu jest archetypowym wręcz detektywem (co z tego, że aspirującym). Chce się wykazać, więc, pełen pasji i entuzjazmu, skrupulatnie wypełnia zalecenia zgodnie z tym, co „protokół rzekł”. Z czasem znajduje odwagę, by zacząć samodzielnie myśleć i zmierzyć się z zadaniem, które przed sobą postawił. Sukces sztuki zasadza się w dużej mierze na współdziałaniu obu aktorów oraz ich wzorowym porozumieniu, bo przyszły detektyw nieustannie partneruje „innemu” Marcinowi Sosińskiemu. Jego rola musi być bardzo skrupulatnie i konsekwentnie prowadzona, gdyż stanowi swego rodzaju ramy dla nieustannie przeobrażającego się partnera scenicznego. Maciej Makowski radzi sobie z tym wyzwaniem znakomicie. Co ciekawe, jego zmiennikiem w roli Moscowicza jest Wojciech Łapiński – w przeciwieństwie do doświadczonego Makowskiego dopiero rozpoczynający przygodę z aktorstwem student trzeciego roku musicalu w Gdańsku. Bardzo jestem ciekawa jego interpretacji roli i interakcji z podejrzanymi.

Fot. Piotr Manasterski/ Archiwum Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego

Precyzyjna struktura fabuły sprawia, że widz szybko daje się wciągnąć w grę (dowodem na to jest chociażby tłumny udział publiczności podczas antraktu w głosowaniu, kto zabił). Z drugiej strony – zaskakujące i zabawne okazuje się nieustanne wychodzenie z konwencji, przypominanie, że przecież jesteśmy w teatrze, czasem burzenie czwartej ściany i zwracanie się bezpośrednio do widowni.

„Morderstwo dla dwojga” miało swoją premierę w 2011 roku w Chicago Shakespeare Theater, a później trafiło na Off-Broadway. Opowieść o tym, jak dyrektorka Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego, Anna Wołek, zdobyła prawa do sztuki, sama w sobie stanowi interesującą anegdotę (można ją przeczytać w programie spektaklu).

Utalentowany zespół, który dał się poznać wcześniej przy realizacji „Friends”: wspomniana Anna Wołek jako tłumaczka libretta, Donata Gierczycka (tłumaczka piosenek), odpowiedzialny za ruch sceniczny Michał Cyran, Paulina Grochowska (przygotowanie wokalne) i – last but not least – reżyserka Agnieszka Płoszajska stworzyli na koniec sezonu (premiera miała miejsce 2 lipca) ciekawy i pełen humoru spektakl. „Bywało już źlej” – głosi jedna z piosenek. Może i bywało, ale w „Morderstwie dla dwojga” wszystkie elementy na czele z brawurowymi kreacjami aktorskimi współtworzą jedną z najbardziej intrygujących propozycji teatralnych – nie tylko dla wielbicieli musicalu. Jest najdobrzej!

„Morderstwo dla dwojga”, Kujawsko-Pomorski Teatr Muzyczny, 6 sierpnia 2022r.

Reżyseria – Agnieszka Płoszajska

Maciej Makowski – Marcus Moscowicz
Marcin Sosiński – pozostałe role

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, MUSICALE | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Muzyka, uczucia i odkurzacz, czyli „Once” upon a time in… Dublin

Dziewczyna spotyka chłopaka… Wszystkich, którzy jęknęli teraz w duchu (lub na głos): „Eee, serio? Ileż można!” informuję, że owszem, tak rozpoczyna się „Once”. I tak mogłabym też zacząć, pisząc o ludziach, bez których tego tytułu by nie było – o Markécie Irglovej i Glenie Hansardzie. Czeska piosenkarka i irlandzki muzyk najpierw stworzyli indiefolkowy duet The Swell Season. W 2007 roku powstał skromny film Johna Carneya, z Irglovą i Hansardem w rolach głównych oraz ze stworzoną przez nich muzyką, który okazał się niespodziewanym sukcesem (otrzymał m.in. nagrodę publiczności na największym festiwalu filmów niezależnych Sundance i Oscara za piosenkę „Falling Slowly”). Wreszcie w 2011 roku „Once” w wersji scenicznej został najpierw pokazany na Off-Broadwayu, a rok później trafił na Broadway. Efekt? Osiem nagród Tony, m.in. dla najlepszego musicalu i libretta. Nieźle, prawda?

A zaczęło się od wyświechtanego „dziewczyna spotyka chłopaka”.

Bohaterowie „Once” poznają się przypadkiem. On to uliczny muzyk; marzy o wydaniu płyty, ale uważa, że to, co tworzy, nikogo nie obchodzi. Dziewczyna, z którą był związany, wyjechała. Jest przekonany, że jego życie już zawsze będzie się toczyć między warsztatem, w którym pomaga ojcu naprawiać sprzęt AGD, a pokojem w domu rodzinnym.

Ona jest Czeszką. Swoim pozytywnym nastawieniem, energią i uśmiechem mogłaby oświetlić Dublin (w tym właśnie mieście umieszczono akcję). Na początku chłopak zachowuje wobec nowej znajomej rezerwę, ale pierwsze lody zostają przełamane (niebagatelną rolę odgrywa w tej kwestii zepsuty odkurzacz). Oboje odkrywają, że dobrze im się ze sobą rozmawia…

Polską realizację „Once”, wyreżyserowaną przez Wojciecha Kępczyńskiego w Teatrze Muzycznym ROMA, zobaczyłam podczas XI Krakowskich Miniatur Teatralnych w roku ubiegłym, a teraz po raz drugi na Scenie Novej. Przyznaję rację tym, którzy twierdzą, że najlepiej odbiera się spektakl na małej scenie. Niewielka przestrzeń pasuje do kameralności przekazu.

Nie do przecenienia w tej historii są odtwórcy głównych ról – muszą się wykazać (podobnie jak wszyscy artyści biorący udział w musicalu) wszechstronnym przygotowaniem: aktorskim, wokalnym oraz instrumentalnym, ale również nieprzeciętną wrażliwością, żeby nie zbanalizować swoich bohaterów.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Dziewczyna jest bardzo otwarta, we wszystkim, co jej się zdarza, stara się znaleźć dobre strony. Na początku jej pogoda ducha i entuzjazm wręcz trącą naiwnością. Wraz z rozwojem fabuły okazuje się, że być może to sposób obrony przed światem, bo bagaż emocjonalny i życiowy, który ze sobą niesie, lekki wcale nie jest. Przebojowa, ale nie nachalna, potrafi się wycofać, jeśli trzeba. Głos Moniki Walter urzeka delikatnością w balladach, a subtelne aktorstwo wydobywa rozmaite odcienie uczuć, które przeżywa bohaterka.

