Tu, gdzie mój świat…

Niesłychanie utalentowany i kreatywny, wciąż się rozwija i poszukuje. Lubi robić wszystko po swojemu. Nie boi się ryzykować. Właśnie spełnia swoje wielkie marzenie – wydaje solową płytę. Album „#lubiecie” może być zaskoczeniem dla tych, którzy znają go z teatralnej sceny. Tym razem nie ukrywa się za rolą, postacią, interpretacją tekstu kogoś innego. To jego nagie emocje, wrażliwość, puls. Do świata swoich słów i dźwięków zaprasza Franky – Kamil Franczak.

Fot. Artur Wacławek

Nasza poprzednia rozmowa miała miejsce prawie dwa lata temu. Przez ten czas wiele się zmieniło, toteż, jeśli pozwolisz, chciałabym do niej nawiązać.

Planowałeś wydanie kolejnej płyty z zespołem Zero Procent…

Tak się jednak nie stało. Różne powody sprawiły, że przygoda z Zero Procent została zakończona po krótkiej próbie wznowienia współpracy. Psychicznie nie czułem się w tej sytuacji komfortowo. Jeśli pracuje się nad jakimś dziełem artystycznym, ważny jest klimat, muszą być zachowane pewne warunki. Nie chcę powiedzieć, że ich nie zachowano, jednak pewnych niuansów nie potrafiłem przeskoczyć jako twórca. Toteż zamiast tkwić w impasie, uznałem, że lepiej to przerwać. Myślę, że podjąłem dobrą decyzję.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, byłeś etatowym aktorem Teatru Rozrywki. Od ubiegłego roku występujesz tam gościnnie.

W codziennym życiu często staram się zatrzymywać i słuchać, co mi podpowiada wewnętrzny głos. Przebija się on przez to, co na zewnątrz, a co czasem na pozór wydaje się zupełnie inne. Pandemia sprawiła, że na pewne rzeczy spojrzałem na nowo. Poczułem potrzebę zmiany. Na etacie byłem przez dziesięć lat – długo. Doszedłem do wniosku, że nadszedł czas na opuszczenie gniazda.

Zostańmy jednak na chwilę przy teatrze. W czasie pandemii Teatr Rozrywki zaproponował widzom niezwykły spektakl – „Piekło i raj”. Za rolę Diabła w tej realizacji otrzymałeś niedawno kolejną nominację do Złotej Maski. Co pozwoliła Ci odkryć w sobie ta kreacja?

Mimo że jestem wokalistą i głównie śpiewam, jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji zagrać w przedstawieniu, w którym nie ma kwestii mówionych, a wyłącznie piosenki. Można było poruszać się tylko w obrębie tej materii, z tego budować rolę – i to nie byle kogo, bo Diabła właśnie. To nowe doświadczenie, dzięki któremu musiałem wykorzystać wszystko, czego się przez lata pracy nauczyłem. Okazało się wymagającym i niezłym combo na podsumowanie pewnego etapu – bo to ostatni spektakl, który zrobiłem, będąc etatowym pracownikiem teatru. Bardzo go lubię.

W maju widzów Teatru Rozrywki czeka pożegnalny set „Producentów”, z którymi jesteś na wiele sposobów związany. Jakie uczucia budzi w Tobie rozstanie z tym tytułem?

Szczerze mówiąc, rozumiem tę decyzję. To trudne w realizacji przedstawienie, sporo pracy trzeba włożyć, by cały czas trzymać poziom i by nie doszło do zmęczenia materiału – a przecież jest grane od trzynastu lat. „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. To dobry czas, żeby „Producenci” opuścili afisz Teatru Rozrywki. Chociaż z drugiej strony – są na pewno jednym z najlepszych tytułów, w jakich miałem okazję zagrać, uwielbiam go. Jako widz widziałem „Producentów” sześć razy, później wszedłem do zespołu, a przez ostatnie cztery lata grałem Leo Blooma (licząc z okresem pandemii, więc szczególnie dużo tego grania nie było). Bardzo się cieszę, że mogłem wziąć udział w tej przygodzie. A praca z Darkiem Niebudkiem to jedno z doświadczeń, dla których wykonuje się ten zawód.

Nie mogę nie zapytać o Mistrza Ceremonii. Jak zmienił się po prawie dwuletniej przerwie, kiedy „Cabaret” nie był prezentowany na scenie z powodu pandemicznych ograniczeń?

Był we mnie ogromny głód grania tego spektaklu. Często pojawiały się w mojej głowie myśli związane z działaniem tej postaci, budowaniem jej. Sam się zmieniłem przez te dwa lata. Mistrz Ceremonii z pewnością okrzepł, nabrał jeszcze więcej odwagi, by robić pewne rzeczy na scenie, a to na pewno ma pozytywny wpływ na przedstawienie jako całość. Ale przede wszystkim ma inny kolor włosów (śmiech).

Został blondynem, pasuje mu to.

Tak, zrobił się bardziej „okołoaryjski” (śmiech).

Sporo czasu poświęcasz teraz solowemu projektowi muzycznemu, o którym za chwilę. A co dalej z teatrem w Twoim życiu?

Nie zdecyduję się na wybór jednej artystycznej drogi, bo nie umiałbym zrezygnować z tej drugiej. Wiem, że to będzie czasem trudne, ale na pewno nie porzucę teatru. Chcę się angażować w spektakle, które mnie interesują, są bliskie mojej estetyce. Chciałbym się dzięki nim rozwijać, ale też mieć nad tą ścieżką większą kontrolę. Z pewnością będę łączył różne moje aktywności. Niewykluczone, że któraś z kolejnych płyt będzie mocno teatralna i wtedy będę mógł wykorzystać wszystkie nabyte w teatrze umiejętności.

Czy jest konkretny typ ról, które chciałbyś grać?

Dotychczas miałem okazję wcielać się w wielu różnych bohaterów. Nie chcę zamykać się na żadne role, twierdząc, że gram tylko takie albo inne. Na razie skłaniam się ku bardziej niebezpiecznym, groźnym postaciom. Mistrz Ceremonii tak mną pokierował i ta droga mi się spodobała. Ale to nie przekreśla żadnej innej. Jest sporo pól do odkrycia, jeśli reżyser ma ciekawą wizję. Najważniejsze jednak to dobry spektakl, dobry tekst. No i muza, która mnie wkręci i którą polubię.

Skoro mowa o muzyce – dwa lata temu opowiadałeś o planowanej solowej płycie, ale mam wrażenie, że miała ona wyglądać nieco inaczej. Mówiłeś wtedy o pewnej kreacji siebie, którą w związku z nią wymyśliłeś.

To prawda. Muzycznie miała być taka, jaka jest. Pojawiły się drobne zmiany, bo niektóre rzeczy wymagały przemyślenia, musiały z czasem dojrzeć. Ale istotnie, przymierzaliśmy się do sesji zdjęciowej, do której pomysły bardzo nam się podobały. Doszedłem jednak do wniosku, że nie jestem jeszcze gotowy na wykonanie kroku, który pociągnąłby za sobą zmianę wizerunkową; nie wypadałoby pokazać nowego oblicza, a potem go odsunąć na bok, toteż z tego zrezygnowałem. Postanowiłem oprzeć płytę na tym, co umiem robić najlepiej – na byciu sobą. Już podczas przedpremierowego koncertu we wrześniu poczułem, jak fajnie jest występować na scenie w czymś, co nie jest kostiumem, ale ulubionym ubraniem, takim, w którym wychodzę w miasto. To moja debiutancka solowa płyta, chcę się czuć maksymalnie komfortowo podczas prezentowania tego materiału.

Śpiewanie było Twoim pierwszym artystycznym wyborem – nagrywałeś płyty, grałeś koncerty, brałeś udział w festiwalach. Z zespołu zostałeś „porwany” do teatru. Dlaczego tak bardzo zależało Ci na wydaniu solowego albumu?

Zawsze lubiłem pisać piosenki. To rodzaj terapii – zbieram myśli, chwytam emocję, którą można zamknąć w słowach i zatrzymać; tylko ja wiem, z czym ona się wiąże. Cały czas pisałem utwory dla siebie albo dla kogoś, nagrywałem je. Wstępna wersja solowej płyty była prawie gotowa dawno temu, ale wciąż coś mi w niej nie odpowiadało, więc nie chciałem tego kontynuować. Aby coś napisać i być z tego zadowolonym, trzeba najpierw stworzyć dużo rzeczy, które wyjdą średnio; ale dzięki nim można zrozumieć, czego się chce. Łatwo się wykonuje i interpretuje czyjeś świetne songi. Trudniej nadać charakter własnej piosence. Wtedy trzeba pokazać swoją wrażliwość muzyczną – zupełnie nagą, rozebraną na czynniki pierwsze. To jest w pisaniu najciekawsze, chociaż jednocześnie najtrudniejsze. Od zawsze pragnąłem przygotować coś swojego, własną wypowiedź, za którą będę stał murem. Droga do spełnienia tego marzenia była długa, ale płyta wreszcie jest.

Fot. Artur Wacławek

Płyta „#lubiecie” to zupełnie inna twórczość niż ta, z której dotychczas dałeś się poznać. Można powiedzieć, że pod pewnymi względami zaczynasz od początku. „Bez ryzyka tylko oddychasz…”?

To prawda. Mam pełną świadomość, że ta muzyczna propozycja jest odmienna od rzeczy, które robiłem przez ostatnie dziesięć lat, czy to w teatrze, czy na innych polach artystycznej ekspresji. Cóż mogę poradzić – taką płytę muszę wydać, on we mnie gra (śmiech). Od wielu ludzi, którzy mnie znają ze sceny teatralnej, otrzymałem kredyt zaufania; jest szansa, że podążą razem ze mną i posłuchają mojego albumu. Oczywiście są też tacy, których nie będzie interesował. Ale wiem również, że pojawiają się nowi odbiorcy, kompletnie nieznający mnie z teatru, a słuchający mojej muzyki. Widzę to, prowadząc fanpage, który łączy wszystkie te artystyczne drogi. Zastanawiałem się zresztą, czy nie powinienem ich rozdzielić, ale jest we mnie na to jakaś wewnętrzna niezgoda. Ja jeden robię to wszystko, a skoro tak jest, po co osobne konta na każdy rodzaj aktywności? Nie całkiem rozumiem współczesne zasady funkcjonowania w świecie wirtualnym. Tak, jest ryzyko, że publiczność będzie się wymieniać. To pokłosie mojego sposobu działania. I muszę to przełknąć, bo dalej będę tak postępował (śmiech).

Ważną rolę w powstawaniu „#lubiecie” odegrał Daniel Cebula-Orynicz.

Tak, jest współtwórcą albumu. Jesteśmy bardzo dobrymi kumplami, poznaliśmy się w teatrze. Połączyły nas zainteresowania muzyczne, kompozytorskie, songwriterskie. Piosenki na płytę zacząłem pisać pod koniec 2017 roku, w kolejnym zacząłem o tym odważniej mówić, konsultować się z osobami wokół. Wtedy Daniel zaproponował, żebyśmy spróbowali popracować wspólnie. Jest genialnym muzykiem, ma zdecydowanie większą niż ja świadomość aranżacji, większe umiejętności, jeśli chodzi o produkcję muzyczną. Pomyślałem, że skoro mój świetny kumpel robi coś pięć razy lepiej ode mnie, czemu nie miałby się tym zająć? Dobrze rozumiemy swoje wizje, a z ich połączenia powstają rzeczy, które nawet nas samych zaskakują. Wyobraźnie poprowadziły nas w takim kierunku i zrobiliśmy album, z którego obaj jesteśmy bardzo zadowoleni.

W „#lubiecie” intryguje to, że płyta nie ma jednorodnego oblicza. W opisach pojawiają się słowa-klucze, jak elektro-pop, ale nie jest tak, że słysząc jeden kawałek, wie się, w jakim stylu jest cały album. Gdybyś jednak miał znaleźć wspólny mianownik dla niego, co by to było?

Wspólnym mianownikiem jestem ja. Rzeczywiście, wyrwany z kontekstu, każdy kawałek jest odrębną całością. Ale kiedy słucha się ich razem, one nadzwyczaj dobrze się łączą i ze sobą współgrają. „#lubiecie” to pierwszy utwór, który powstał z myślą o tym materiale, dlatego m.in. stał się tytułowym. Do stworzenia każdego numeru przywiodła mnie inna wibracja, ale połączyły się razem w brzmieniach, które ze sobą korespondują. Zależało mi na jednorodnym stylu, jeśli chodzi o język, którym posługuję się na płycie, jeśli chodzi o układanie i wykonywanie linii wokalnych. To wspólny mianownik. A dzięki Danielowi wszystko jest przemyślane i ze sobą współbrzmi.

Najpierw powstaje muzyka czy tekst?

Najchętniej pracuję, kiedy mam już muzykę. Ona mnie prowadzi w konkretne rejony, słyszę tematykę, która by do niej pasowała. Podczas powstawania niektórych utworów najpierw była linia melodyczna i mój tekst, a dopiero potem myśleliśmy o aranżu. Bywało też, że Daniel przysyłał mi jakiś muzyczny pomysł, który stawał się inspiracją dla słów i linii melodycznej. Jest różnie, ale kiedy następuje moment, że wszystko się łączy – wiem, że to jest to, o co mi chodzi.

Czy kiedy tworzysz, wyobrażasz sobie, kto tego będzie słuchał?

Nie mam żadnego wymyślonego odbiorcy w głowie. Muzyka nie ma wieku. Tak, są jakieś trendy, ale nie wyklucza to kwestii, że muzyka jest dla każdego.

