„Notre Dame de Paris” – cud, który zdarzył się w Gdyni

Pewnego dnia, kilkanaście lat temu, nie pamiętam już, w jakich okolicznościach, usłyszałam „Belle” – utwór po francusku, w języku, w którym każda piosenka brzmi lepiej. Był absolutnie urzekający – trzy piękne męskie głosy, z których wtedy kojarzyłam jedynie Garou. Znalazłam informację, że to utwór z musicalu „Notre Dame de Paris”, opartym na XIX-wiecznej powieści Victora Hugo. Jakiś czas później usłyszałam „Le Temps de Cathedrales”, który okazał się jeszcze piękniejszy. Potem m.in. „”Sans Papieres” i „Condamnes”. Powoli poznawałam coraz więcej fragmentów spektaklu. Do kilkunastu wybranych wracałam przez lata. Powiedziałam sobie, że jeśli kiedykolwiek w Polsce ktokolwiek zrobi ten musical – pojadę.

Jakiś czas później – minęły dwa, może trzy lata – przeczytałam wiadomość, że Teatr Muzyczny w Gdyni ma licencję na „Notre Dame de Paris”. Słowo się rzekło – kupiliśmy z mężem bilety na 5 listopada 2016 roku. To był moment przełomowy…

Jechałam na spektakl z duszą na ramieniu. Przez lata w pamięć i serce wrosły głosy Lucka Mervila, Garou, Helene Segary, Patricka Fiori, a przede wszystkim – Daniela Lavoie i Bruna Pelletiera. Z jednej strony nie mogłam się doczekać, z drugiej – zastanawiałam się, jak zabrzmią te utwory po polsku, w innym wykonaniu.

Pamiętam moment, kiedy widownia pogrążyła się w ciemnościach i zabrzmiała uwertura. Miałam ściśnięty z emocji żołądek… Właśnie spełniało się moje marzenie.

Potem scenę zalało niebieskawe światło. Historia ta z katedrą w tle w Paryżu wydarzyła się… Nieznany mi wokalista zaczął snuć opowieść o ludziach, którzy budowali katedry i próbowali sięgnąć nieba, a ja już wiedziałam, że pochłonie mnie ona całkowicie. Jaki on miał GŁOS! Potem na scenie pojawili się „obcy”, wyjęci spod prawa, z Clopinem na czele. Monumentalna, a jednocześnie minimalistyczna scenografia stała się tłem doskonałych popisów choreograficznych i akrobatycznych. Chociaż „popisów” to niedobre słowo, bo zakłada rywalizację. W „Notre Dame de Paris” tancerze i akrobaci stanowili jeden organizm, działający wspólnie i fantastycznie zgrany. Chwilę później piękna Esmeralda uwiodła publiczność swym śpiewem i tańcem… Pierwszy akt mijał nieubłaganie, a ja już wiedziałam, że warto było jechać te kilkaset kilometrów.  

Drugi akt rozpoczął się od „Florencji” – pamiętam, że słuchałam porażająco pięknego duetu oniemiała. Niedługo potem trzy Marie na scenie ożyły pod dotykiem Quasimoda… Mimo że francuską wersję znałam od tylu lat, poza nielicznymi fragmentami nie widziałam jej nigdy z obrazem. To, co w tej scenie robili artyści, przechodziło pojęcie. Pamiętam poruszające zakończenie – Esmeraldę w ramionach Quasimodo, jego rozpaczliwą prośbę „Tańcz, ma Esmeraldo”, która nigdy już nie miała być spełniona. I bisy… Wtedy już zastanawiałam się, jak wrócić na spektakl. Wiedziałam, że nie może się skończyć na tym jednym razie.

Udało mi się przenieść w „czasy katedr” jeszcze pięciokrotnie. Zawsze było to niezwykłe przeżycie. Maja Gadzińska, Michał Grobelny, Artur Guza, Maciej Podgórzak, Jan Traczyk, Krzysztof Wojciechowski, a potem Ewa Kłosowicz, Janusz Kruciński, Kaja Mianowana, Piotr Płuska, Łukasz Zagrobelny – zmierzyli się z francuską legendą – i wygrali.

„Notre Dame de Paris” z Gdyni pozostanie dla mnie spektaklem wyjątkowym.

Za pierwszym razem, w antrakcie szybko znalazłam się w foyer, by na ekranie sprawdzić jeszcze raz obsadę i dowiedzieć się, kto mnie tak zachwycił jako poeta. Nazwisko nic mi nie mówiło. Kilka godzin później, w nocy, przeglądając zasoby Internetu, odkrywałam po raz pierwszy Jana Traczyka – kompozytora, wokalistę, aktora, którego głos i wrażliwość artystyczna okazały się niezwykle mi bliskie. Tak pozostało do teraz.  

Dzięki „Notre Dame…” odkryłam, że skoro ulubionego musicalu nie ma w okolicy – trzeba poszukać dalej. A skoro można do Gdyni, to można i do Warszawy, do Białegostoku… Bo dlaczego nie?

Odkryłam, że polskie teatry muzyczne kryją prawdziwe skarby – utalentowanych wokalistów, aktorów, tancerzy, zasługujących na najwyższe uznanie.

Trzy lata minęły zbyt szybko. Jutro, 3 listopada, ostatni raz w Gdyni katedry będą się piąć po nieba kresy, ostatni raz rozkołyszą się trzy Marie. Świat będzie kręcił się dalej – ale czegoś zabraknie.

Czas pożegnać się… Dziękuję.

Ten wpis został opublikowany w kategorii MUSICALE. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.