Paweł Mielewczyk jako Facet kreuje wiarygodny portret mężczyzny zniechęconego niepowodzeniami, który chce się wycofać i zapomnieć o swoich marzeniach. Pokazuje cały wachlarz emocji w dyskretny, nieprzeszarżowany sposób, budując postać małymi gestami, mimiką, tonem głosu; bezbłędnie oddaje początkowy brak wiary, wahanie, a potem odzyskiwanie pewności siebie, przebłyski radości. Aktor, na Dużej Scenie prezentujący się najczęściej w klasycznych numerach typu „broadwayowskiego”, w piosenkach z „Once” udowadnia, że nieobcy mu rockowy pazur (swego czasu grał w zespole, więc właściwie nie powinno to dziwić).

Oboje pięknie i powściągliwie pokazują rodzące się w nich nowe uczucia. Pozwalają być blisko swoich bohaterów, ale uciekają od sentymentalnych chwytów.

Drugi plan zaludnia szereg oryginałów: grupa emigrantów mieszkających razem (scena wspólnego oglądania telenoweli jest jedną z najzabawniejszych w musicalu), bankier marzący o karierze rockmana, mąż tęskniący za zmarłą żoną, właściciel sklepu muzycznego, który uważa się za co najmniej następcę Casanovy… Wszystkie te postaci zarysowane są mocniejszymi konturami – w kontrapunkcie do pary głównych bohaterów. Bo i czasu scenicznego mają mniej, ale dzięki muzykom-aktorom stają się prawdziwe i budzą sympatię. W pamięć zapada szczególnie Michał Chwała jako Svec, Malwina Misiak w roli Baruski – mamy Dziewczyny, i Oliwia Skrzypczyk – pełna witalności Reza.

Prosta, ograniczona do schodów i podestu scenografia harmonijnie komponuje się z opowiadaną historią. Akcja przenosi się z ulicy do pokoju Faceta, ze sklepu muzycznego do pubu, ze studia nagrań nad brzeg morza. Żadna z lokalizacji nie jest ukazana dosłownie, ale operowanie światłem i dźwiękiem, sposób prowadzenia fabuły oraz wspomniane aktorstwo są tak sugestywne, że bez trudu widzę te miejsca w swojej wyobraźni.

Przyznam, że kilka razy słuchałam oryginalnej muzyki z filmu, jednak soundtrack jako całość nieco mnie nuży. Natomiast polskie wersje piosenek są ciekawie zaaranżowane, a wkomponowane w fabułę spektaklu, w którym ballady („Krok za krokiem”, „Jeśli chcesz mnie”) przeplatają się z nawiązującymi do folku, żywiołowymi utworami („Hej, pada, pada…”), świetnie sprawdzają się na scenie. Dodatkowym walorem są zbiorowe układy taneczne. Oddają klimat przepełnionego, kipiącego energią pubu i mają taką temperaturę, że trudno nie dać się porwać ich rytmowi. Równoważą melancholijny nieco nastrój scen lirycznych.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Uniwersalizm „Once” przywołuje skojarzenia z parabolą. Rzecz dzieje się w Dublinie, ale przecież mogłaby gdziekolwiek. Główni bohaterowie nie mają imion – dzięki temu wielu widzów może wpisać w kontekst przedstawienia własne doświadczenie.

To opowieść, która staje w szeregu z takimi filmowymi produkcjami jak „Co się wydarzyło w Madison County” czy „Przed wschodem słońca”. Przypadkowe spotkanie okazuje się katalizatorem zmian w życiu postaci. Ale wielkich przewrotów nie będzie – codzienność budują przecież drobiazgi. A prostota i zwyczajność to siła tego musicalu. Oszczędny w środkach, pokazuje głód uczuć bez melodramatyzmu i taniej ckliwości. Wszystko dzieje się w sferze niedopowiedzeń, wpół słowa i zawieszonego w powietrzu gestu. Oboje – Dziewczyna i Facet – nie wyznają nam o sobie wszystkiego. Przeszliśmy z nimi kawałek drogi; są inni niż na początku – i my też. Dokąd pójdą? Czy jest dla nich szczęśliwe zakończenie? I czy „szczęśliwe” oznacza: takie, jakiego pragnęliby widzowie? Te pytania pozostaną z nami. Oni poniosą swoją tajemnicę dalej. Najpiękniejszy song musicalu dopowiada, że „wciąż mamy czas”. Oni i my. Dobrze jest wyjść z teatru z taką konstatacją.

„Once”, Scena Nova, Teatr Muzyczny ROMA, 9 lipca 2022r.

Reżyseria: Wojciech Kępczyński

Dziewczyna – Monika Walter
Facet – Paweł Mielewczyk
Reza – Oliwia Skrzypczyk
Była – Kamila Szalińska-Bałwas
Svec – Michał Chwała
Andrej – Patryk Rogoziński
Baruska – Malwina Misiak
Eamon – Paweł Izdebski
Billy – Wojciech Dmochowski
Tata – Jacek Wąsowski
Bankowiec – Artur Gierczak
Ivonka – Marta Perzyna

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Tu, gdzie mój świat…

Niesłychanie utalentowany i kreatywny, wciąż się rozwija i poszukuje. Lubi robić wszystko po swojemu. Nie boi się ryzykować. Właśnie spełnia swoje wielkie marzenie – wydaje solową płytę. Album „#lubiecie” może być zaskoczeniem dla tych, którzy znają go z teatralnej sceny. Tym razem nie ukrywa się za rolą, postacią, interpretacją tekstu kogoś innego. To jego nagie emocje, wrażliwość, puls. Do świata swoich słów i dźwięków zaprasza Franky – Kamil Franczak.

Fot. Artur Wacławek

Nasza poprzednia rozmowa miała miejsce prawie dwa lata temu. Przez ten czas wiele się zmieniło, toteż, jeśli pozwolisz, chciałabym do niej nawiązać.

Planowałeś wydanie kolejnej płyty z zespołem Zero Procent…

Tak się jednak nie stało. Różne powody sprawiły, że przygoda z Zero Procent została zakończona po krótkiej próbie wznowienia współpracy. Psychicznie nie czułem się w tej sytuacji komfortowo. Jeśli pracuje się nad jakimś dziełem artystycznym, ważny jest klimat, muszą być zachowane pewne warunki. Nie chcę powiedzieć, że ich nie zachowano, jednak pewnych niuansów nie potrafiłem przeskoczyć jako twórca. Toteż zamiast tkwić w impasie, uznałem, że lepiej to przerwać. Myślę, że podjąłem dobrą decyzję.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, byłeś etatowym aktorem Teatru Rozrywki. Od ubiegłego roku występujesz tam gościnnie.

W codziennym życiu często staram się zatrzymywać i słuchać, co mi podpowiada wewnętrzny głos. Przebija się on przez to, co na zewnątrz, a co czasem na pozór wydaje się zupełnie inne. Pandemia sprawiła, że na pewne rzeczy spojrzałem na nowo. Poczułem potrzebę zmiany. Na etacie byłem przez dziesięć lat – długo. Doszedłem do wniosku, że nadszedł czas na opuszczenie gniazda.