Teksty na płycie wydają się bardzo osobiste. Na ile się w nich odsłaniasz?

Całkowicie. Między słowami pojawia się więcej niż na „pierwszy rzut ucha” można usłyszeć. Utwór „peszt”, który nagrałem z dziewczynami z zespołu Wild Whispers, opowiada o jednej z największych majówkowych imprez, w których wziąłem udział, a która miała miejsce w Budapeszcie. Na sto procent tylko ja wiem, o czym on jest, a między wierszami można znaleźć różne podpowiedzi (śmiech).

Staram się pisać rzeczy, które mają w sobie pewien uniwersalizm interpretacyjny. Po „lustracji” dostałem mnóstwo wiadomości od osób z zupełnie innymi problemami, w innym punkcie życia niż ten, który został opisany w piosence. To jedyny utwór, który nie jest o mnie, a empatyczna wizja obserwowanej sytuacji. Wiele osób odnalazło w nim swoją historię. Dlatego powiedziałem wcześniej, że muzyka nie ma wieku. Ktoś może znajdować się na takim etapie życia, że piosenkę, która powstała na bazie innego konkretnego uczucia, odbierze jako swoją dzięki jej uniwersalizmowi właśnie. O to mi zawsze będzie chodziło, jeśli chodzi o tworzenie tekstów.

Co Cię inspiruje?

Podróż, człowiek, słowo, emocja – dobra czy zła. Morze, rzeka, wiatr, drzewo – wszystko. Pobyt w miejscu, które jest mocno inspirujące, myśli, które akurat zaprzątają głowę. Następuje moment, w którym można je uchwycić – i to robię. Natchnieniem jest całe życie.

Fot. Artur Wacławek

Na scenie teatralnej grasz różne role. A kim jest Franky?

Franky to estradowa, muzyczna wersja Kamila Franczaka. Chciałem nadać temu projektowi konkretną nazwę, bo to moja nowa działalność, a lubię, kiedy wszystko jest uporządkowane i określone. Wszyscy do mnie całe życie mówią Franek. Mój pseudonim, który pojawił się zupełnie naturalnie dawno temu, gdy byłem dzieckiem, ewoluował w przeróżne strony, ale zawsze kręci się wokół Franka, Franky’ego, Francia itd. Wybrałem jeden, który uznałem za najbardziej pasujący do solowej drogi muzycznej.

Płyta ukaże się lada moment. Czy możesz o sobie powiedzieć, że jako artysta jesteś w tym momencie spełniony?

Podczas pracy nad „Piekłem i rajem”, kiedy dyskutowaliśmy na temat zasadności wystawienia tego spektaklu, padło wobec mnie stwierdzenie: „Czyli ty jesteś spełnionym człowiekiem”? Powiedziałem wtedy, że na pewnych polach tak. Są krótkie momenty satysfakcji, ale nie przeszłoby mi przez gardło powiedzenie, że jestem spełniony. Jeśli chodzi o rozpoczęcie tej artystycznej ścieżki, czuję, że będę się spełniał w tym materiale. Planów na kolejne płyty mam aż za dużo, mnóstwo pomysłów, jak one by mogły wyglądać. Ale na razie wszystkie są w mojej głowie. A skoro mam tyle do zrobienia, nie mogę myśleć o tym, że coś już osiągnąłem.

Muzyczną przygodą, która chyba przyniosła Ci satysfakcję, było niedawne sceniczne zetknięcie z twórczością Freddiego Mercury’ego.

To zdarzyło się bardzo nagle – w dwa dni zastąpiłem wokalistę w projekcie Golden Hits of Queen. Wyzwanie wyzwań pod względem repertuarowym! Oczywiście nigdy bym nie śmiał nawet próbować być Freddiem, to byłaby tylko i wyłącznie pułapka. Od początku nie miałem zamiaru nikogo udawać.

Wyobrażam sobie widza, nawet siebie, idącego na taki koncert. Stresowałbym się, że za chwilę ktoś będzie udawał mojego idola. Może byłbym nawet źle nastawiony. Stawiając się w takiej sytuacji, wiedziałem doskonale, czego nie robić. Przynajmniej tego się nie bałem. Mój punkt wyjścia wobec oryginalnego materiału był taki, jaki w ogóle mam stosunek do muzyki: to nie jest konkurowanie, a sztuka, która ma swoje wymiary, natężenie, prawdę. Jako wykonawca nie mam zamiaru z nikim się ścigać. Toteż z mojej perspektywy nie mogło być inaczej – to musiałem być ja w repertuarze Freddiego i Queen.

Ta przygoda była i jest jedną z fajniejszych spośród tych, które mi się przydarzyły. Lubię się rozwijać, a zaśpiewanie tego repertuaru było dużym krokiem, na początku bardzo stresującym, z momentami zwątpienia, które na szczęście minęły. Z tego, co wiem, ludzie po koncertach wychodzą zadowoleni, dostajemy mnóstwo pozytywnych komentarzy, więc takie potraktowanie sprawy było dobrym wyborem.

Będzie Cię można jeszcze zobaczyć w tym projekcie?

Tak, latem planowane są występy plenerowe, a jesienią wrócimy do grania w salach.

Kiedyś na moje stwierdzenie, że jesteś w stanie zaśpiewać wszystko, odpowiedziałeś, że może to Twoje przekleństwo. Dlaczego?

Jeśli wykonawca potrafi poruszać się w ramach różnych gatunków muzycznych, to też bywa ryzykowne. Wspomniałem wcześniej o rozmaitych formach scenicznej działalności, które łączę, ale nie chcę być traktowany jako ktoś „od wszystkiego do niczego”. Kluczem, by wyjść z tej sytuacji obronną ręką, jest to, by było słychać człowieka; by wokal był położony w różnych gatunkach i piosenkach w sposób charakterystyczny dla twórcy i wykonawcy. Być sobą, niezależnie od gatunku – to jedyna droga.

Wyreżyserowałeś koncert „La Femme de Paris” Joanny Możdżan, a także swój teledysk „vibe”. Reżyseria to kolejna z artystycznych profesji, którą chcesz się zająć?

Nie jestem na takim etapie życia, by dążyć do realizacji tego typu przedsięwzięć. To były jednorazowe sytuacje, które przydarzyły się po drodze, okazja, żebym się sprawdził w tej materii, czegoś nowego nauczył. Wymyśliłem scenariusz do teledysku i chciałem zadbać, by wszystko wyglądało tak, jak sobie wyobraziłem. Ale nie na każdy utwór, teledysk, cokolwiek, co będę robił nawet za ileś lat, znajdę miejsce w głowie. Bardzo mi się to podobało i pewnie od czasu do czasu będę do takich działań wracał, ale nie na pełen etat.

Jesteś bardzo niezależny i lubisz być sam za wszystko odpowiedzialny. Opowiedz o zaletach i wadach takiego działania.

Najważniejsza korzyść jest taka, że jeśli coś nie wyjdzie, pretensje ma się tylko do siebie. A wady? Staram się robić wszystko jak najlepiej, lubię się cały czas uczyć nowych rzeczy. Ale czasem wykonuję coś gorzej niż ktoś, kto w danym fachu siedzi całe życie. Na razie bywam zosią samosią, ale coraz rzadziej już robię wszystko od a do zet. Myślę, że z czasem nauczę się, kiedy odpuścić i przekazać część obowiązków komuś innemu. Pracuję nad sobą w tej kwestii. Nie chciałbym być wieczną zosią samosią, bo to bardzo trudne.

Jesteś niezwykle otwarty wobec ludzi. Skąd się to bierze?

Nigdy nie byłem inny. Zawsze miałem dobre kontakty z ludźmi, bardzo łatwo je nawiązywałem. Ta cecha charakteru przydaje się w przypadku mojej działalności artystycznej, jeśli chodzi o kontakt z widzem, słuchaczem, odbiorcą.

Ale na pewno są momenty, kiedy masz dość. Jak sobie wtedy radzisz?

Pomaga mi miłość do tego, co robię. Kiedy jest trudny moment, uciekam w pracę. Zdarzyło mi się grać spektakle czy koncerty, z którymi psychicznie było mi w danym momencie bardzo nie po drodze. Ale one właśnie były powodem, żeby się pozbierać, znaleźć rozwiązanie, ruszyć dalej. Na szczęście nigdy jeszcze nie stało się tak, żeby przedstawienie czy koncert były dla mnie czymś nie do przeskoczenia. Raczej okazywały się dobrą terapią.

Myślisz już o kolejnych artystycznych krokach?

Tak – o tym, co po wydaniu płyty, co dalej w moim życiu zawodowym. Ale muszę do tego dołączyć dane, które zbiorę po wydaniu albumu. Wtedy zdecyduję, jaki krok wykonać, który z moich planów na kolejne płyty będzie odpowiedni. Na razie jednak w głowie mam pierwszy album. Chociaż przygotowując z moją ekipą ostateczne miksy, które poszły do dystrybucji, tak dużo go słuchałem, że teraz już chciałbym oddać go ludziom. Niech oni słuchają, a ja się zajmę wykonywaniem. Te dźwięki są ze mną od końcówki 2017 roku. Kiedy podjąłem decyzję o spróbowaniu ponownie z Zero Procent, nastąpiła chwila przerwy, ale potem natychmiast do mnie wróciły. Podczas pandemii miałem dużo czasu na przemyślenie pewnych kwestii, poszukiwania – ostatecznie wszystko to wyszło wydawnictwu na dobre. Chciałem być pewien. że będzie dokładnie takie, jak je sobie wyobraziłem. Ten czas był bardzo potrzebny. Każdy funkcjonuje inaczej, ma zupełnie inną drogę dojścia do tego, co dla niego ważne. Ten sposób i moment są moje.

Niech trwa, będzie piękny i stanie się kolejnym spełnieniem. Dziękuję za rozmowę.

Fot. Artur Wacławek (okładka płyty „#lubiecie”)

Premiera albumu Franky’ego „#lubiecie” w serwisach streamingowych 13 maja, koncert premierowy w Teatrze Rozrywki – 14 maja o godz. 19.00.

Oficjalne profile artysty:

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Z pierwszego rzędu oglądany – musicalowy kwiecień

Powrót do (niedalekiej) przeszłości, czyli (nie)comiesięczne podsumowania, zestawienia i konkluzje

***

News miesiąca to niewątpliwie informacja Teatru Syrena o zapowiedzianej na 2023 rok polskiej premierze „Six” – jednego z najgłośniejszych musicali ostatnich lat. Wiadomość okazała się na tyle zdumiewająca, że sporo osób nerwowo zaczęło sprawdzać, czy nie jest to aby spóźniony primaaprilisowy żart. Na szczęście nie – dyrektor artystyczny Jacek Mikołajczyk trzyma rękę na pulsie, a teatr przy Litewskiej wyrósł dzięki niemu na najciekawszą musicalową scenę stolicy. Do „Six” zapowiadany jest otwarty casting; giełda nazwisk wśród fanów gatunku już ruszyła. Tymczasem warto wybrać się do Syreny na „Bitwę o tron” – otwarcie inspirowaną musicalem Marlowa i Moss, najciekawiej poprowadzoną lekcję historii, w jakiej zdarzyło mi się wziąć udział.

***

Najgłośniejsza premiera, która… się nie odbyła, to niewątpliwie „Preludia” w reżyserii Tadeusza Kabicza. Planowana na 2 kwietnia muzyczna opowieść rozgrywająca się… w głowie rosyjskiego kompozytora, Siergieja Rachmaninowa, została, ze względu na okoliczności , przeniesiona na bardziej sprzyjający czas. „Słowa, które jeszcze kilka tygodni temu były zupełnie neutralne, dziś brzmią jak silna prowokacja, a tego nie chcemy” – powiedział reżyser. Nazwiska twórców, odpowiedzialnych wcześniej za powstanie „Thrill Me” (wspomniany Tadeusz Kabicz, Karina Komendera, Marcin Januszkiewicz, Maciej Pawlak) i nowych w projekcie: Joanny Gorzały, Katarzyny Walczak, Pawła Erdmana pozwalają wierzyć, że jest na co czekać. Widzom pozostaje mieć nadzieję, że dogodny moment nadejdzie jak najszybciej (podobno jesienią).

Fot. Justyna Tomczak, archiwum Teatru Muzycznego w Łodzi

***

Początek miesiąca stał u mnie pod znakiem „Cabaretu” w Teatrze Rozrywki. Chorzowska inscenizacja tak bardzo trafia w to, czego oczekuję od teatru, że mogłabym oglądać ją w kółko. Bardzo lubię wielkie i efektowne widowiska, ale najciekawsze są takie, które zostają we mnie na dłużej, zmuszają do zadawania pytań. „Cabaret” ma to wszystko. Jest świetnie zrealizowaną i zagraną, przejmującą historią. Doskonale wykorzystana przestrzeń, choreografia, kostiumy, rewelacyjna muzyka! Plejada wspaniałych aktorów nie tylko w głównych rolach, ale też na dalszych planach. Wioleta Malchar jest najcudowniejszą Sally! A Mistrz Ceremonii w interpretacji Kamila Franczaka to kreacja kompletna, z gatunku tych, o których pamięta się latami i które stają się punktem odniesienia dla innych. Czekam na kolejny set.