Zostańmy jednak na chwilę przy teatrze. W czasie pandemii Teatr Rozrywki zaproponował widzom niezwykły spektakl – „Piekło i raj”. Za rolę Diabła w tej realizacji otrzymałeś niedawno kolejną nominację do Złotej Maski. Co pozwoliła Ci odkryć w sobie ta kreacja?

Mimo że jestem wokalistą i głównie śpiewam, jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji zagrać w przedstawieniu, w którym nie ma kwestii mówionych, a wyłącznie piosenki. Można było poruszać się tylko w obrębie tej materii, z tego budować rolę – i to nie byle kogo, bo Diabła właśnie. To nowe doświadczenie, dzięki któremu musiałem wykorzystać wszystko, czego się przez lata pracy nauczyłem. Okazało się wymagającym i niezłym combo na podsumowanie pewnego etapu – bo to ostatni spektakl, który zrobiłem, będąc etatowym pracownikiem teatru. Bardzo go lubię.

W maju widzów Teatru Rozrywki czeka pożegnalny set „Producentów”, z którymi jesteś na wiele sposobów związany. Jakie uczucia budzi w Tobie rozstanie z tym tytułem?

Szczerze mówiąc, rozumiem tę decyzję. To trudne w realizacji przedstawienie, sporo pracy trzeba włożyć, by cały czas trzymać poziom i by nie doszło do zmęczenia materiału – a przecież jest grane od trzynastu lat. „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. To dobry czas, żeby „Producenci” opuścili afisz Teatru Rozrywki. Chociaż z drugiej strony – są na pewno jednym z najlepszych tytułów, w jakich miałem okazję zagrać, uwielbiam go. Jako widz widziałem „Producentów” sześć razy, później wszedłem do zespołu, a przez ostatnie cztery lata grałem Leo Blooma (licząc z okresem pandemii, więc szczególnie dużo tego grania nie było). Bardzo się cieszę, że mogłem wziąć udział w tej przygodzie. A praca z Darkiem Niebudkiem to jedno z doświadczeń, dla których wykonuje się ten zawód.

Nie mogę nie zapytać o Mistrza Ceremonii. Jak zmienił się po prawie dwuletniej przerwie, kiedy „Cabaret” nie był prezentowany na scenie z powodu pandemicznych ograniczeń?

Był we mnie ogromny głód grania tego spektaklu. Często pojawiały się w mojej głowie myśli związane z działaniem tej postaci, budowaniem jej. Sam się zmieniłem przez te dwa lata. Mistrz Ceremonii z pewnością okrzepł, nabrał jeszcze więcej odwagi, by robić pewne rzeczy na scenie, a to na pewno ma pozytywny wpływ na przedstawienie jako całość. Ale przede wszystkim ma inny kolor włosów (śmiech).

Został blondynem, pasuje mu to.

Tak, zrobił się bardziej „okołoaryjski” (śmiech).

Sporo czasu poświęcasz teraz solowemu projektowi muzycznemu, o którym za chwilę. A co dalej z teatrem w Twoim życiu?

Nie zdecyduję się na wybór jednej artystycznej drogi, bo nie umiałbym zrezygnować z tej drugiej. Wiem, że to będzie czasem trudne, ale na pewno nie porzucę teatru. Chcę się angażować w spektakle, które mnie interesują, są bliskie mojej estetyce. Chciałbym się dzięki nim rozwijać, ale też mieć nad tą ścieżką większą kontrolę. Z pewnością będę łączył różne moje aktywności. Niewykluczone, że któraś z kolejnych płyt będzie mocno teatralna i wtedy będę mógł wykorzystać wszystkie nabyte w teatrze umiejętności.

Czy jest konkretny typ ról, które chciałbyś grać?

Dotychczas miałem okazję wcielać się w wielu różnych bohaterów. Nie chcę zamykać się na żadne role, twierdząc, że gram tylko takie albo inne. Na razie skłaniam się ku bardziej niebezpiecznym, groźnym postaciom. Mistrz Ceremonii tak mną pokierował i ta droga mi się spodobała. Ale to nie przekreśla żadnej innej. Jest sporo pól do odkrycia, jeśli reżyser ma ciekawą wizję. Najważniejsze jednak to dobry spektakl, dobry tekst. No i muza, która mnie wkręci i którą polubię.

Skoro mowa o muzyce – dwa lata temu opowiadałeś o planowanej solowej płycie, ale mam wrażenie, że miała ona wyglądać nieco inaczej. Mówiłeś wtedy o pewnej kreacji siebie, którą w związku z nią wymyśliłeś.

To prawda. Muzycznie miała być taka, jaka jest. Pojawiły się drobne zmiany, bo niektóre rzeczy wymagały przemyślenia, musiały z czasem dojrzeć. Ale istotnie, przymierzaliśmy się do sesji zdjęciowej, do której pomysły bardzo nam się podobały. Doszedłem jednak do wniosku, że nie jestem jeszcze gotowy na wykonanie kroku, który pociągnąłby za sobą zmianę wizerunkową; nie wypadałoby pokazać nowego oblicza, a potem go odsunąć na bok, toteż z tego zrezygnowałem. Postanowiłem oprzeć płytę na tym, co umiem robić najlepiej – na byciu sobą. Już podczas przedpremierowego koncertu we wrześniu poczułem, jak fajnie jest występować na scenie w czymś, co nie jest kostiumem, ale ulubionym ubraniem, takim, w którym wychodzę w miasto. To moja debiutancka solowa płyta, chcę się czuć maksymalnie komfortowo podczas prezentowania tego materiału.

Śpiewanie było Twoim pierwszym artystycznym wyborem – nagrywałeś płyty, grałeś koncerty, brałeś udział w festiwalach. Z zespołu zostałeś „porwany” do teatru. Dlaczego tak bardzo zależało Ci na wydaniu solowego albumu?

Zawsze lubiłem pisać piosenki. To rodzaj terapii – zbieram myśli, chwytam emocję, którą można zamknąć w słowach i zatrzymać; tylko ja wiem, z czym ona się wiąże. Cały czas pisałem utwory dla siebie albo dla kogoś, nagrywałem je. Wstępna wersja solowej płyty była prawie gotowa dawno temu, ale wciąż coś mi w niej nie odpowiadało, więc nie chciałem tego kontynuować. Aby coś napisać i być z tego zadowolonym, trzeba najpierw stworzyć dużo rzeczy, które wyjdą średnio; ale dzięki nim można zrozumieć, czego się chce. Łatwo się wykonuje i interpretuje czyjeś świetne songi. Trudniej nadać charakter własnej piosence. Wtedy trzeba pokazać swoją wrażliwość muzyczną – zupełnie nagą, rozebraną na czynniki pierwsze. To jest w pisaniu najciekawsze, chociaż jednocześnie najtrudniejsze. Od zawsze pragnąłem przygotować coś swojego, własną wypowiedź, za którą będę stał murem. Droga do spełnienia tego marzenia była długa, ale płyta wreszcie jest.

Fot. Artur Wacławek

Płyta „#lubiecie” to zupełnie inna twórczość niż ta, z której dotychczas dałeś się poznać. Można powiedzieć, że pod pewnymi względami zaczynasz od początku. „Bez ryzyka tylko oddychasz…”?

To prawda. Mam pełną świadomość, że ta muzyczna propozycja jest odmienna od rzeczy, które robiłem przez ostatnie dziesięć lat, czy to w teatrze, czy na innych polach artystycznej ekspresji. Cóż mogę poradzić – taką płytę muszę wydać, on we mnie gra (śmiech). Od wielu ludzi, którzy mnie znają ze sceny teatralnej, otrzymałem kredyt zaufania; jest szansa, że podążą razem ze mną i posłuchają mojego albumu. Oczywiście są też tacy, których nie będzie interesował. Ale wiem również, że pojawiają się nowi odbiorcy, kompletnie nieznający mnie z teatru, a słuchający mojej muzyki. Widzę to, prowadząc fanpage, który łączy wszystkie te artystyczne drogi. Zastanawiałem się zresztą, czy nie powinienem ich rozdzielić, ale jest we mnie na to jakaś wewnętrzna niezgoda. Ja jeden robię to wszystko, a skoro tak jest, po co osobne konta na każdy rodzaj aktywności? Nie całkiem rozumiem współczesne zasady funkcjonowania w świecie wirtualnym. Tak, jest ryzyko, że publiczność będzie się wymieniać. To pokłosie mojego sposobu działania. I muszę to przełknąć, bo dalej będę tak postępował (śmiech).

Ważną rolę w powstawaniu „#lubiecie” odegrał Daniel Cebula-Orynicz.

Tak, jest współtwórcą albumu. Jesteśmy bardzo dobrymi kumplami, poznaliśmy się w teatrze. Połączyły nas zainteresowania muzyczne, kompozytorskie, songwriterskie. Piosenki na płytę zacząłem pisać pod koniec 2017 roku, w kolejnym zacząłem o tym odważniej mówić, konsultować się z osobami wokół. Wtedy Daniel zaproponował, żebyśmy spróbowali popracować wspólnie. Jest genialnym muzykiem, ma zdecydowanie większą niż ja świadomość aranżacji, większe umiejętności, jeśli chodzi o produkcję muzyczną. Pomyślałem, że skoro mój świetny kumpel robi coś pięć razy lepiej ode mnie, czemu nie miałby się tym zająć? Dobrze rozumiemy swoje wizje, a z ich połączenia powstają rzeczy, które nawet nas samych zaskakują. Wyobraźnie poprowadziły nas w takim kierunku i zrobiliśmy album, z którego obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.

W „#lubiecie” intryguje to, że płyta nie ma jednorodnego oblicza. W opisach pojawiają się słowa-klucze, jak elektro-pop, ale nie jest tak, że słysząc jeden kawałek, wie się, w jakim stylu jest cały album. Gdybyś jednak miał znaleźć wspólny mianownik dla niego, co by to było?

Wspólnym mianownikiem jestem ja. Rzeczywiście, wyrwany z kontekstu, każdy kawałek jest odrębną całością. Ale kiedy słucha się ich razem, one nadzwyczaj dobrze się łączą i ze sobą współgrają. „#lubiecie” to pierwszy utwór, który powstał z myślą o tym materiale, dlatego m.in. stał się tytułowym. Do stworzenia każdego numeru przywiodła mnie inna wibracja, ale połączyły się razem w brzmieniach, które ze sobą korespondują. Zależało mi na jednorodnym stylu, jeśli chodzi o język, którym posługuję się na płycie, jeśli chodzi o układanie i wykonywanie linii wokalnych. To wspólny mianownik. A dzięki Danielowi wszystko jest przemyślane i ze sobą współbrzmi.

Najpierw powstaje muzyka czy tekst?

Najchętniej pracuję, kiedy mam już muzykę. Ona mnie prowadzi w konkretne rejony, słyszę tematykę, która by do niej pasowała. Podczas powstawania niektórych utworów najpierw była linia melodyczna i mój tekst, a dopiero potem myśleliśmy o aranżu. Bywało też, że Daniel przysyłał mi jakiś muzyczny pomysł, który stawał się inspiracją dla słów i linii melodycznej. Jest różnie, ale kiedy następuje moment, że wszystko się łączy – wiem, że to jest to, o co mi chodzi.

Czy kiedy tworzysz, wyobrażasz sobie, kto tego będzie słuchał?

Nie mam żadnego wymyślonego odbiorcy w głowie. Muzyka nie ma wieku. Tak, są jakieś trendy, ale nie wyklucza to kwestii, że muzyka jest dla każdego.

Teksty na płycie wydają się bardzo osobiste. Na ile się w nich odsłaniasz?

Całkowicie. Między słowami pojawia się więcej niż na „pierwszy rzut ucha” można usłyszeć. Utwór „peszt”, który nagrałem z dziewczynami z zespołu Wild Whispers, opowiada o jednej z największych majówkowych imprez, w których wziąłem udział, a która miała miejsce w Budapeszcie. Na sto procent tylko ja wiem, o czym on jest, a między wierszami można znaleźć różne podpowiedzi (śmiech).

Staram się pisać rzeczy, które mają w sobie pewien uniwersalizm interpretacyjny. Po „lustracji” dostałem mnóstwo wiadomości od osób z zupełnie innymi problemami, w innym punkcie życia niż ten, który został opisany w piosence. To jedyny utwór, który nie jest o mnie, a empatyczna wizja obserwowanej sytuacji. Wiele osób odnalazło w nim swoją historię. Dlatego powiedziałem wcześniej, że muzyka nie ma wieku. Ktoś może znajdować się na takim etapie życia, że piosenkę, która powstała na bazie innego konkretnego uczucia, odbierze jako swoją dzięki jej uniwersalizmowi właśnie. O to mi zawsze będzie chodziło, jeśli chodzi o tworzenie tekstów.

Co Cię inspiruje?

Podróż, człowiek, słowo, emocja – dobra czy zła. Morze, rzeka, wiatr, drzewo – wszystko. Pobyt w miejscu, które jest mocno inspirujące, myśli, które akurat zaprzątają głowę. Następuje moment, w którym można je uchwycić – i to robię. Natchnieniem jest całe życie.

Fot. Artur Wacławek

Na scenie teatralnej grasz różne role. A kim jest Franky?

Franky to estradowa, muzyczna wersja Kamila Franczaka. Chciałem nadać temu projektowi konkretną nazwę, bo to moja nowa działalność, a lubię, kiedy wszystko jest uporządkowane i określone. Wszyscy do mnie całe życie mówią Franek. Mój pseudonim, który pojawił się zupełnie naturalnie dawno temu, gdy byłem dzieckiem, ewoluował w przeróżne strony, ale zawsze kręci się wokół Franka, Franky’ego, Francia itd. Wybrałem jeden, który uznałem za najbardziej pasujący do solowej drogi muzycznej.