***

Po pandemicznych zawirowaniach i długiej przerwie Teatr Muzyczny w Łodzi powitał (i po chwili pożegnał) „Miss Saigon”. Jeden z najsłynniejszych musicali świata w łódzkiej inscenizacji, mimo problemów technicznych (nie zawsze zrozumiałe partie wokalne w scenach zbiorowych) wzruszał oraz pozwalał zachwycać się talentami wokalnymi i aktorskimi wielu uznanych artystek oraz artystów. Debiutująca w tym przedstawieniu w trudnej roli Kim młodziutka Joanna Gorzała olśniła już na początku, a z czasem było tylko lepiej. Niezwykła dojrzałość i świadomość sceniczna u tak młodej osoby!

Dzięki „Miss Saigon” dostrzeżony został przez szerszą publiczność musicalową Marcin Sosiński. Aktor wcielił się w rolę Thuya – i zrobił to wybornie. Negatywnej postaci nadał interesujący rys niejednoznaczności. Potem wielokrotnie się słyszało, że widzowie wybierający się na spektakl sprawdzali obsady, by trafić na „tego” Thuya. Marcina Sosińskiego można teraz oglądać m.in. we „Friends. The Musical” w Kujawsko-Pomorskim Teatrze Muzycznym, gdzie gra Joeya. Te dwie kreacje wymagają zupełnie innych środków, a ich zestawienie daje wyobrażenie o spektrum umiejętności młodego aktora.

***

Sporo widzów czekało na powrót „Aidy” w Teatrze Muzycznym ROMA. Spektakl wrócił 21 kwietnia, z kilkoma, dość szeroko komentowanymi zmianami w obsadzie. Wyreżyserowany przez Wojciecha Kępczyńskiego, wysmakowany wizualnie, urzeka songami napisanymi przez Eltona Johna, a libretto Tima Rice’a (w zgrabnym tłumaczeniu Michała Wojnarowskiego), „po musicalowemu” większe niż życie, wciąż wzrusza. Nagle też okazuje się, że w obecnej rzeczywistości niektóre sceny i teksty stają się bardziej przejmujące, odczytuje się je uważniej, że są fragmenty, które brzmią aż nadto aktualnie. Bardziej rozumiem oburzenie ojca Aidy, kiedy domyśla się, że jego córka związała się z wrogiem. Trudno słuchać bez przejęcia, kiedy dziewczyna woła do współbraci, że póki żyją Nubijczycy, ich ojczyzna, nawet podbijana, przetrwa, bo jest w ich sercach. A fragment utworu „Miłość bogów”: „Bolesna chwila ta odejdzie lada moment, ucichnie jęk, nie będzie zła, niewoli minie czas…” wywołuje ciarki. „Aida” w ROMIE do 12 czerwca, potem wraca jeszcze po wakacjach.

***

„Koty” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, druga w Polsce inscenizacja po tej w ROMIE, miała premierę 27 kwietnia. Reżyser Jakub Szydłowski wraz z grupą świetnych realizatorów i przezdolnymi aktorami stworzył niezwykle efektowny musical. Szczególnie spektakularny jest drugi akt, z songami m.in. kota teatralnego (Mirosław Książek), Semafora (Marek Chudziński), piosenką Bombaluriny i Demeter (Magdalena Wojtacha, Izabela Pawletko), które opowiadają o Makiawelu, czy z występem Mefistofeliksa (Patyk Rybarski). Niegrzeczny Ram Tam Tamek w wykonaniu zarówno Piotra Brodzińskiego, jak i Tomasza Wojtana, już stał się przyczyną wielu westchnień (chociaż u nas, na Śląsku, to raczej „hercklekoty”). Słynne „Memory” wykonuje Wioletta Białk – i robi to tak, że drżą zarówno serca, jak i fotele. Bilety wyprzedają się na pniu, więc warto wypatrywać okazji lub łapać wejściówki („Koty” pojawią się na scenie Rozrywki jeszcze pod koniec czerwca i na początku lipca, potem już w nowym sezonie). Ja na pewno pójdę jeszcze przynajmniej raz, żeby zobaczyć do kompletu Myszołapa Macieja Kulmacza.

***

30 kwietnia zagrano ostatni spektakl „Rock of Ages” w Teatrze Syrena. Takiego pożegnania jeszcze nie było i chyba długo nie będzie, bo musical to specyficzny, w zwykłej wersji przypominający tzw. zielony. Chociaż tu chyba w ogóle o „zwykłości” mowy być nie może. Nic dziwnego, że ten ostatni był absolutnym szaleństwem od samego początku. Działo się – rockowo, głośno, sprośnie i zabawnie. Cieszę się, że rzutem na taśmę udało mi się zobaczyć Barbarę Garstkę i Karola Drozda. Filip Cembala i Przemysław Glapiński przechodzili samych siebie jako Lonny (podwojeni; bliźniaczy byli też Franzowie, Reginy, Dennisowie i Justice). Stace Jaxx był pojedynczy, ale za to jaki! Marcin Wortmann w tej roli to ucieleśnienie słynnej maksymy: sex, drugs and rockandroll! Kto by pomyślał po tym, jak ze sceny mu skrzypka wypomniano! Największe owacje podczas przedstawienia zebrał Damian Aleksander (a to osiągnięcie, bo okrzyki i oklaski rozlegały się prawie bez przerwy). Co bardziej wtajemniczeni w musicalowe arkana wiedzieli, że gra tego wieczoru w poznańskim „Jekyllu…” i chyba mało kto się spodziewał, że pojawi się na scenie Syreny. I naprawdę nieważne, że zbiorówki były częściowo niezrozumiałe – czy ktoś przejmuje się takimi rzeczami na koncercie rockowym? Gardło zdarte, szampan się lał, bielizna latała w powietrzu, aktorzy wracali na scenę po wielekroć, a bisom nie było końca. Oto siła rockandrolla (niech żyje wiecznie)!

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Sens życia według „Kotów” (w Teatrze Rozrywki)

Wyginają się grzbiety, miękko stąpają łapki. Czasem znienacka rozlegnie się lekkie, pełne irytacji prychnięcie. Pod rozgwieżdżonym niebem, w mroku opustoszałej fabryki koty zbierają się na doroczny bal. Wyczekują swojego przywódcy, Nestora. Tej nocy jeden z dachowców otrzyma szansę na odkupienie i kolejny żywot.

Hmmm… Brzmi nieco dziwnie?

Podobno pewnego dnia Andrew Lloyd Webber przed podróżą samolotem kupił „Wiersze o kotach” noblisty T.S. Eliota, a po przeczytaniu ich uznał, że to materiał na musicalowy hit. Dlaczego? Nie mam pojęcia, ale, jak powiadają, kto bogatemu zabroni? Toteż swój pomysł wcielił w życie. Stworzył musical, którego szczątkową fabułę można streścić w kilku zdaniach. W ten sposób, od momentu premiery na West Endzie (1981) „Koty” rozpoczęły swój triumfalny pochód przez sceny całego świata. Spektakl zobaczyło prawie 75 milionów ludzi, przystanek na Broadwayu zaowocował tytułem jednego z najdłużej granych musicali w historii oraz siedmioma nagrodami Tony, a Webber zarobił kolejne miliony…

Od polskiej premiery w Teatrze Muzycznym ROMA minęło osiemnaście lat. Po zobaczeniu spektaklu w Chorzowie nie dziwię się, że dopiero druga scena w Polsce zdecydowała się na wystawienie tego musicalu. Wymaga on bowiem od całego zespołu nieprzeciętnej wszechstronności i warsztatowej doskonałości.

Fot. Artur Wacławek

Do współpracy zaproszono Jakuba Szydłowskiego, reżysera, który przedstawienie zna od podszewki – w warszawskich „Kotach” wcielał się z sukcesem w rolę Ram-Tam-Tamka. Reżysera, który niczym koronę Himalajów, „zdobywa” kolejne teatry w Polsce, wszystko, czego dotknie, zamienia w hit, aktorzy zaś dzielą się na tych, którzy marzą o pracy z nim, i tych, którzy już pracowali… i chcą znowu. Nic więc dziwnego, że zrealizowany przez niego w Teatrze Rozrywki musical oczarowuje.

Scenograf Grzegorz Policiński ulokował koty w częściowo zrujnowanej fabryce (nawiązanie do śląskiego poprzemysłowego krajobrazu jest nieprzypadkowe i bardzo au courant). Dekoracje – ogromne rury, koła jak z wyciągu szybowego – w połączeniu ze światłem (w musicalu jest około pięciuset jego zmian) powołują do życia futurystyczno-steampunkowy świat. Jego mrok równoważą usiane gwiazdami niebo ogromny księżyc, kolorowe światła, przenosząc go w rejony magicznego realizmu.

Fot. Artur Wacławek

Ogromnym atutem przedstawienia są kostiumy oraz charakteryzacja według pomysłu Doroty Sabak-Ciołkosz. Ta druga zajmuje mnóstwo czasu, ale efekt przechodzi wszelkie wyobrażenie. Aktorzy są spod niej kompletnie nierozpoznawalni. Makijaże są spójne z kostiumami i perukami, a całość współgra z konkretnymi kocimi osobowościami. Wspomniane kostiumy zazwyczaj mają przygaszone, stonowane barwy – dominuje paleta brązów, rudości, szarości, a także czerń i biel. Wiele dachowców nosi obcisłe stroje, podkreślające ich zwinność i gibkość. Warto zwrócić uwagę na elementy indywidualizujące poszczególnych bohaterów. Wielkie futro Nestora ma dać wyobrażenie o posturze i randze najstarszego kota. Wyraźny irokez i nabijane ćwiekami pasy Ram-Tam-Tamka podkreślają jego buntowniczy charakter. Kamizelka Semafora wskazuje na niezwykle stylowego dachowca.

Jarosław Staniek, w ubiegłym roku nagrodzony Złotą Maską za choreografię do „Zakonnicy w przebraniu” (kto był, ten wie, jakie robi wrażenie), we współpracy z Katarzyną Zielonką podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej. Od perfekcyjnie zsynchronizowanych grupowych układów tanecznych trudno oderwać wzrok. Znakomicie skonstruowana sekwencja w „Makiawelu”, finał i wiele innych to choreograficzne show na najwyższym poziomie. Warsztaty kociego ruchu (tak!) prowadzone przez Patryka Rybarskiego podczas prób nie poszły na marne. Efekt sceniczny jest niebywały. Warto zobaczyć, jak ludzie stają się kotami – naprawdę!

Fot. Artur Wacławek

Żeby po raz kolejny nie wypominać musicalowi Webbera ubóstwa fabularnego, można, nieco tylko żartobliwie, stwierdzić, że prezentuje on świeże i zaskakująco minimalistyczne spojrzenie na kwestię libretta… Jakkolwiek by tego jednak nie nazwać – tym trudniejsze zadanie spoczywa na wykonawcach. Kostiumy, charakteryzacja, ruch pomagają z pewnością określić postać, ale najistotniejsze jest jej zbudowanie. Każdy z dachowców to intrygująca osobowość, a chociaż czasu na autoprezentację poszczególni bohaterowie mają niewiele, publiczność otrzymuje szereg aktorskich popisów, które razem tworzą pełną barw polifoniczną opowieść o kocim charakterze i losie; a przecież i o ludzkim, bo jemu także nieobce są marzenia, przemijanie, samotność czy wykluczenie. Nie sposób nie wspomnieć przynajmniej o kilku rolach.

Fot. Artur Wacławek

Dokazujące, ile wlezie, Mungo Jerry (Beata Wojtan) i Pumpernikiel (Aleksandra Dyjas) bawią widzów historią swoich psot. Wielkie emocje wzbudza Gus – kot teatralny, zarówno w sędziwym (Mirosław Książek), jak i młodzieńczym (Tomasz Wojtan) wcieleniu. Świetny jest dzielny, bitny Myszołap (Karol Drozd). Zasłużone owacje wywołuje Mefistofeliks – kot-magik (Patryk Rybarski). Zachwyca kocia hedonistka – Plameczka Pac (Joanna Możdżan) oraz „kot, który jeździł koleją” – Semaforo (Marek Chudziński). Bombalurina (Magdalena Wojtacha) i Demeter (Izabela Pawletko) urzekają zadziorną gracją i powabem. Dominik Koralewski jako Bywalec dorzuca kolejną perełkę do swej kolekcji niewielkich, za to pamiętnych ról. Wspaniały Piotr Brodziński (występujący podczas premiery z pękniętą rzepką!) to zuchwały, charyzmatyczny i całkiem niegrzeczny Ram-Tam-Tamek. Jest wreszcie Wioletta Białk, przejmująca jako Grizabella, odrzucona kotka, która pragnie wybaczenia. Słynne „Memory” w interpretacji tej niepospolitej artystki zachwyca pięknem wykonania i wzrusza ładunkiem emocjonalnym.

Wykonawcy są świetnie słyszalni także w utworach zbiorowych (w niektórych teatrach bywa to problemem, zatem wielkie brawa dla realizatorów dźwięku, ale też Ewy Zug odpowiedzialnej za przygotowanie wokalne), a prowadzona przez Michała Jańczyka orkiestra to, jak zawsze, klasa sama w sobie.

Przygotowane w rekordowym tempie chorzowskie „Koty” są niezwykle widowiskowym przedstawieniem, bez kompleksów stającym wobec innych realizacji. To kolejna w ostatnich latach, po znakomitym „Cabarecie”, „Zakonnicy w przebraniu” czy „Pinokiu”, premiera na Dużej Scenie, która potwierdza, że w Teatrze Rozrywki zawsze można liczyć na wyjątkowe artystyczne doświadczenia. Połączenie reżyserskiej biegłości i wyobraźni Jakuba Szydłowskiego oraz pozostałych twórców ze zdolnościami i energią chorzowskiego zespołu dało kapitalny efekt.

Fot. Artur Wacławek

„Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu”.