Płyta ukaże się lada moment. Czy możesz o sobie powiedzieć, że jako artysta jesteś w tym momencie spełniony?

Podczas pracy nad „Piekłem i rajem”, kiedy dyskutowaliśmy na temat zasadności wystawienia tego spektaklu, padło wobec mnie stwierdzenie: „Czyli ty jesteś spełnionym człowiekiem”? Powiedziałem wtedy, że na pewnych polach tak. Są krótkie momenty satysfakcji, ale nie przeszłoby mi przez gardło powiedzenie, że jestem spełniony. Jeśli chodzi o rozpoczęcie tej artystycznej ścieżki, czuję, że będę się spełniał w tym materiale. Planów na kolejne płyty mam aż za dużo, mnóstwo pomysłów, jak one by mogły wyglądać. Ale na razie wszystkie są w mojej głowie. A skoro mam tyle do zrobienia, nie mogę myśleć o tym, że coś już osiągnąłem.

Muzyczną przygodą, która chyba przyniosła Ci satysfakcję, było niedawne sceniczne zetknięcie z twórczością Freddiego Mercury’ego.

To zdarzyło się bardzo nagle – w dwa dni zastąpiłem wokalistę w projekcie Golden Hits of Queen. Wyzwanie wyzwań pod względem repertuarowym! Oczywiście nigdy bym nie śmiał nawet próbować być Freddiem, to byłaby tylko i wyłącznie pułapka. Od początku nie miałem zamiaru nikogo udawać.

Wyobrażam sobie widza, nawet siebie, idącego na taki koncert. Stresowałbym się, że za chwilę ktoś będzie udawał mojego idola. Może byłbym nawet źle nastawiony. Stawiając się w takiej sytuacji, wiedziałem doskonale, czego nie robić. Przynajmniej tego się nie bałem. Mój punkt wyjścia wobec oryginalnego materiału był taki, jaki w ogóle mam stosunek do muzyki: to nie jest konkurowanie, a sztuka, która ma swoje wymiary, natężenie, prawdę. Jako wykonawca nie mam zamiaru z nikim się ścigać. Toteż z mojej perspektywy nie mogło być inaczej – to musiałem być ja w repertuarze Freddiego i Queen.

Ta przygoda była i jest jedną z fajniejszych spośród tych, które mi się przydarzyły. Lubię się rozwijać, a zaśpiewanie tego repertuaru było dużym krokiem, na początku bardzo stresującym, z momentami zwątpienia, które na szczęście minęły. Z tego, co wiem, ludzie po koncertach wychodzą zadowoleni, dostajemy mnóstwo pozytywnych komentarzy, więc takie potraktowanie sprawy było dobrym wyborem.

Będzie Cię można jeszcze zobaczyć w tym projekcie?

Tak, latem planowane są występy plenerowe, a jesienią wrócimy do grania w salach.

Kiedyś na moje stwierdzenie, że jesteś w stanie zaśpiewać wszystko, odpowiedziałeś, że może to Twoje przekleństwo. Dlaczego?

Jeśli wykonawca potrafi poruszać się w ramach różnych gatunków muzycznych, to też bywa ryzykowne. Wspomniałem wcześniej o rozmaitych formach scenicznej działalności, które łączę, ale nie chcę być traktowany jako ktoś „od wszystkiego do niczego”. Kluczem, by wyjść z tej sytuacji obronną ręką, jest to, by było słychać człowieka; by wokal był położony w różnych gatunkach i piosenkach w sposób charakterystyczny dla twórcy i wykonawcy. Być sobą, niezależnie od gatunku – to jedyna droga.

Wyreżyserowałeś koncert „La Femme de Paris” Joanny Możdżan, a także swój teledysk „vibe”. Reżyseria to kolejna z artystycznych profesji, którą chcesz się zająć?

Nie jestem na takim etapie życia, by dążyć do realizacji tego typu przedsięwzięć. To były jednorazowe sytuacje, które przydarzyły się po drodze, okazja, żebym się sprawdził w tej materii, czegoś nowego nauczył. Wymyśliłem scenariusz do teledysku i chciałem zadbać, by wszystko wyglądało tak, jak sobie wyobraziłem. Ale nie na każdy utwór, teledysk, cokolwiek, co będę robił nawet za ileś lat, znajdę miejsce w głowie. Bardzo mi się to podobało i pewnie od czasu do czasu będę do takich działań wracał, ale nie na pełen etat.

Jesteś bardzo niezależny i lubisz być sam za wszystko odpowiedzialny. Opowiedz o zaletach i wadach takiego działania.

Najważniejsza korzyść jest taka, że jeśli coś nie wyjdzie, pretensje ma się tylko do siebie. A wady? Staram się robić wszystko jak najlepiej, lubię się cały czas uczyć nowych rzeczy. Ale czasem wykonuję coś gorzej niż ktoś, kto w danym fachu siedzi całe życie. Na razie bywam zosią samosią, ale coraz rzadziej już robię wszystko od a do zet. Myślę, że z czasem nauczę się, kiedy odpuścić i przekazać część obowiązków komuś innemu. Pracuję nad sobą w tej kwestii. Nie chciałbym być wieczną zosią samosią, bo to bardzo trudne.

Jesteś niezwykle otwarty wobec ludzi. Skąd się to bierze?

Nigdy nie byłem inny. Zawsze miałem dobre kontakty z ludźmi, bardzo łatwo je nawiązywałem. Ta cecha charakteru przydaje się w przypadku mojej działalności artystycznej, jeśli chodzi o kontakt z widzem, słuchaczem, odbiorcą.

Ale na pewno są momenty, kiedy masz dość. Jak sobie wtedy radzisz?

Pomaga mi miłość do tego, co robię. Kiedy jest trudny moment, uciekam w pracę. Zdarzyło mi się grać spektakle czy koncerty, z którymi psychicznie było mi w danym momencie bardzo nie po drodze. Ale one właśnie były powodem, żeby się pozbierać, znaleźć rozwiązanie, ruszyć dalej. Na szczęście nigdy jeszcze nie stało się tak, żeby przedstawienie czy koncert były dla mnie czymś nie do przeskoczenia. Raczej okazywały się dobrą terapią.

Myślisz już o kolejnych artystycznych krokach?

Tak – o tym, co po wydaniu płyty, co dalej w moim życiu zawodowym. Ale muszę do tego dołączyć dane, które zbiorę po wydaniu albumu. Wtedy zdecyduję, jaki krok wykonać, który z moich planów na kolejne płyty będzie odpowiedni. Na razie jednak w głowie mam pierwszy album. Chociaż przygotowując z moją ekipą ostateczne miksy, które poszły do dystrybucji, tak dużo go słuchałem, że teraz już chciałbym oddać go ludziom. Niech oni słuchają, a ja się zajmę wykonywaniem. Te dźwięki są ze mną od końcówki 2017 roku. Kiedy podjąłem decyzję o spróbowaniu ponownie z Zero Procent, nastąpiła chwila przerwy, ale potem natychmiast do mnie wróciły. Podczas pandemii miałem dużo czasu na przemyślenie pewnych kwestii, poszukiwania – ostatecznie wszystko to wyszło wydawnictwu na dobre. Chciałem być pewien. że będzie dokładnie takie, jak je sobie wyobraziłem. Ten czas był bardzo potrzebny. Każdy funkcjonuje inaczej, ma zupełnie inną drogę dojścia do tego, co dla niego ważne. Ten sposób i moment są moje.

Niech trwa, będzie piękny i stanie się kolejnym spełnieniem. Dziękuję za rozmowę.

Fot. Artur Wacławek (okładka płyty „#lubiecie”)

Premiera albumu Franky’ego „#lubiecie” w serwisach streamingowych 13 maja, koncert premierowy w Teatrze Rozrywki – 14 maja o godz. 19.00.

Oficjalne profile artysty:

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Z pierwszego rzędu oglądany – musicalowy kwiecień

Powrót do (niedalekiej) przeszłości, czyli (nie)comiesięczne podsumowania, zestawienia i konkluzje

***

News miesiąca to niewątpliwie informacja Teatru Syrena o zapowiedzianej na 2023 rok polskiej premierze „Six” – jednego z najgłośniejszych musicali ostatnich lat. Wiadomość okazała się na tyle zdumiewająca, że sporo osób nerwowo zaczęło sprawdzać, czy nie jest to aby spóźniony primaaprilisowy żart. Na szczęście nie – dyrektor artystyczny Jacek Mikołajczyk trzyma rękę na pulsie, a teatr przy Litewskiej wyrósł dzięki niemu na najciekawszą musicalową scenę stolicy. Do „Six” zapowiadany jest otwarty casting; giełda nazwisk wśród fanów gatunku już ruszyła. Tymczasem warto wybrać się do Syreny na „Bitwę o tron” – otwarcie inspirowaną musicalem Marlowa i Moss, najciekawiej poprowadzoną lekcję historii, w jakiej zdarzyło mi się wziąć udział.

***

Najgłośniejsza premiera, która… się nie odbyła, to niewątpliwie „Preludia” w reżyserii Tadeusza Kabicza. Planowana na 2 kwietnia muzyczna opowieść rozgrywająca się… w głowie rosyjskiego kompozytora, Siergieja Rachmaninowa, została, ze względu na okoliczności , przeniesiona na bardziej sprzyjający czas. „Słowa, które jeszcze kilka tygodni temu były zupełnie neutralne, dziś brzmią jak silna prowokacja, a tego nie chcemy” – powiedział reżyser. Nazwiska twórców, odpowiedzialnych wcześniej za powstanie „Thrill Me” (wspomniany Tadeusz Kabicz, Karina Komendera, Marcin Januszkiewicz, Maciej Pawlak) i nowych w projekcie: Joanny Gorzały, Katarzyny Walczak, Pawła Erdmana pozwalają wierzyć, że jest na co czekać. Widzom pozostaje mieć nadzieję, że dogodny moment nadejdzie jak najszybciej (podobno jesienią).

Fot. Justyna Tomczak, archiwum Teatru Muzycznego w Łodzi

***

Początek miesiąca stał u mnie pod znakiem „Cabaretu” w Teatrze Rozrywki. Chorzowska inscenizacja tak bardzo trafia w to, czego oczekuję od teatru, że mogłabym oglądać ją w kółko. Bardzo lubię wielkie i efektowne widowiska, ale najciekawsze są takie, które zostają we mnie na dłużej, zmuszają do zadawania pytań. „Cabaret” ma to wszystko. Jest świetnie zrealizowaną i zagraną, przejmującą historią. Doskonale wykorzystana przestrzeń, choreografia, kostiumy, rewelacyjna muzyka! Plejada wspaniałych aktorów nie tylko w głównych rolach, ale też na dalszych planach. Wioleta Malchar jest najcudowniejszą Sally! A Mistrz Ceremonii w interpretacji Kamila Franczaka to kreacja kompletna, z gatunku tych, o których pamięta się latami i które stają się punktem odniesienia dla innych. Czekam na kolejny set.

***

Po pandemicznych zawirowaniach i długiej przerwie Teatr Muzyczny w Łodzi powitał (i po chwili pożegnał) „Miss Saigon”. Jeden z najsłynniejszych musicali świata w łódzkiej inscenizacji, mimo problemów technicznych (nie zawsze zrozumiałe partie wokalne w scenach zbiorowych) wzruszał oraz pozwalał zachwycać się talentami wokalnymi i aktorskimi wielu uznanych artystek oraz artystów. Debiutująca w tym przedstawieniu w trudnej roli Kim młodziutka Joanna Gorzała olśniła już na początku, a z czasem było tylko lepiej. Niezwykła dojrzałość i świadomość sceniczna u tak młodej osoby!

Dzięki „Miss Saigon” dostrzeżony został przez szerszą publiczność musicalową Marcin Sosiński. Aktor wcielił się w rolę Thuya – i zrobił to wybornie. Negatywnej postaci nadał interesujący rys niejednoznaczności. Potem wielokrotnie się słyszało, że widzowie wybierający się na spektakl sprawdzali obsady, by trafić na „tego” Thuya. Marcina Sosińskiego można teraz oglądać m.in. we „Friends. The Musical” w Kujawsko-Pomorskim Teatrze Muzycznym, gdzie gra Joeya. Te dwie kreacje wymagają zupełnie innych środków, a ich zestawienie daje wyobrażenie o spektrum umiejętności młodego aktora.

***

Sporo widzów czekało na powrót „Aidy” w Teatrze Muzycznym ROMA. Spektakl wrócił 21 kwietnia, z kilkoma, dość szeroko komentowanymi zmianami w obsadzie. Wyreżyserowany przez Wojciecha Kępczyńskiego, wysmakowany wizualnie, urzeka songami napisanymi przez Eltona Johna, a libretto Tima Rice’a (w zgrabnym tłumaczeniu Michała Wojnarowskiego), „po musicalowemu” większe niż życie, wciąż wzrusza. Nagle też okazuje się, że w obecnej rzeczywistości niektóre sceny i teksty stają się bardziej przejmujące, odczytuje się je uważniej, że są fragmenty, które brzmią aż nadto aktualnie. Bardziej rozumiem oburzenie ojca Aidy, kiedy domyśla się, że jego córka związała się z wrogiem. Trudno słuchać bez przejęcia, kiedy dziewczyna woła do współbraci, że póki żyją Nubijczycy, ich ojczyzna, nawet podbijana, przetrwa, bo jest w ich sercach. A fragment utworu „Miłość bogów”: „Bolesna chwila ta odejdzie lada moment, ucichnie jęk, nie będzie zła, niewoli minie czas…” wywołuje ciarki. „Aida” w ROMIE do 12 czerwca, potem wraca jeszcze po wakacjach.