„Koty” w Teatrze Rozrywki nie wdzięczą się i nie łaszą, chodzą własnymi drogami, czasem syczą i prychają. Ale póki pozwalają się podziwiać, adorować i dyskretnie podglądać swój koci świat – grzechem byłoby nie skorzystać (chociaż biletów na spektakle do końca sezonu zostało bardzo niewiele).

„Koty”, Teatr Rozrywki, 27 kwietnia 2022r. (premiera)

Reżyseria: Jakub Szydłowski
Choreografia: Jarosław Staniek, Katarzyna Zielonka
Kierownictwo muzyczne i wokalne: Ewa Zug
Scenografia i reżyseria światła: Grzegorz Policiński
Kostiumy: Dorota Sabak-Ciołkosz
Tłumaczenie: Daniel Wyszogrodzki

Nestor – Tomasz Jedz
Grizabella – Wioletta Białk
Myszołap – Karol Drozd (gościnnie)
Ram-Tam-Tamek – Piotr Brodziński
Plameczka Pac – Joanna Możdżan
Galaretka – Barbara Ducka

Semaforo – Marek Chudziński
Gus – Mirosław Książek
Bywalec – Dominik Koralewski
Mefistofeliks – Patryk Rybarski
Tymoteusz – Dawid Pilszek
Tamtamil – Daniel Dąbrowski
Bombalurina – Magdalena Wojtacha
Demeter – Izabela Pawletko (gościnnie)
Kasandra – Zuzanna Marszał
Alonzo – Patryk Maślach (gościnnie)
Wiktor – Rafał Talarczyk

Kocik Le Miau – Małgorzata Mazurkiewicz
Karakotek – Bartłomiej Kuciel
Mungo Jerry – Beata Wojtan
Pumpernikiel – Aleksandra Dyjas
Wiktoria – Maria Pitera
Promyczek – Karolina Sypniewska
Dyzio – Łukasz Majowski
Klaps – Sebastian Chwastecki
Bili Dalej – Wojciech Stawiarski
Brali Dalej – Paweł Majewski
I Tak Dalej – Agnieszka Saletra
Elektra – Sofiia Popova
Fantazja – Aleksandra Karch
Fraszka – Katarzyna Osuch

Sierściuch – Krzysztof Konopka
Małyszek – Weronika Zięba
Filutek – Kacper Mucha (gościnnie)
Makiawel – Marek Szajnar (gościnnie)
Młody Gus – Raptus Zuch – Tomasz Wojtan

oraz zespół wokalny i orkiestra Teatru Rozrywki

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

„Piloci” latają koncertowo

Koncertowe wersje musicali to praktyka w świecie teatralnym nienowa i ciesząca się sporą popularnością. Realizacji koncertowych doczekały się tak znamienite tytuły jak „Nędznicy”, „Chicago”, „Jesus Christ Superstar” i wiele innych. Trudno nie zauważyć korzyści płynących z takiej formy scenicznej. Do kieszeni twórców, którzy czynią użytek z istniejącego już, własnego dzieła, trafiają kolejne pieniądze od wielbicieli gatunku. A widzowie, bardzo często zagorzali fani danego tytułu, otrzymują zestaw ulubionych utworów w ulubionych wykonaniach. I wszyscy są zadowoleni.

„Piloci”, autorski musical zrealizowany w Teatrze Muzycznym ROMA, który opowiada historię nawiązującą do losów polskich lotników podczas II wojny światowej, miał premierę w 2017 roku i został pokazany na Dużej Scenie ponad 400 razy. We wrześniu 2020, z okazji 80. rocznicy bitwy o Anglię, zaprezentowano trzy uroczyste koncerty, przyjęte na tyle dobrze, że twórcy postanowili wracać do nich regularnie.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA (zdjęcie z próby)

Warszawa, rok 1939. Przystojny porucznik lotnictwa, Jan Czaplewski, oświadcza się popularnej rewiowej piosenkarce, zachwycającej Ninie. Zostaje przyjęty. Nim jednak młodzi zdążą się nacieszyć swoim szczęściem i miłością, wybucha wojna. Jan wraz z przyjaciółmi z jednostki trafia do Anglii. Jego narzeczona występuje dla niemieckich oficerów, którzy są teraz główną klientelą lokalu zrządzanego przez Prezesa, wyjątkowo wredny czarny charakter. Jednocześnie dziewczyna współpracuje z podziemiem, które zleca jej pewne zadania. Losy bohaterów komplikują się coraz bardziej…

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Większość postaci w musicalu jest ukazana dość skrótowo (np. piloci czy Hans). A nawet jeśli są one nieco bardziej rozbudowane (Nina, Alice, Jan, Prezes), i tak otrzymują stosunkowo niewiele czasu, by zaprezentować swoje dylematy. Tym bardziej nie ma tego czasu w wersji koncertowej, w której interakcje między bohaterami są z oczywistych względów ograniczone. Opowieść jest dla mnie klarowna, ponieważ widziałam wcześniej musical. Zastanawiam się jednak, na ile obecność na scenie niektórych postaci oraz charakter relacji między nimi będą czytelne dla widza, dla którego koncert jest pierwszym zetknięciem się z tą historią.

Z pewnością świetnie wypadają w tej formule wszelkie scenki rodzajowe. Wojciech Machnicki i Wiktor Korzeniowski tworzą duet idealny – arystokraty i jego ogrodnika. Nagły upadek rannego lotnika na rabatkę narusza co prawda porządek idealnie utrzymanego kwietniczka, ale popołudniowa herbatka zostaje ocalona. Niezmiennie bawi „Lekcja angielskiego”, podczas której piloci niekoniecznie chcą korzystać z dobrodziejstw brytyjskiego systemu edukacji. „My chcemy już latać” – deklarują. A skoro tymczasem im nie wolno, zajmują się nieco sztubackim podrywaniem nauczycielki. „Aniele mój, aniele” to komediowo-miłosny dwugłos Izabeli Bujniewicz i Piotra Janusza, udowadniający, że uczucie może się pojawić w każdych okolicznościach, a w musicalu można „ograć” nawet… kaczkę sanitarną.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Każdy, kto czytał „Dywizjon 303”, ma jako takie pojęcie o dokonaniach polskich asów przestworzy. Odwaga ocierająca się o brawurę, ułańska fantazja, zuchwałość, poczucie humoru – tacy są też musicalowi piloci. Nie sposób nie lubić zabawnego Franka w interpretacji Jeremiasza Gzyla czy flirciarza Stefana (wspomniany Piotr Janusz). Z prawdziwą przyjemnością słucha się charyzmatycznego Janka Traczyka (Jan), niezwykle przekonującego w scenach dramatycznych czy wymagających uczuciowego zaangażowania. Maks, któremu w libretcie poświęcono najmniej czasu, tylko dzięki Andrzejowi Skorupie staje się postacią, na którą zwraca się uwagę.

Dramatyczne wybory, których dokonywały główne bohaterki, oraz ich reperkusje, były w przedstawieniu najbardziej interesujące. Może dlatego w wersji koncertowej tak mocno odczuwa się „okrojenie” tych wątków. Ale jeśli chodzi o kwestie wokalne, Natalii Krakowiak (Nina) i Anastazji Simińskiej (Alice) nie można niczego zarzucić.

Scena przy Nowogrodzkiej słynie z układów tanecznych na najwyższym poziomie. Przygotowaną przez Agnieszkę Brańską choreografię można podziwiać także podczas koncertu. Otwierające widowisko „To dziś, to tu” czy późniejszy „Pan Hurricane” to prawdziwe majstersztyki w wykonaniu zespołu ROMY.

Wykorzystano też pieczołowicie odtworzone i z wielką starannością uszyte kostiumy autorstwa Doroty Kołodyńskiej. Nie wyobrażam sobie zresztą, że mogłoby być inaczej, kiedy ma się w garderobach takie skarby. Mundury pilotów, eleganckie garnitury, smokingi, wieczorowe suknie, podkreślające figurę koktajlowe sukienki, nakrycia głowy, rękawiczki wyczarowują klimat lat 30. i 40. Jestem przekonana, że przynajmniej część osób z widowni chętnie przygarnęłaby na własność któryś ze strojów (ja – sukienki!).

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Do fabuły musicalu można mieć pewne zastrzeżenia, o których wspominałam wcześniej. „Piloci” mają jednak niezaprzeczalny atut – muzykę oraz piosenki. I to składnik, który teraz może wybrzmieć – dosłownie i w przenośni – z całą mocą. Znajdująca się na scenie orkiestra jest, całkowicie zasłużenie zresztą, w centrum uwagi.

Utwory skomponowane przez braci Dawida i Jakuba Lubowiczów (ten drugi pełni też rolę dyrygenta) to prawdziwa uczta. Wszechstronne muzyczne wykształcenie autorów, ich wiedza i zainteresowania pozwalają obracać się swobodnie wśród różnych muzycznych inspiracji. „Jestem iskrą” czy „Moulin Rouge” z powodzeniem mogłyby się pojawić w repertuarze międzywojennej rewii. „Zabawa” brzmi jak największe szlagiery Andrews Sisters. Robi wrażenie po wagnerowsku patetyczny „Vaterland”. Musicalową tradycję pełnych dramatyzmu solowych songów podtrzymuje „Zabierz mnie stąd”. Miłosny duet „Nie obiecuj nic” ma w sobie jednocześnie przebojowość i elegancki sznyt minionych czasów. Twórcy sięgają też po współczesne rytmy, np. elementy hip-hopu w utworach „Rowerowe love” czy „Pan Hurricane”.

Dodano „Porządek musi być” – satyryczne spojrzenie na wojenną dyplomację. Powstały na wczesnym etapie pracy nad musicalem utwór został odrzucony, bo rzeczywiście do jego koncepcji nie pasował, natomiast podczas koncertu całkiem nieźle się sprawdza.

Michał Wojnarowski napisał teksty piosenek, które w tej scenicznej formule funkcjonują bez zarzutu – liryczne, ale unikające banału, w innych miejscach skrzą się dowcipem.

„Piloci” w wersji koncertowej to przygotowane z rozmachem widowisko, dzięki któremu wielbiciele musicalu na chwilę znowu przeniosą się do świata ulubionego spektaklu. Pozostali widzowie zaś, nawet jeśli nie całkiem odnajdą się w niektórych fabularnych zawiłościach, niewątpliwie zachwycą się aspektami wizualnymi, możliwościami wokalnymi artystów biorących udział w przedsięwzięciu oraz piękną muzyką.

„Piloci” – koncert, Teatr Muzyczny ROMA, 20 lutego 2022r.

Reżyseria: Wojciech Kępczyński

Nina – Natalia Krakowiak
Jan – Janek Traczyk
Prezes – Jan Bzdawka
Alice – Anastazja Simińska
Hans – Michał Bronk
Franek – Jeremiasz Gzyl
Maks – Andrzej Skorupa
Stefan – Piotr Janusz
Nel – Sylwia Banasik-Smulska
Ewa – Maria Juźwin
Porucznik Pilkington – Krzysztof Bartłomiejczyk
Pułkownik Brown – Krzysztof Cybiński
Lord Stanford – Wojciech Machnicki
Howard – Wiktor Korzeniowski
Miss Pinky – Agata Bieńkowska
Mary – Izabela Bujniewicz
Wojtek – Kuba Strach

oraz orkiestra i zespół wokalny Teatru Muzycznego ROMA pod dyrekcją Jakuba Lubowicza

Zaszufladkowano do kategorii KONCERTY | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Legenda ożywiona – „Żółta Dama”

Na przełomie XIX i XX wieku sporą popularnością cieszyły się tzw. żywe obrazy. Moda na nie dotarła do Polski z Francji – tam tableaux vivants pojawiły się w II połowie XVIII wieku. Były to rekonstrukcje dzieł malarskich lub rzeźb z udziałem ludzi, a biorący w nich udział odtwarzali jak najwierniej daną scenę – stroje, pozy, gesty i mimikę postaci. Chętnie oddawała się tej rozrywce m.in. młodzież ziemiańska.

Oglądając „Żółtą Damę” w Mazowieckim Teatrze Muzycznym, nie mogłam się uwolnić od skojarzeń z tą zabawą. Jak się okazało – niebezpodstawnie. Przeczytałam potem w programie spektaklu wypowiedź reżysera, Karola Urbańskiego, w której wspomniał o takiej inspiracji.

„Żółta Dama – legenda muzyczna” (zapowiadana przez wysmakowany plakat Andrzeja Pągowskiego) odwołuje się do podania związanego z zamkiem w Liwie na Mazowszu. Liwski kasztelan, Marcin Kuczyński, ożenił się z Ludwiką Szujską. Przekazy głoszą, że nie była szczególnie urodziwa, natomiast w przedstawieniu obdarzono ją nie tylko nieprzeciętną urodą, ale i umiejętnością gry na harfie. Ludwika kochała męża, on ją również, jednakże był też o nią niezwykle zazdrosny. Uczucie to spotęgowało się, kiedy w tajemniczych okolicznościach zaginął drogocenny pierścień, który podarował małżonce, a potem – kolejny… Dla kasztelana okoliczności te stały się potwierdzeniem niewierności Ludwiki i doprowadziły do tragicznych konsekwencji (zamek zaś zyskał w ten sposób swego ducha – bo przecież każdy szanujący się obiekt tego typu jakiegoś ducha mieć powinien).

Fot. Archiwum MTM

Twórcy ukazali w spektaklu naprzemiennie wydarzenia z teraźniejszości i przeszłości. Liwskie ruiny zwiedzają dziadek (Krzysztof Tyniec) i jego wnuczka (Nela Konarzewska). Nastolatka, najpierw znudzona oglądaniem „starych murów”, z czasem coraz bardziej wciąga się w opowieść o czasach minionych i miłości pokonanej przez zazdrość. Kiedy dziadek relacjonuje Kasi kolejne części legendy, na scenie oprócz nich nie ma nikogo, a na ekranach w tle widzowie oglądają projekcje multimedialne. Następnie współcześni bohaterowie milkną i odchodzą na bok, by ustąpić miejsca aktorom i tancerzom, ilustrującym opowiadany przed chwilą fragment.

Najważniejszą rolę w scenach obrazujących wydarzenia z przeszłości pełni kilkuosobowy zespół baletowy. Z przyjemnością ogląda się żywiołowe układy choreograficzne, które dynamizują widowisko, jak taniec ptaków; bardziej statyczne, np. sceny sądu z zakapturzonymi postaciami, intrygują i wprowadzają element niepokoju.

Fot. Archiwum MTM

Złowróżbny klimat budują też całkiem udatnie „malarskie” projekcje Zuzanny Grzegorowskiej – szczególnie te z padającym za oknami zamku deszczem czy poruszającymi się na wietrze drzewami. Zwraca uwagę ładna gra światłem w scenach pojawiania się Żółtej Damy. Ogromną zaletą jest muzyka na żywo (autorstwa Mikołaja Hertla). Jedenastoosobowy zespół muzyczny robi wrażenie szczególnie w utworach instrumentalnych, będących tłem dla występów tancerzy.

Największy problem stanowi dla mnie sama legenda. Doceniam chęć sięgania do polskiej kultury i czerpania ze skarbca regionalnych podań, jednak niezbyt rozbudowana fabularnie opowieść (można ją streścić w kilku zdaniach) jest zbyt wątłą podstawą spektaklu. Kasztelan i jego żona to bardziej postacie-znaki niż bohaterowie z krwi i kości. Brakuje pogłębionych, wyrazistych charakterów, a emocje są raczej deklaratywne niż namacalne. Przemysław Glapiński i Kinga Taront nie mają okazji, by wykazać się aktorskimi umiejętnościami. Krótkie śpiewane przerywniki (trudno je nazwać pełnoprawnymi utworami) nie pozwalają też zaprezentować wokalnej klasy artystów, co do której przecież nie ma wątpliwości.

Spektakl określany jest jako familijny, zastanawiam się jednak, kto naprawdę miałby być jego adresatem. Moja belferska dusza nie może nie docenić waloru edukacyjnego – w scenach balowych prezentowane są tańce narodowe (polonez, krakowiak), libretto ładnie tłumaczy różnicę między legendą i baśnią. Ale dla młodszych dzieci treść podania i jego dość mroczny klimat mogą się okazać zbyt przytłaczające. Nieco starszych, nastoletnich widzów może znudzić monotonna, powtarzalna struktura samej realizacji. Z kolei fabuła, dotycząca podejrzeń o zdradę i niszczącej siły zazdrości, skierowana jest raczej do widzów dojrzalszych.

Twórcy podkreślają, że to, co oferują widzom, to nie musical, a – jak wynika już z tytułu – „legenda muzyczna”. Czy „żywe obrazy” z towarzyszeniem muzyki są dla współczesnego odbiorcy interesującą propozycją? Trzeba przekonać się samemu.

„Żółta Dama – legenda muzyczna”, Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury, 19 lutego 2022r.

Muzyka – Mikołaj Hertel
Libretto – Grażyna Orlińska
Reżyseria i choreografia – Karol Urbański
Kierownictwo muzyczne – Mieczysław Smyda
Kostiumy i projekcje multimedialne – Zuzanna Grzegorowska
Reżyseria światła – Maciej Igielski

Dziadek – Krzysztof Tyniec
Kasia – Nela Konarzewska
Ludwika – Kinga Taront
Kasztelan – Przemysław Glapiński
oraz balet, zespół wokalny i zespół muzyczny MTM

Zaszufladkowano do kategorii INNE SPEKTAKLE | Otagowano , | Możliwość komentowania Legenda ożywiona – „Żółta Dama” została wyłączona

Na głos i pianino – koncert Janka Traczyka

Koncert Janka Traczyka w Krakowie z wielu względów można określić mianem wyjątkowego. Jeśli ktoś był przynajmniej na jednym, wie, że występy tego artysty na żywo zawsze mają niecodzienną aurę. Teraz nowe było miejsce, przede wszystkim jednak to pierwszy koncert w tym mieście po wydaniu debiutanckiej płyty. Może się to wydawać zaskakujące, bo pojawiła się ona na rynku późną jesienią 2020 roku, więc już jakiś czas temu; ale istotnie – poprzedni odbył się dwa lata wcześniej, tuż przed wybuchem pandemii, toteż 13 lutego krakowska publiczność mogła wreszcie wysłuchać utworów składających się na solowy album „Nadal jestem”.

„Zaścianek”, dysponujący głównie miejscami stojącymi, z kilkoma pozostającymi w cieniu lożami, nie wydawał się najlepszym miejscem dla prezentacji tak nastrojowej twórczości. Zresztą z informacji dostępnych w mediach społecznościowych klubu wynika, że zazwyczaj występują tu zespoły grające cięższe odmiany rocka. Jednak Janek Traczyk bez trudu oswoił tę przestrzeń, gdy tylko pojawił się na scenie.

Fot. Julia Miksztal/ KSAF

Podczas występu zabrzmiały wszystkie utwory z debiutanckiej płyty. Nowocześnie, przestrzennie i „z oddechem” zrealizowane piosenki sprawdzają się zarówno w aranżacji na zespół, o czym mogłam się przekonać parę miesięcy temu w Warszawie, jak i w wersji bardziej lirycznej, tylko z akompaniamentem pianina.

Kilka kompozycji – powoli rozwijający się od pięknego intra „Bezpieczny ląd”, przewrotne „Smutne piosenki”, „Winylowy” – dało okazję do pobujania się w rytm muzyki. Janek często, nieco żartobliwie, wyrażał życzenie, by publiczność na jego koncertach tańczyła, można więc rzec, że przynajmniej w części jego marzenie się spełniło. Chóralne śpiewanie „Nadal jestem”, Na miłość przyjdzie czas” czy zagranego na bis „Chciałbym to być ja” wprawiało w taką samą radość widownię, jak i twórcę. Ale słuchacze potrafili się też doskonale odnaleźć, wysłuchując do ostatniej nuty utworów „Bursztynowy” czy „Możesz krzyczeć”, które ze względu na ciężar gatunkowy zawartych w nich historii wymagają większego skupienia.

Taki odbiór twórczości to niewątpliwie zasługa artysty, który potrafi nawiązać z publicznością wyjątkową więź. Płyta „Nadal jestem” jest mocno skoncentrowana na uczuciach. Jej autor w tekstach zazwyczaj bazuje na własnych doświadczeniach, chociaż zdarzają się też kompozycje napisane w oparciu o przeżycia innych. Każda z nich jest intymną opowieścią, której Janek nadaje jednocześnie uniwersalny wymiar. Podczas występu na żywo nieprzeciętną wrażliwość pokrywa czasem żartem czy anegdotą, ale w swojej twórczości jest szczery i prawdziwy. To powoduje, że wielu słuchaczy bez trudu odnajduje w jego utworach własne emocje, lęki i pragnienia.

Fot. Julia Miksztal/ KSAF

Janek Traczyk nie uwodzi wymyśloną kreacją siebie i scenicznym teatrem; chyba że za jego element uznamy przywdziewany podczas całej trasy bordowy garnitur – nawiązanie do okładki płyty i tonacji teledysków. Poza tym jest po prostu on – artysta, mężczyzna po uczuciowych przejściach, który charakterystycznym, pełnym głębi głosem opowiada mniej lub bardziej zwyczajne historie, a którego radość z tego, że publiczność jego utwory zna i śpiewa, jest autentyczna i namacalna.

Janek Traczyk oprócz działalności solowej znany jest ze sceny teatralnej – to niewątpliwie jeden z najbardziej rozpoznawalnych i interesujących aktorów musicalowych, kojarzony m.in. z rolą Poety w niezapomnianym gdyńskim „Notre Dame De Paris” czy kreacjami w Teatrze Muzycznym ROMA. Pytany o to, co dla niego najważniejsze, z jednej strony zawsze podkreśla, że nie umie wybrać i teatralne deski uwielbia, ale też niezmiennie zaznacza, iż osobista muzyczna wypowiedź jest dla niego najistotniejsza.

Zakończony trzema bisami koncert, a także rosnąca popularność twórcy „Nadal jestem” udowadniają, że (na szczęście) na muzycznej scenie wciąż jest miejsce na taką twórczość; na dopracowane, eleganckie kompozycje, wyjątkowy głos i piękne w swej prostocie teksty, na szczere emocje i wrażliwość. Warto odwiedzać miejsca, w które prowadzi Janek Traczyk.

13 lutego 2022r., Janek Traczyk – Koncert Walentynkowy, klub Zaścianek, Kraków

Zaszufladkowano do kategorii KONCERTY | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Na głos i pianino – koncert Janka Traczyka została wyłączona

Podsumowanie roku – alfabetyczny i całkowicie subiektywny przegląd pierwszorzędnych kreacji aktorskich

W ubiegłym roku byłam w teatrze 35 razy (biorąc pod uwagę tylko spektakle, bez koncertów i recitali). Niektóre przedstawienia widziałam po kilka razy, inne raz. Nie było ani jednego, po którym wyszłabym z poczuciem zmarnowanego czasu. Po niektórych nosiłam w sobie przemyślenia przez wiele dni. A jeśli po jakimś nie byłam w stu procentach zachwycona, doceniałam scenografię, choreografię, kostiumy, a przede wszystkim – umiejętności artystów.

Z całym przekonaniem stwierdzam, że polskie teatry muzyczne to skarbiec – któregokolwiek się nie odwiedzi, trafia się na fantastycznych ludzi, profesjonalistów o niezwykłych talentach wokalnych, tanecznych i aktorskich. Ich umiejętności budzą mój nieustanny zachwyt. Wciąż jest wiele teatrów muzycznych, do których nie dotarłam, i artystów, których nie znam – cieszę się, że tyle jeszcze przede mną do odkrycia.

Kiedy wracam myślami do mojego roku teatralno-musicalowego, niektóre role przychodzą mi do głowy częściej niż inne. Dramatyczne, po zobaczeniu których trudno mi było ubrać emocje w słowa, a z teatru wychodziłam ze ściśniętym żołądkiem; zabawne – na ich wspomnienie śmieję się nawet teraz; takie, przy których nie można było powstrzymać łez wzruszenia.

Stąd poniższa lista – całkowicie subiektywny (bo jakiż inny mógłby być?), alfabetyczny przegląd pierwszorzędnych kreacji aktorskich. Bez porównywania czy numerowania. Nie tylko z nowych spektakli; były też takie, które premierę miały wcześniej, ale ja zobaczyłam je dopiero w tamtym roku.  


Kamil Franczak jako Diabeł, „Piekło i raj” w reżyserii Krzysztofa Prusa, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Kamil Franczak jako Mistrz Ceremonii, „Cabaret” w reżyserii Jacka Bończyka, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Marcin Januszkiewicz jako Richard Loeb, „Thrill Me” w reżyserii Tadeusza Kabicza, Mazowiecki Teatr Muzyczny

Paulina Magaj-Szpak jako Deloris Van Cartier, „Zakonnica w przebraniu” w reżyserii Michała Znanieckiego, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Wioleta Malchar jako Sally Bowles, „Cabaret” w reżyserii Jacka Bończyka, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Maria Meyer jako Fraulein Schneider, “Cabaret” w reżyserii Jacka Bończyka, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Maciej Pawlak jako Nathan Leopold, „Thrill Me” w reżyserii Tadeusza Kabicza, Mazowiecki Teatr Muzyczny

Agnieszka Przekupień jako Jenna, „Waitress” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, Teatr Muzyczny ROMA

Sylwia Różycka jako Becky, „Waitress” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, Teatr Muzyczny ROMA

Marcin Sosiński jako Joey Tribbiani, „Friends. The Musical” w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej, Kujawsko-Pomorski Teatr Muzyczny w Toruniu

Marta Tadla jako Anioł, „Piekło i raj” w reżyserii Krzysztofa Prusa, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Janek Traczyk jako dr Jim Pomatter, „Waitress” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, Teatr Muzyczny ROMA

Hubert Waljewski jako Pinokio, „Pinokio. Il grande Musical” w reżyserii Magdaleny Piekorz, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Marcin Wortmann jako król August II Mocny, „Bitwa o tron” w reżyserii Jacka Mikołajczyka, Teatr Syrena

Piotr Brodziński, Maciej Kulmacz, Hubert Waljewski jako TJ, Pablo i Joey, „Zakonnica w przebraniu” w reżyserii Michała Znanieckiego, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , | Możliwość komentowania Podsumowanie roku – alfabetyczny i całkowicie subiektywny przegląd pierwszorzędnych kreacji aktorskich została wyłączona

„Gdy narasta zło, co byś zrobił?” – „Cabaret” w Teatrze Rozrywki

Zło jest dlatego banalne, że można go nie dostrzegać, można o nim nie myśleć, można je mnożyć w nieskończoność, koncentrując uwagę na czymś innym.
Hannah Arendt

Na „Cabaret” w Teatrze Rozrywki miałam pójść wczesną wiosną 2020 roku. Wielu z nas miało wtedy różne plany… W ciągu kolejnych miesięcy, kiedy „otwierano kulturę”, byłam na kilku koncertach i spektaklach, ale na ten musical czekałam prawie półtora roku. Gdy tylko pojawiał się w repertuarze, następowało zamknięcie, przesunięcie, odwołanie – jakby trwał jakiś przeklęty Dzień Świstaka. „Cabaret” stał się moją obsesją. Oglądałam nieliczne dostępne w Internecie materiały z prób, słuchałam wypowiedzi twórców, a oczekiwania puchły do niebotycznych rozmiarów. Kiedy ogłoszono terminy w nowym sezonie, nie miałam odwagi się cieszyć, odliczałam kolejne tygodnie, potem dni. Nawet siedząc na widowni, wciąż nie wierzyłam, że „staje się już”.

To niewątpliwie jeden z najbardziej znanych musicali, a do jego zaistnienia w powszechnej świadomości przyczyniła się ekranizacja z 1972 roku, wyreżyserowana przez Boba Fosse’a. Ale najpierw, sześć lat wcześniej, sukces odniosła wersja broadwayowska. Libretto na podstawie powieści „Pożegnanie z Berlinem” Christophera Isherwooda oraz sztuki „I Am a Camera” Johna Van Drutena napisał Joe Masteroff, zaś słowa piosenek do muzyki Johna Kandera – Fred Ebb.

Wersja Teatru Rozrywki, którą premierowo zaprezentowano 30 i 31 marca 2019 roku, jest dwunastą w Polsce, a drugą na deskach tej instytucji. O realizacji z 1992 roku w reżyserii Marcela Kochańczyka, z Jacentym Jędrusikiem w roli Mistrza Ceremonii, było bardzo głośno. Decydując się na ponowne wystawienie spektaklu, chorzowska scena podjęła wyzwanie, by zmierzyć się z legendą tamtego przedstawienia, docenionego zarówno przez krytyków, jak i widzów.

Fot. Artur Wacławek

Publiczność wchodzącą do sali witają przyciemnione światła wielkich lampionów, lustrzane ściany na bocznych balkonach, dobiegający skądś szept „Willkommen”. Jesteśmy w kabarecie, czekamy na show. Orkiestra zaczyna charakterystycznym ostinato, reflektor punktowo oświetla fragment sceny. Spod błyszczącej kotary wynurza się wysoki, smukły mężczyzna. Mocny makijaż, elegancki frak, botki na szpilkach. „Willkommen, bienvenue, welcome” – oto Mistrz Ceremonii, nasz przewodnik po międzywojennym nocnym Berlinie.

Do tego miasta zmierza też młody Amerykanin, aspirujący pisarz – Clifford Bradshaw. W pociągu spotyka nad wyraz miłego Niemca, Ernsta Ludwiga, który w podziękowaniu za przypadkową przysługę oferuje mu pomoc w wynajęciu pokoju. Toteż w kolejnej odsłonie poznajemy obrotną Fräulein Schneider oraz jednego z mieszkańców kamienicy, wytwornego Herr Schultza. Przypadkiem natykamy się też na inną lokatorkę, prawdziwe utrapienie gospodyni domu. Fräulein Kost nieustannie gości u siebie nader licznych przedstawicieli płci męskiej – jak twierdzi, kolejnych członków rodziny z Hamburga. Co zaskakujące, wszyscy są marynarzami…

Fot. Artur Wacławek

Czas jednak wrócić do kabaretu. Bo co prawda rok 1930 dobiega kresu, ale przecież zabawa w Kit Kat nie kończy się nigdy. Prowadzeni przez charyzmatycznego Mistrza docieramy do zakamarków klubu. Erotyczne napięcie aż kipi, a goście nurzają się w oparach alkoholu, dymie papierosów i innych używek. Kit Kat, w swym wyuzdaniu i ekstatycznym ferworze, jest jak kropka nad „i” Republiki Weimarskiej. Tu każdy znajdzie miejsce – niezależnie od płci, orientacji seksualnej czy pochodzenia. Niechby tylko miał pieniądze – wszak „forsa świat porywa w wir”. Na głównej scenie i balkonach rozgrywa się szereg scenek rodzajowych. Ileż tam można dostrzec smaczków, ile intrygujących postaci wyłapać w tle (ach, ten Victor! I Bobby, i girlsy…)! Z jaką maestrią jest to podane, jak zatańczone w takt porywającej muzyki! Efektowna scenografia Grzegorza Policińskiego tworzy dla tych epizodów doskonałą, wielopłaszczyznową przestrzeń. Za chwilę nieco zagubiony pisarz in spe i kabaretowa piosenkarka Sally Bowles wpadną sobie w oko, a my poznamy w ten sposób wszystkich najważniejszych bohaterów snutej opowieści.

Fot. Artur Wacławek

W przesiąkniętym dekadencją oraz zabawą do utraty tchu (i forsy) świecie mimochodem pojawiają się nowe składowe. Ktoś wyjeżdża w sprawach politycznych do Paryża. Ktoś czyta „Mein Kampf”. Kilku mężczyzn w pięknym kanonie śpiewa „Dzisiaj świat będzie nasz”, a Mistrz złowrogo powtarza tę kwestię. Jeszcze trwa bal i pary tańczą, jeszcze gra orkiestra, jak na tonącym „Titanicu” – ale spod cekinów i piór przezierają już liszaje brunatniejącej rzeczywistości. Dotychczasowy świat rozpada się w kaskadach histerycznego śmiechu Mistrza Ceremonii. Niebawem usłyszymy wykrzyczane z nienawiścią „Jude Raus” i zobaczymy brunatne stroje tych, którzy wcześniej się bawili. Dostrzeżemy w pośpiechu nakładane na ramię opaski (z przekonania czy ze strachu?). Tylko patrzeć, jak zabawna Fräulein Kost szepnie miłemu panu Ludwigowi o tych, którzy rządzą światem…

Koło dziejów zaczyna miażdżyć wszystkich. Możemy myśleć, że nas to nie dotyczy, a polityka nie jest naszą sprawą, bo chcemy mieć jedynie święty spokój, jak Fräulein Schneider. Możemy powtarzać za Herr Schultzem, że krzykacze to tylko rozwydrzone chłystki, a on przecież „ostatecznie jest przede wszystkim Niemcem”; że to wszystko minie. Ale my, widzowie zaproszeni do kabaretu… – my przecież wiemy, jak to się skończy. Dlatego finał długiego pierwszego aktu wbija w fotel, a oklaski wydają się tak bardzo nie na miejscu.

A potem zaczyna się akt drugi i znów pojawia się Mistrz Ceremonii – owszem, niemoralny i perwersyjny, ale jednocześnie fascynujący. Trudno nie ulec jego czarowi, z którego doskonale zdaje sobie sprawę. Kiedy już wie, że ma publiczność na każde skinienie, staje się coraz bardziej przerażający, nawet odrażający. A widownia? Nadal klaszcze…

Tysiące stron zapisano, by odpowiedzieć na pytanie, jak to się mogło stać. Jak cały naród mógł ulec zbiorowemu szaleństwu? Ano właśnie tak. Nie da się bardziej dosadnie ukazać psychologicznych sposobów manipulacji tłumem. Nagły przebłysk świadomości sprawia, że śmiech zamiera w gardle, a dłonie w połowie oklasków…

Twórcy przedstawienia z rozmachem portretują malowniczy berliński półświatek, a w kontraście do niego pozwalają wybrzmieć scenom kameralnym. To dzięki nim bohaterowie stają się widzom niezwykle bliscy. Pomiędzy starszą parą rozkwitnie niedługo nieśmiałe uczucie, ukazane prosto i bez zbędnej ckliwości. Sally i Cliff w rozbrajająco uroczy sposób będą próbowali znaleźć coś, co ich łączy – mimo że są tak bardzo niedobrani.

Fot. Artur Wacławek

Tu nie ma słabych ról, a materia libretta pozwala aktorom stworzyć nietuzinkowe postaci. Świetny Marek Chudziński jako Ernst Ludwig powoli ujawnia prawdziwą twarz swojego bohatera, kryjącą się za miłą powierzchownością i poczuciem humoru. Nawet kiedy już wszystkie karty są na stole, trudno mu odmówić swoistego sznytu i klasy. Miłosne podboje Fräulein Kost w interpretacji niezawodnej Anny Ratajczyk budzą powszechną wesołość. Ale wystarcza jedno jej zdanie, by świat się zatrzymał, a uśmiech zastygł jak grymas. Artur Święs to niezrównany Herr Schultz – dystyngowany i po staroświecku zabawny. A kiedy ten ufny mężczyzna z rosnącym zdumieniem i niezrozumieniem patrzy na to, co dzieje się wokół niego – możemy być tylko bezsilnymi świadkami.

Maria Meyer jako Fräulein Schneider subtelnie wygrywa dramat samotności swojej bohaterki. Na początku ostrożna, z prawie dziewczęcą nieśmiałością przyjmuje awanse Herr Schultza, nie wierząc, że dana jest jej ostatnia szansa na miłość. Tym boleśniejszy okazuje się powrót do rzeczywistości. Kiedy ze smutną rezygnacją mówi, że poradzi sobie i przetrwa jak zawsze, każdym nerwem czuje się jej cichą rozpacz. Elżbieta Okupska pokazuje tę postać mocniej zarysowaną, skupioną na codzienności. Podkreśla jej pewność siebie, jest charakterna i uparta, ale w obliczu uczucia ujawnia skrywaną łagodność. Obie niekwestionowane diwy chorzowskiej sceny są równie wiarygodne i przejmujące. Można na nie patrzeć i słuchać ich bez końca.  

Podwójna obsada roli Cliffa Bradshawa pozwala przyjrzeć się, jak aktorzy podejmują dialog z postacią, którą tworzą. Cliff Macieja Kulmacza jest cichszy, nieco melancholijny, ten Huberta Waljewskiego – bardziej śmiały, dynamiczny. Obaj ujmują dobrodusznością i odrobiną naiwności, przekonują wytrwałością. Kiedy deklarują: „Nigdy bym cię nie zostawił” – wierzy się im bez zastrzeżeń.

Fot. Artur Wacławek

Wioleta Malchar jest Sally Bowles doskonałą. Określenie, że rola została dla kogoś stworzona, to najczęściej pusty frazes, ale gdybym miała go świadomie użyć – to właśnie w tym przypadku. Sally jest irytująca, zabawna, przekorna i zadziorna. Pewna siebie i świadoma swoich atutów. Tylko czasem pozwala sobie na to, by w jej spojrzeniu pojawiło się pragnienie bycia kochaną, tylko czasem widać smutek i obawę, że nie sprosta oczekiwaniom. Kiedy śpiewa „Życie kabaretem jest”, w jej głosie jest wszystko, co za sobą zostawia; wszystko, co zniszczyła – celowo bądź nieświadomie. I wszystko, o czym marzy, a co już nie wróci. Siła tego wykonania, za każdym razem nagradzanego burzą oklasków, to poruszające zwieńczenie brawurowej kreacji artystki.

Mistrz Ceremonii spina w całość opowieść o Berlinie tuż przed wybuchem nazistowskiego obłędu. Jest jej bohaterem, łącznikiem między widownią a postaciami oraz kimś na kształt greckiego koryfeusza, który komentuje akcję. Rola to niewątpliwie dająca ogromne pole do popisu, ale też wymagająca, bo „ustawiająca” w dużej mierze odbiór przedstawienia; mogąca kogoś, kto jej nie uniesie, przytłoczyć. Kamil Franczak mierzy się z tym zadaniem swobodnie i z finezją. Tworzy postać przemyślaną, doszlifowaną technicznie, kompletną, nieodparcie charyzmatyczną i hipnotyzującą. Jest obsceniczny, drapieżny, uwodzi inteligencją i poczuciem humoru. A kiedy na chwilę przestaje kokietować i śpiewa „Idź lub zostań”, w jego interpretacji kryje się cały dramat świata, który właśnie runął. Takie kreacje aktorskie zostają w głowie na zawsze.

Fot. Artur Wacławek

Jacek Bończyk zrealizował widowisko doskonale oddające ducha epoki. Zachwyca bogactwo kostiumów wymyślonych przez Annę Chadaj. Są tu eleganckie garnitury oraz płaszcze, piękne sukienki i futra, fantazyjne nakrycia głowy, skąpe stroje kabaretowych tancerek i tancerzy. Osobny wpis (czy raczej pean pochwalny) można by poświęcić kreacjom Mistrza Ceremonii. Oszałamia żywiołowa i zróżnicowana choreografia Ingi Pilchowskiej, w której można znaleźć elementy kankana, charlestona, stepu i tańca na rurze. Sekwencja taneczna w „Money, money”  to mistrzowski popis kreatywności i precyzji. Przebojowa muzyka w wykonaniu teatralnej orkiestry oraz damskiego stage bandu przenosi natychmiast do czasów międzywojnia.

„Cabaret” to misternie skonstruowana, koncertowo zagrana opowieść ze sporą (naprawdę!) dawką humoru. Ale jest jeszcze coś, co ten bardzo dobry spektakl czyni znakomitym: fakt, że nie można się od niego uwolnić. Wychodzi poza teatralną rzeczywistość i zmusza do refleksji. Uwiera. Każe zadawać pytania. „Czy Ty nie rozumiesz, że jak nie jesteś przeciw temu wszystkiemu, to jesteś za?” – wykrzykuje Cliff. Zło nie jest demoniczne, ale zwyczajne i banalne. Wdziera się w codzienność ukradkiem, krok po kroku. Czeka, by wybuchnąć, zamienić sympatycznych sąsiadów, nocnych utracjuszy w oskarżycieli i oprawców.

Na ile małe ustępstwa lub zwykła obojętność przyczyniają się do jego zwycięstwa? Ile wolności jesteśmy w stanie oddać dla „świętego spokoju”? Te pytania są dotkliwie aktualne i rozbrzmiewają w głowie na długo po zakończeniu przedstawienia. Udowadniają, że problematyka ukazana w „Cabarecie” się nie przedawnia – niestety.

„Zostawcie troski w szatni, tu życie jest piękne” – wabi na początku Mistrz Ceremonii. Jednak to ułuda. Możemy powtarzać mechaniczne ruchy chocholego tańca, z którego nikt nas nie obudzi. Ale to już nie Republika Weimarska na początku lat 30. Rozejrzyj się wokół… „Gdy narasta zło – co byś zrobił”?

Co robisz?

„Cabaret”, Teatr Rozrywki, 23, 31 października 2021r.

Reżyseria: Jacek Bończyk
Choreografia: Inga Pilchowska

Kierownictwo muzyczne: Mateusz Walach
Kierownictwo wokalne: Ewa Zug
Scenografia: Grzegorz Policiński
Kostiumy: Anna Chadaj

Mistrz Ceremonii – Kamil Franczak
Sally Bowles – Wioleta Malchar
Clifford Bradshaw – Maciej Kulmacz/ Hubert Waljewski
Fräulein Schneider – Maria Meyer/ Elżbieta Okupska
Herr Schultz – Artur Święs
Ernst Ludwig – Marek Chudziński
Fräulein Kost – Anna Ratajczyk
Celnik – Jakub Wróblewski
Max – Kamil Drężek
Bobby – Dawid Pilszek/ Maciej Kulmacz
Victor – Piotr Brodziński
Dwie damy – Katarzyna Hołub, Anna Surma
Taksówkarz – Robert Talarczyk
Gorylka – Zuzanna Marszał

Girlsy – Barbara Ducka, Katarzyna Hołub, Paulina Magaj-Szpak, Joanna Możdżan, Anna Surma, Magdalena Wojtacha
Chór kelnerów – Jakub Wróblewski, Michał Gucma, Dominik Koralewski, Rafał Talarczyk, Przemysław Witkowicz, Tomasz Wojtan
Bywalcy kabaretu Kit Kat – Natalia Gajewska, Izabella Malik, Ewa Niemotko, Ewa Grysko, Marta Tadla, Rafał Gajewski, Bartłomiej Kuciel/ Mirosław Książek

oraz zespół baletowy, stage band (gościnnie), orkiestra Teatru Rozrywki

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania „Gdy narasta zło, co byś zrobił?” – „Cabaret” w Teatrze Rozrywki została wyłączona

Tarte à la carte! „Waitress” w Teatrze Muzycznym ROMA

Czy komuś się to podoba, czy nie, Teatr Muzyczny ROMA traktowany jest w naszym kraju jako wizytówka musicalu. Na scenie przy Nowogrodzkiej w ciągu ponad dwudziestu lat pojawiły się najbardziej znaczące tytuły z klasyki gatunku, a wiele inscenizacji przeszło do legendy. Obrotowa scena w „Nędznikach”, padający deszcz w „Deszczowej piosence” – kolejne przedstawienia zachwycały pomysłami, olśniewały scenografią i kostiumami. Nic więc dziwnego, że teatr pod kierownictwem Wojciecha Kępczyńskiego wyrobił sobie opinię najbardziej widowiskowego.

Jeśli ktoś nie jest zagorzałem fanem musicali, a będzie chciał zobaczyć taki spektakl, często zdecyduje się właśnie na ROMĘ – ze względu na wspomnianą spektakularność. Bo przecież skoro musical, musi być efektownie. Jednak wśród wielbicieli gatunku pojawiały się w ostatnich latach głosy, że w kolejnych produkcjach nadużywa się ekranów ledowych, a technologia bliska kinowej wypiera teatralnego ducha.

Czy spektakl „Waitress”, który po perypetiach wynikających z sytuacji pandemicznej ostatecznie miał polską premierę 30 maja 2021 roku, jest w stanie spełnić oczekiwania różnych grup odbiorców? Co kryje się za drzwiami knajpki „U Joego” (z trudem przechodzi mi przez klawiaturę neologizm „tartownia”)?

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Przedstawienie jest adaptacją amerykańskiej komedii z 2007 roku pod tym samym tytułem, napisanej i wyreżyserowanej przez Adrienne Shelly (ten filmowy rodowód będzie miał swoje konsekwencje, o czym nieco później). Dzięki „Waitress” gwiazda wokalistki, kompozytorki i pianistki Sary Bareilles zajaśniała wyjątkowo mocno na musicalowym firmamencie. Artystka stworzyła muzykę i teksty piosenek do libretta Jessie Nelson, a później także zagrała w spektaklu główną rolę – chociaż nie w premierowej obsadzie. Warszawska wersja została zrealizowana pięć lat po broadwayowskiej, co, jak podkreślają jej twórcy, jest rekordowym czasem, jeśli chodzi o pojawienie się kasowego musicalu na rodzimej scenie.

W opowieści splatają się losy trzech pracujących „U Joego” kelnerek. Jenna, specjalistka od wymyślania i pieczenia uwielbianych przez klientów knajpki tart o poetyckich nazwach, na co dzień bierna i przygaszona, lekceważona przez męża, tkwi w przemocowym związku i ledwie wiąże koniec z końcem. Nieplanowana ciąża zdaje się dalszym ciągiem jej kłopotów, chociaż nieoczekiwanie okazuje się też początkiem namiętnego romansu… z ginekologiem. Pozbawiona perspektyw, ale odrywająca od trudnej rzeczywistości relacja jest swego rodzaju katalizatorem zmian. Jenna dostrzega, że nie musi tkwić w schemacie, w którym powtarza życie swojej matki, dręczonej przez ojca. Na horyzoncie, jak prezent od losu, pojawia się konkurs pieczenia tart, a wszyscy wokół powtarzają, że powinna wziąć w nim udział.

Agnieszka Przekupień to wymarzona Jenna. Przejmująco prawdziwie pokazuje pozbawioną fajerwerków codzienną egzystencję swojej bohaterki, która na początku nie widzi szansy na jakikolwiek przełom. Przekonująco, bez cukierkowej słodyczy oddaje dojrzewanie Jenny do bycia matką. Niezwykłe wrażenie robi, gdy pozostaje na scenie sama. Mimo dużej przestrzeni wokół potrafi swoją kameralną grą stworzyć nastrój intymności i niezwykłej bliskości z pojedynczym widzem. „Miałam jej twarz”, najpiękniejszy song spektaklu, to w jej wykonaniu konglomerat ogromnych emocji, których nie sposób nie poczuć: bólu, rozpaczy i rozczarowania.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Druga z kelnerek, Becky, o swoim niełatwym życiu mówi z dużą dozą autoironii. Jest bezpośrednia, nawet krzykliwa, a jej przebojowość świetnie podkreśla charakteryzacja prowincjonalnej ślicznotki. Ma dobre serce i nie skarży się na swój los. Kiedy ten podsuwa jej możliwość chwilowej odmiany i zaznania odrobiny namiętności, skwapliwie z tego korzysta. Bo życie doświadczyło ją na tyle, że nie ma zamiaru za nic przepraszać.

Sylwia Różycka, dla której rola w „Waitress” to debiut na scenie ROMY, jest objawieniem. Konkretna, mocną kreską rysowana postać Becky nie jest karykaturalna, aktorka potrafi ją ocieplić drobnym gestem, uśmiechem czy spojrzeniem. Zachowania bohaterki wywołują salwy śmiechu, ale mimochodem także wzruszają (jak wtedy, kiedy opowiada, dlaczego nie zostawi męża). Artystka zachwyca wokalnie, a „Jakoś tak wyszło” uderza imponującą siłą głosu i odważną interpretacją.

Dawn, trzecia kelnerka, nieco zdziwaczała wielbicielka History Channel i historycznych rekonstrukcji, gorączkowo poszukuje tego jedynego. Za namową koleżanek postanawia założyć profil na portalu społecznościowym. Tak Lasencja poznaje Spoxa – mieszkającego wciąż z mamusią, rymującego przy każdej okazji wielbiciela amerykańskiej konstytucji… i historii, któremu udało się nawet zagrać na scenie Hamiltona. Co prawda nie w tej inscenizacji, którą mieliście na myśli, ale czy to ważne? Istotne, że tych dwoje pasuje do siebie jak gwiazdy i pasy na amerykańskim sztandarze.

W tym momencie warto wrócić do filmowej genezy musicalu, bo implikuje ona takie, a nie inne przedstawienie postaci. Wątek Spoxa i Dawn jest po amerykańsku „rozkrzyczany”, a jego bohaterowie przejaskrawieni do granic, jak w sitcomach. Za pierwszym razem ich historia bawi zaskakującymi żartami sytuacyjnymi i dialogami, ale oglądana po raz kolejny – już dużo mniej. Nie upatruję w tym winy aktorów. W taki sposób została skonstruowana. Jednak zestawienie jej z dramatycznymi obrazami przemocy domowej powoduje dysonans odbiorczy.

Wspomnianego wyżej Spoxa, gdyby nie był bohaterem wątku komediowego, można by określić mianem stalkera, ale innym mężczyznom w „Waitress” również daleko do bycia książętami z bajki. Earl jest archetypicznym przykładem męża przemocowca. To prostacki, arogancki, przekonany o własnej wyjątkowości egoista i manipulant, stosujący wobec żony emocjonalny szantaż. Żaden szef nie dorasta mu do pięt, żadna praca nie jest odpowiednia, za to bez skrupułów zabiera Jennie z trudem zarobione pieniądze. Janusz Kruciński portretuje Earla bez cienia taryfy ulgowej. To nie atrakcyjny bad boy (a przecież aktor miałby po temu warunki), ale całkowicie odpychająca kreatura.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Komediowo poprowadzone relacje między Jenną a doktorem Pomatterem są zabawne, ale bardziej wyważone w proporcjach niż wątek Dawn i Spoxa, dlatego ogląda się je bez poczucia rozdźwięku w głowie (pod warunkiem, że zapomni się o leżącej u podstaw związku małżeńskiej zdradzie, nad którą to kwestią fabuła musicalu bez zająknięcia się prześlizguje). Janek Traczyk jako Jim Pomatter tym razem ma okazję zaprezentować komediowe emploi – odmienne od wcześniejszego, dramatyczno-lirycznego, ale równie jak tamto przekonujące. Jest w nim lekkość, swoboda i sporo zabawy rolą. Warto oglądać go z bliska, wtedy doskonale widać mimikę i drobne gesty, z których aktor tworzy postać.

Najbardziej wyjątkowym mężczyzną okazuje się zgryźliwy starszy pan, właściciel knajpki, maruda i malkontent, za to zaskakująco spostrzegawczy i niespodziewanie wielkoduszny. W Joem granym przez Wojciecha Machnickiego można się zakochać. Co za klasa i styl! Jest ujmujący, kiedy tańczy z Jenną i śpiewa „Z doświadczenia to wiem”, a scena z jego udziałem pod koniec spektaklu należy niewątpliwie do tych najbardziej wzruszających.

Przy okazji premiery „Waitress” pojawiały się wypowiedzi twórców, że to spektakl o sile kobiet, wręcz feministyczny. I owszem, pokazuje kobiety biorące sprawy w swoje ręce, bo nie mają innego wyjścia. Ale rozwiązania fabularne, zgodnie z którymi odnajdują one szczęście albo u boku mężczyzny, albo w macierzyństwie, wpisują się w utrwalony patriarchalny model i nie mają w sobie nic wywrotowego. Opowieść ani na chwilę nie wychodzi poza ramy typowego amerykańskiego scenariusza. Oferuje wspaniałe zbiegi okoliczności i cudowne wyjścia z sytuacji. Czy to źle? Wszyscy czasem potrzebujemy pokrzepiających happy endów, nawet jeśli wiemy, że w życiu zdarzają się rzadziej niż byśmy chcieli.

„Waitress” zachwyca profesjonalizmem, do którego ROMA swoich widzów przyzwyczaiła, ale może nie zadowolić tych, którzy będą oczekiwać spektakularności i blichtru. W oryginale spektakl pozbawiony jest elementów tanecznych – tu je dodano (można się zastanawiać, czy we wszystkich scenach było to uzasadnione), jednakże daleko im do porywających grupowych układów znanych z innych przedstawień. Nie ma olśniewających kostiumów (trudno, by zwyczajne kelnerki ubierały się w oszałamiające kreacje). Za to przeciwnicy używania ledowych ekranów powinni być zadowoleni, bo tutaj z nich zrezygnowano, a tradycyjna scenografia została funkcjonalnie i pomysłowo wykorzystana. Spektakl nie zawodzi, jeśli chodzi o bardzo dobre aktorstwo, a artyści zachwycają nawet w niewielkich rolach (nie wspomniałam wcześniej o wspaniałej Normie Izabeli Bujniewicz).

Na tle niektórych współczesnych musicali, niestroniących od ukazywania w pogłębiony sposób trudnych kwestii, takich jak choroba psychiczna czy samobójstwo, „Waitress” pozostaje głównie rozrywką. Dobrej jakości, sprawnie zrealizowaną, świetnie zagraną; owszem, dotykającą skomplikowanych ludzkich relacji i problemów, ale w podsuwanych rozwiązaniach niewychodzącą poza schemat słodko-gorzką opowieścią ku pokrzepieniu serc. I jako taką z pewnością warto ją zobaczyć.  