***

„Koty” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, druga w Polsce inscenizacja po tej w ROMIE, miała premierę 27 kwietnia. Reżyser Jakub Szydłowski wraz z grupą świetnych realizatorów i przezdolnymi aktorami stworzył niezwykle efektowny musical. Szczególnie spektakularny jest drugi akt, z songami m.in. kota teatralnego (Mirosław Książek), Semafora (Marek Chudziński), piosenką Bombaluriny i Demeter (Magdalena Wojtacha, Izabela Pawletko), które opowiadają o Makiawelu, czy z występem Mefistofeliksa (Patyk Rybarski). Niegrzeczny Ram Tam Tamek w wykonaniu zarówno Piotra Brodzińskiego, jak i Tomasza Wojtana, już stał się przyczyną wielu westchnień (chociaż u nas, na Śląsku, to raczej „hercklekoty”). Słynne „Memory” wykonuje Wioletta Białk – i robi to tak, że drżą zarówno serca, jak i fotele. Bilety wyprzedają się na pniu, więc warto wypatrywać okazji lub łapać wejściówki („Koty” pojawią się na scenie Rozrywki jeszcze pod koniec czerwca i na początku lipca, potem już w nowym sezonie). Ja na pewno pójdę jeszcze przynajmniej raz, żeby zobaczyć do kompletu Myszołapa Macieja Kulmacza.

***

30 kwietnia zagrano ostatni spektakl „Rock of Ages” w Teatrze Syrena. Takiego pożegnania jeszcze nie było i chyba długo nie będzie, bo musical to specyficzny, w zwykłej wersji przypominający tzw. zielony. Chociaż tu chyba w ogóle o „zwykłości” mowy być nie może. Nic dziwnego, że ten ostatni był absolutnym szaleństwem od samego początku. Działo się – rockowo, głośno, sprośnie i zabawnie. Cieszę się, że rzutem na taśmę udało mi się zobaczyć Barbarę Garstkę i Karola Drozda. Filip Cembala i Przemysław Glapiński przechodzili samych siebie jako Lonny (podwojeni; bliźniaczy byli też Franzowie, Reginy, Dennisowie i Justice). Stace Jaxx był pojedynczy, ale za to jaki! Marcin Wortmann w tej roli to ucieleśnienie słynnej maksymy: sex, drugs and rockandroll! Kto by pomyślał po tym, jak ze sceny mu skrzypka wypomniano! Największe owacje podczas przedstawienia zebrał Damian Aleksander (a to osiągnięcie, bo okrzyki i oklaski rozlegały się prawie bez przerwy). Co bardziej wtajemniczeni w musicalowe arkana wiedzieli, że gra tego wieczoru w poznańskim „Jekyllu…” i chyba mało kto się spodziewał, że pojawi się na scenie Syreny. I naprawdę nieważne, że zbiorówki były częściowo niezrozumiałe – czy ktoś przejmuje się takimi rzeczami na koncercie rockowym? Gardło zdarte, szampan się lał, bielizna latała w powietrzu, aktorzy wracali na scenę po wielekroć, a bisom nie było końca. Oto siła rockandrolla (niech żyje wiecznie)!

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sens życia według „Kotów” (w Teatrze Rozrywki)

Wyginają się grzbiety, miękko stąpają łapki. Czasem znienacka rozlegnie się lekkie, pełne irytacji prychnięcie. Pod rozgwieżdżonym niebem, w mroku opustoszałej fabryki koty zbierają się na doroczny bal. Wyczekują swojego przywódcy, Nestora. Tej nocy jeden z dachowców otrzyma szansę na odkupienie i kolejny żywot.

Hmmm… Brzmi nieco dziwnie?

Podobno pewnego dnia Andrew Lloyd Webber przed podróżą samolotem kupił „Wiersze o kotach” noblisty T.S. Eliota, a po przeczytaniu ich uznał, że to materiał na musicalowy hit. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale, jak powiadają, kto bogatemu zabroni? Toteż swój pomysł wcielił w życie. Stworzył musical, którego szczątkową fabułę można streścić w kilku zdaniach. W ten sposób, od momentu premiery na West Endzie (1981) „Koty” rozpoczęły swój triumfalny pochód przez sceny całego świata. Spektakl zobaczyło prawie 75 milionów ludzi, przystanek na Broadwayu zaowocował tytułem jednego z najdłużej granych musicali w historii oraz siedmioma nagrodami Tony, a Webber zarobił kolejne miliony…

Od polskiej premiery w Teatrze Muzycznym ROMA minęło osiemnaście lat. Po zobaczeniu spektaklu w Chorzowie nie dziwię się, że dopiero druga scena w Polsce zdecydowała się na wystawienie tego musicalu. Wymaga on bowiem od całego zespołu nieprzeciętnej wszechstronności i warsztatowej doskonałości.

Fot. Artur Wacławek

Do współpracy zaproszono Jakuba Szydłowskiego, reżysera, który przedstawienie zna od podszewki – w warszawskich „Kotach” wcielał się z sukcesem w rolę Ram-Tam-Tamka. Reżysera, który niczym koronę Himalajów, „zdobywa” kolejne teatry w Polsce, wszystko, czego dotknie, zamienia w hit, aktorzy zaś dzielą się na tych, którzy marzą o pracy z nim, i tych, którzy już pracowali… i chcą znowu. Nic więc dziwnego, że zrealizowany przez niego w Teatrze Rozrywki musical oczarowuje.

Scenograf Grzegorz Policiński ulokował koty w częściowo zrujnowanej fabryce (nawiązanie do śląskiego poprzemysłowego krajobrazu jest nieprzypadkowe i bardzo au courant). Dekoracje – ogromne rury, koła jak z wyciągu szybowego – w połączeniu ze światłem (w musicalu jest około pięciuset jego zmian) powołują do życia futurystyczno-steampunkowy świat. Jego mrok równoważą usiane gwiazdami niebo ogromny księżyc, kolorowe światła, przenosząc go w rejony magicznego realizmu.

Fot. Artur Wacławek

Ogromnym atutem przedstawienia są kostiumy oraz charakteryzacja według pomysłu Doroty Sabak-Ciołkosz. Ta druga zajmuje mnóstwo czasu, ale efekt przechodzi wszelkie wyobrażenie. Aktorzy są spod niej kompletnie nierozpoznawalni. Makijaże są spójne z kostiumami i perukami, a całość współgra z konkretnymi kocimi osobowościami. Wspomniane kostiumy zazwyczaj mają przygaszone, stonowane barwy – dominuje paleta brązów, rudości, szarości, a także czerń i biel. Wiele dachowców nosi obcisłe stroje, podkreślające ich zwinność i gibkość. Warto zwrócić uwagę na elementy indywidualizujące poszczególnych bohaterów. Wielkie futro Nestora ma dać wyobrażenie o posturze i randze najstarszego kota. Wyraźny irokez i nabijane ćwiekami pasy Ram-Tam-Tamka podkreślają jego buntowniczy charakter. Kamizelka Semafora wskazuje na niezwykle stylowego dachowca.