„Waitress”, Teatr Muzyczny ROMA, 9 pażdziernika 2021r.

Reżyseria: Wojciech Kępczyński

Jenna – Agnieszka Przekupień
Becky – Sylwia Różycka
Dawn – Ewa Kłosowicz-Bociąga
Doktor Pomatter – Janek Traczyk
Cal – Krzysztof Cybiński
Spox – Wiktor Korzeniowski
Joe – Wojciech Machnicki
Earl – Janusz Kruciński
Norma – Izabela Bujniewicz
Francine Pomatter – Patrycja Mizerska
Ksiądz – Krzysztof Bartłomiejczyk
Lulu – Zuzanna Bącal

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Baśniowa mądrość i czary teatru – „Pinokio. Il Grande Musical”

Dla dzieci trzeba tworzyć tak samo jak dla dorosłych – tylko lepiej; niewątpliwie wzięli to sobie do serca twórcy „Pinokio. Il Grande Musical”, którego polska prapremiera odbyła się 22 września w Teatrze Rozrywki. Spektakl ma wszystko, by skupić uwagę i zachwycić młodszych widzów. Ale od razu warto zaznaczyć, że nie tylko ich. Wraz z nim wraca na chorzowską scenę Magdalena Piekorz, której nikomu, kto mieni się wielbicielem teatru czy filmu, nie trzeba przedstawiać. Dwanaście lat wcześniej wyreżyserowała tu świetnie przyjętego „Olivera!”. Co prawda sama podkreśla, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, a jej najnowsza realizacja to już inna opowieść na inne czasy. Ale niezmienne pozostają pasja, skupienie na procesie twórczym oraz wyczulone na detal spojrzenie.

Napisana w II połowie XIX wieku powieść Carlo Collodiego (wł. Carlo Lorenziniego) zajmuje poczesne miejsce w panteonie włoskiego pisarstwa, a jej tytułowy bohater to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci literatury dziecięcej. Przyznaję – nie była to nigdy moja ulubiona książka. Z dzieciństwa zapamiętałam przerażających Kota i Lisa w zbójeckim odzieniu, wieszanie pajaca na drzewie, kolejne śmierci baśniowych bohaterów. Przygnębiająca, właściwie pozbawiona radośniejszych fragmentów fabuła, nie zachęcała do powtórki. Kiedy po latach, z obowiązku, wróciłam do lektury, jej nachalne moralizatorstwo okazało się dla mnie trudne do zniesienia.

Mieszkańcy Italii mają jednak do swojej drewnianej marionetki wyraźną słabość, bo gdy postanowiono wystawić pierwszy oryginalny musical włoski, wybór padł właśnie na adaptację powieści Collodiego. W wersji scenicznej przygotowanej przez Compagnia della Rancia nastąpiło jednak znaczące przesunięcie akcentów. Opowiadana historia stała się mniej mroczna i przesycona dydaktyzmem, a bardziej ludzka.

Fot. Artur Wacławek

Akcja musicalu przenosi widzów do niewielkiego miasteczka. Wśród gwarnego tłumu mieszkańców poznajemy Gepetta; już nie „rumianego staruszka”, jak w powieści, ale dojrzałego, pragnącego miłości mężczyznę, który ma trudności z ujawnieniem swoich uczuć i wykonaniem decydującego kroku wobec zakochanej i wiernie przy nim trwającej Angeli. Pewnego dnia w jego ręce trafia zaczarowany kawałek drewna, z którego rzeźbi pajacyka. Ożywiona zabawka na zawsze odmieni jego życie. Dzięki niej Gepetto nauczy się, jak okazywać uczucia, otaczać kogoś opieką i troską. Odnajdzie w Pinokiu syna, a kiedy ten zniknie, będzie go wytrwale poszukiwał, nie szczędząc czasu i narażając się na wielkie niebezpieczeństwa.

W rolę Gepetta wciela się Dariusz Niebudek – aktor, którego nazwisko jest gwarantem najwyższego poziomu sztuki scenicznej i który nie zawodzi także tym razem. Prowadzi swoją postać precyzyjnie, pokazując udawaną obojętność Gepetta, jego niepewność, potem troskliwość, a także rosnącą świadomość, że bycie rodzicem jest czasem niezmiernie trudne i rani. Jeden z najbardziej wzruszających momentów spektaklu to ten, w którym do bohatera dociera, że dziecku należy pozwolić wyfrunąć z gniazda, by mogło iść swoją drogą i popełniać własne błędy. Na tym polega miłość. Utwór „Dzieci” poruszy serce niejednego widza.

Jako Angela towarzyszy Niebudkowi Katarzyna Hołub. To ona otwiera Gepettowi oczy na to, że nie powinien budować wokół siebie muru. Pięknie łączy ciepło i delikatność ze stanowczością. Głos aktorki doskonale współbrzmi z głosem Dariusza Niebudka, a ich liryczne duety są niezwykle poruszające.

Tytułowy Pinokio, najpierw irytująco naiwny i krnąbrny, złośliwy, łatwo ulegający podszeptom (rzec by można, że o zaskakująco miękkim, jak na drewnianą lalkę, kręgosłupie), z czasem dostrzega swoje błędy. Aby się zmienić i stać prawdziwym chłopcem, przejdzie niełatwą, pełną cierpienia i strachu drogę. Zrozumie, że można „iść, gdzie się chce”, ale dokonywanie samodzielnych wyborów pociąga za sobą konsekwencje, od których nie da się uciec.

Poza oczywistym wątkiem przemiany wyraźnie zaakcentowany jest w tej realizacji motyw wolności, a jedną z najbardziej znaczących scen – uwolnienie marionetek ze sznurków („Bez nitek”).

Fot. Artur Wacławek

Postać Pinokia jest wymagająca pod każdym względem – aktorsko, wokalnie i tanecznie, a ciężar spektaklu spoczywa w dużej mierze na niemal nieschodzącym ze sceny wykonawcy tytułowej roli. Hubert Waljewski, który w ciągu kilku ostatnich lat dał się poznać w różnych wcieleniach, zarówno w spektaklach dla dzieci, jak i dla dorosłej publiczności, jest Pinokiem doskonałym. Jak sam przyznaje, przesunięcie premiery (pierwotnie miała być w czerwcu) pozwoliło mu lepiej „osadzić się” w roli. Za jego grą, śpiewem, sposobem wypowiadania kwestii, poruszania się stoją z pewnością godziny mrówczej pracy, ale efekt jest znakomity, robi wrażenie całkowicie naturalnego i niewymuszonego. To naprawdę trzeba zobaczyć – na dwie i pół godziny aktor po prostu przeobraża się w marionetkę (w innych warunkach jakiekolwiek nawiązanie do „drewnianości” nie byłoby pewnie dobrze przyjęte, ale w tym przypadku wyraża jedynie najwyższe uznanie).

Musical pozwala aktorom Teatru Rozrywki zabłysnąć w skondensowanych czasowo, ale wyrazistych kreacjach (warto nadmienić, że w wielu rolach będzie można zobaczyć dwie obsady). Po włosku ekspresywny duet Marty Tadli i Rafała Talarczyka jako matki i syna wprowadza elementy humorystyczne, w powieści właściwie nieobecne. Aleksandra Dyjas (Lis) i Piotr Brodziński (Kot) tworzą intrygującą i zabawną (tak!) parę arcyprzecherów. Karolina Sypniewska grająca Błękitną Wróżkę zachwyca głosem i ulotnym czarem. Uwagę skupia Tomasz Wojtan jako odrzucony przez Pinokia, samotny Świerszcz, sumienie pajacyka. Zapamiętuje się Puszczyka Izabeli Malik, Wronę Anny Ratajczyk, Ogniojada Dominika Koralewskiego czy przerażającego właściciela cyrku (Kamil Drężek).

To niewątpliwie przygotowany z największym rozmachem spektakl, który zdarzyło mi się ostatnio oglądać. Nie da się przecenić roli muzyki na żywo w takim przedstawieniu, a orkiestra Teatru Rozrywki po raz kolejny udowadnia swoją klasę. Wiele piosenek ma w oryginale nieco eurowizyjny sznyt i brzmią, jakby były skomponowane dla Ala Bano i Rominy Power, ale pojawiają się też rytmy bardziej rockandrollowe czy latynoskie. Wszystkie utwory w aranżacjach Remigiusza Bonka nabierają prawdziwie musicalowego klimatu, a słuchanie piosenek w wykonaniu artystów Rozrywki to prawdziwa uczta. Atutem są też ich zgrabne tłumaczenia (co ciekawe – autorstwa dyrektorki teatru, Aleksandry Gajewskiej).

„Pinokio. Il Grande Musical” jest absolutnie zjawiskowy od strony wizualnej. W pełni wykorzystano możliwości obrotowej sceny, dzięki której widz płynnie przenosi się z jednego miejsca akcji do kolejnego. Pieczołowicie przygotowana tradycyjna scenografia i dekoracje pozwalają poczuć klimat gwarnego włoskiego miasteczka, wejść do mieszkania Gepetta, Błękitnej Wróżki czy do Krainy Zabawek. Wiele fragmentów jest poprowadzonych wręcz filmowo (co nie dziwi przy doświadczeniu reżyserki), na kilku planach, na których cały czas coś się dzieje.

Fot. Artur Wacławek

Od choreografii stworzonej przez Jakuba Lewandowskiego nie można oderwać wzroku. Widowiskowe sceny zbiorowe – ta w Krainie Zabawek, przed lustrami czy na dnie morza – zapierają dech w piersiach. Mistrzowski taniec marionetek – bohaterów włoskiej commedii dell’arte – na nitkach („Mamma Mia”, „Bez nitek”) łączy dynamizm i precyzję wykonania. Nie bez powodu wszystkie zbierają zasłużone owacje.

Wisienką na torcie są kostiumy autorstwa Lidii Kanclerz. „Pinokio” nie jest osadzony w żadnej konkretnej epoce, więc kostiumografka mogła puścić wodze fantazji. Można w nich odnaleźć inspirację naturą, latami 40., jednak najważniejsza jest ich baśniowość. Stroje biją na głowę te z oryginalnej produkcji. Połączone z fantastycznymi charakteryzacjami, robią wrażenie w scenach zbiorowych, ale też olśniewają poszczególnymi elementami i detalami. Trudno nie zachwycać się kostiumami nocnych ptaków, Błękitnej Wróżki, Świerszcza, Kota czy Lisa. Osobne brawa należą się za strój tytułowego bohatera, „drugą skórę” z odwzorowaniem drewnianych słojów (długo byłam przekonana, że to charakteryzacja). Dla siebie ukradłabym spodnie, które nosi w przedstawieniu Paulina Magaj-Szpak (oczywiście trzeba by je było sporo skrócić ;)).

Fot. Artur Wacławek

„Pinokio. Il Grande Musical” to uczta dla zmysłów, której poszczególne elementy tworzą harmonijną całość. Reżyserka, konstruując baśniowy świat, wydobyła z niego to, co najbardziej ponadczasowe i poruszające. W jej interpretacji „Pinokio” staje się z jednej strony opowieścią o dorastaniu, przekraczaniu granic, wolności, z drugiej – o rodzicielstwie i przemianie. Umiejętne przeplatanie nitek (nomen omen) teatralnej materii czyni z chorzowskiego przedstawienia niezwykłą historię z uniwersalnym przesłaniem, którą zachwycą się młodsi, a w której ci nieco starsi odnajdą sceniczną prawdę oraz mądrość w efektownym opakowaniu.

PS Słowa uznania należą się Teatrowi Rozrywki za to, że po raz kolejny zdecydował się na współpracę z Akademią Sztuk Pięknych w Katowicach, wybierając plakat do spektaklu spośród prac semestralnych wykonanych w Pracowni Wizerunku, Promocji i Identyfikacji w Katedrze Projektowania Graficznego na Wydziale Projektowym tej uczelni. Autorem wybranego projektu jest Michał Goliszewski. Inne prace można zobaczyć w teatralnym foyer. Warto!

„Pinokio. Il Grande Musical”, Teatr Rozrywki, 22 września 2021r. (prapremiera)

Reżyseria: Magdalena Piekorz
Choreografia: Jakub Lewandowski
Kierownictwo muzyczne: Mateusz Walach
Kierownictwo wokalne: Ewa Zug
Scenografia: Dagmara Walkowicz-Goleśny, Dominika Żłobińska
Kostiumy: Lidia Kanclerz

Pinokio – Hubert Waljewski
Gepetto – Dariusz Niebudek
Angela – Katarzyna Hołub
Lucignolo – Rafał Talarczyk

Matka Lucignola – Marta Tadla
Świerszcz – Tomasz Wojtan
Błękitna Wróżka – Karolina Sypniewska
Kot – Piot Brodziński
Lis – Aleksandra Dyjas
Ogniojad – Dominik Koralewski
Arlekin – Jakub Wróblewski
Pantalone – Maciej Kulmacz
Colombina – Karolina Sypniewska
Clarise – Beata Wojtan
Narrator – Piotr Brodziński
Herold – Paweł Stefan
Policjant – Mirosław Książek
Dyrektor Szkoły, Dyrektor Cyrku – Kamil Drężek
Sprzedawca arbuzów – Bartłomiej Kuciel
Puszczyk – Izabella Malik
Sowa – Beata Wojtan
Wrona – Anna Ratajczyk
Nietoperz, Kupiec – Maciej Kulmacz
Mały Pinokio – Patryk Dyjas

oraz zespół aktorski, wokalny, baletowy, orkiestra Teatru Rozrywki


Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , | 2 komentarze