Jarosław Staniek, w ubiegłym roku nagrodzony Złotą Maską za choreografię do „Zakonnicy w przebraniu” (kto był, ten wie, jakie robi wrażenie), we współpracy z Katarzyną Zielonką podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej. Od perfekcyjnie zsynchronizowanych grupowych układów tanecznych trudno oderwać wzrok. Znakomicie skonstruowana sekwencja w „Makiawelu”, finał i wiele innych to choreograficzne show na najwyższym poziomie. Warsztaty kociego ruchu (tak!) prowadzone przez Patryka Rybarskiego podczas prób nie poszły na marne. Efekt sceniczny jest niebywały. Warto zobaczyć, jak ludzie stają się kotami – naprawdę!

Fot. Artur Wacławek

Żeby po raz kolejny nie wypominać musicalowi Webbera ubóstwa fabularnego, można, nieco tylko żartobliwie, stwierdzić, że prezentuje on świeże i zaskakująco minimalistyczne spojrzenie na kwestię libretta… Jakkolwiek by tego jednak nie nazwać – tym trudniejsze zadanie spoczywa na wykonawcach. Kostiumy, charakteryzacja, ruch pomagają z pewnością określić postać, ale najistotniejsze jest jej zbudowanie. Każdy z dachowców to intrygująca osobowość, a chociaż czasu na autoprezentację poszczególni bohaterowie mają niewiele, publiczność otrzymuje szereg aktorskich popisów, które razem tworzą pełną barw polifoniczną opowieść o kocim charakterze i losie; a przecież i o ludzkim, bo jemu także nieobce są marzenia, przemijanie, samotność czy wykluczenie. Nie sposób nie wspomnieć przynajmniej o kilku rolach.

Fot. Artur Wacławek

Dokazujące, ile wlezie, Mungo Jerry (Beata Wojtan) i Pumpernikiel (Aleksandra Dyjas) bawią widzów historią swoich psot. Wielkie emocje wzbudza Gus – kot teatralny, zarówno w sędziwym (Mirosław Książek), jak i młodzieńczym (Tomasz Wojtan) wcieleniu. Świetny jest dzielny, bitny Myszołap (Karol Drozd). Zasłużone owacje wywołuje Mefistofeliks – kot-magik (Patryk Rybarski). Zachwyca kocia hedonistka – Plameczka Pac (Joanna Możdżan) oraz „kot, który jeździł koleją” – Semaforo (Marek Chudziński). Bombalurina (Magdalena Wojtacha) i Demeter (Izabela Pawletko) urzekają zadziorną gracją i powabem. Dominik Koralewski jako Bywalec dorzuca kolejną perełkę do swej kolekcji niewielkich, za to pamiętnych ról. Wspaniały Piotr Brodziński (występujący podczas premiery z pękniętą rzepką!) to zuchwały, charyzmatyczny i całkiem niegrzeczny Ram-Tam-Tamek. Jest wreszcie Wioletta Białk, przejmująca jako Grizabella, odrzucona kotka, która pragnie wybaczenia. Słynne „Memory” w interpretacji tej niepospolitej artystki zachwyca pięknem wykonania i wzrusza ładunkiem emocjonalnym.

Wykonawcy są świetnie słyszalni także w utworach zbiorowych (w niektórych teatrach bywa to problemem, zatem wielkie brawa dla realizatorów dźwięku, ale też Ewy Zug odpowiedzialnej za przygotowanie wokalne), a prowadzona przez Michała Jańczyka orkiestra to, jak zawsze, klasa sama w sobie.

Przygotowane w rekordowym tempie chorzowskie „Koty” są niezwykle widowiskowym przedstawieniem, bez kompleksów stającym wobec innych realizacji. To kolejna w ostatnich latach, po znakomitym „Cabarecie”, „Zakonnicy w przebraniu” czy „Pinokiu”, premiera na Dużej Scenie, która potwierdza, że w Teatrze Rozrywki zawsze można liczyć na wyjątkowe artystyczne doświadczenia. Połączenie reżyserskiej biegłości i wyobraźni Jakuba Szydłowskiego oraz pozostałych twórców ze zdolnościami i energią chorzowskiego zespołu dało kapitalny efekt.

Fot. Artur Wacławek

„Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu”.

„Koty” w Teatrze Rozrywki nie wdzięczą się i nie łaszą, chodzą własnymi drogami, czasem syczą i prychają. Ale póki pozwalają się podziwiać, adorować i dyskretnie podglądać swój koci świat – grzechem byłoby nie skorzystać (chociaż biletów na spektakle do końca sezonu zostało bardzo niewiele).

„Koty”, Teatr Rozrywki, 27 kwietnia 2022r. (premiera)

Reżyseria: Jakub Szydłowski
Choreografia: Jarosław Staniek, Katarzyna Zielonka
Kierownictwo muzyczne i wokalne: Ewa Zug
Scenografia i reżyseria światła: Grzegorz Policiński
Kostiumy: Dorota Sabak-Ciołkosz
Tłumaczenie: Daniel Wyszogrodzki

Nestor – Tomasz Jedz
Grizabella – Wioletta Białk
Myszołap – Karol Drozd (gościnnie)
Ram-Tam-Tamek – Piotr Brodziński
Plameczka Pac – Joanna Możdżan
Galaretka – Barbara Ducka

Semaforo – Marek Chudziński
Gus – Mirosław Książek
Bywalec – Dominik Koralewski
Mefistofeliks – Patryk Rybarski
Tymoteusz – Dawid Pilszek
Tamtamil – Daniel Dąbrowski
Bombalurina – Magdalena Wojtacha
Demeter – Izabela Pawletko (gościnnie)
Kasandra – Zuzanna Marszał
Alonzo – Patryk Maślach (gościnnie)
Wiktor – Rafał Talarczyk

Kocik Le Miau – Małgorzata Mazurkiewicz
Karakotek – Bartłomiej Kuciel
Mungo Jerry – Beata Wojtan
Pumpernikiel – Aleksandra Dyjas
Wiktoria – Maria Pitera
Promyczek – Karolina Sypniewska
Dyzio – Łukasz Majowski
Klaps – Sebastian Chwastecki
Bili Dalej – Wojciech Stawiarski
Brali Dalej – Paweł Majewski
I Tak Dalej – Agnieszka Saletra
Elektra – Sofiia Popova
Fantazja – Aleksandra Karch
Fraszka – Katarzyna Osuch

Sierściuch – Krzysztof Konopka
Małyszek – Weronika Zięba
Filutek – Kacper Mucha (gościnnie)
Makiawel – Marek Szajnar (gościnnie)
Młody Gus – Raptus Zuch – Tomasz Wojtan

oraz zespół wokalny i orkiestra Teatru Rozrywki

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz