Ostatecznie – rodzina to rodzina

Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Z rodziną Addamsów – z pewnością! Pod warunkiem jednak, że dorównuje się jej oryginalnością. W przeciwnym razie wypada się bardziej blado niż posągowa małżonka głowy rodu.

A co, jeśli się pragnie stać częścią tego rodzinnego zdjęcia?

Addamsowie zajmują ogromną, aczkolwiek nierzucającą się w oczy przypadkowym przechodniom  posiadłość w sercu Central Parku. Tam też pewnego dnia uroczy młodzieniec, Lucas, poznaje Wednesday – wyraźnie zafascynowaną klimatami gotyckimi panienkę, strzelającą z kuszy do gołębi. Zamiast czmychać czym prędzej, pozwala, by młoda dama trafiła go prosto w serce (na szczęście niedosłownie). A że młodzian zamiary ma uczciwe, wkrótce zostaje zorganizowane spotkanie rodziców dwojga zakochanych. Zarówno ona, jak i on pragną zostać zaakceptowani przez rodzinę tego drugiego. Spotkanie tzw. „normalnej” amerykańskiej rodziny z galerią dziwadeł mieszkających pod dachem Addamsów zapowiada się na wyjątkowo spektakularną katastrofę… Czy tak rzeczywiście będzie?

Odpowiedź na to można znaleźć w brawurowej inscenizacji „Rodziny Addamsów” przygotowanej przez warszawski Teatr „Syrena” i Teatr Muzyczny w Poznaniu.

Polska prapremiera musicalu miała miejsce w 2015 roku w Gliwickim Teatrze Muzycznym. Koprodukcja warszawsko-poznańska, zaprezentowana publiczności po raz pierwszy w roku 2018, została zrealizowana przez tych samych twórców, a niektóre role zagrali ci sami aktorzy. I to jak zagrali!

Głowa niezwykłej familii, Gomez Addams, to gorącokrwisty latino lover, wielbiciel broni białej, cygar, tanga i swojej żony, który jednocześnie niczego nie potrafi odmówić córce. Jego postawa sprawi, że szczęście i spokój rodziny zawisną na włosku – lub raczej na pajęczej nici. Tomasz Steciuk prowadzi swojego bohatera po mistrzowsku, jednocześnie bez wysiłku i jakby od niechcenia. Gomez jest kochającym tatkiem, stanowczą głową rodu, zakochanym pantoflarzem, pełnym namiętności mężem – i nawet, kiedy Jest źle, nie traci nadziei – ani uroku.

Marta Wiejak, podobnie jak Anjelica Huston w wersji filmowej, urodziła się by zagrać Morticię. Z pozoru zimna jak lód, niebezpiecznie seksowna, wygląda jak ideał kobiety fatalnej z kina noir. Zawsze w czerni (przecież inne kolory są dla pospólstwa!), na szpilkach i z przepastnym dekoltem, każdego dnia na nowo oplata Gomeza swoim czarem. Jest niewątpliwą królową mrocznego domostwa.

Po piętach depcze jej dorastająca córka, Wednesday; widać, że jeśli chodzi o kwestię manipulacji męskim rodem, uczyła się od mistrzyni; nie waha się użyć tej broni zarówno wobec ojca, jak i ukochanego. Stanowcza i zdecydowana, umie stawiać na swoim, ale kiedy trzeba, potrafi też pójść na kompromis. Anastazja Simińska gra pannę Addams z ogromnym wdziękiem i wyczuciem, a jej wykonanie W całkiem nową stronę jest jednym z najmocniejszych punktów spektaklu.

Jakub Strach w roli Pugsleya, młodszej latorośli Gomeza i Morticii, nie daje się przyćmić dorosłym aktorom i ma swój moment chwały w przyjętym z zachwytem przez publiczność utworze Chyba już.

Nigdy nie byłam wielbicielką wujka Festera. Przyznaję jednak, że zestawienie nieco przerażającej i odrażającej powierzchowności wujaszka oraz jego zapędów do bycia orędownikiem zakochanych i swatką, jest urocze. Liczyłam, że zobaczę w tej roli Damiana Aleksandra. Zagrał Marcin Słabowski i zrobił to bez zarzutu. Galerii osobliwości dopełnili: babcia (pytanie tylko – czy prawdziwa?), producentka mikstur na różne okazje i okoliczności, o powierzchowności szalonej czarownicy (Beata Jankowska-Tzimas) oraz Lurch, kamerdyner wyglądający i zachowujący się jak kuzyn Istoty stworzonej przez doktora Frankensteina (Bartłomiej Wiater).

Zagranie „normalsa” w zderzeniu z Addamsową ferajną było podwójnie trudnym zadaniem. Dlatego tym większe brawa dla aktorów. Może najmniej zapadający w pamięć jest Malcolm w wykonaniu Alberta Osika – ale wydaje się, że to bardziej kwestia bohatera niż aktora. Mal to osobnik dość zwyczajny i zachowawczy; skupia na sobie uwagę głównie w scenie, kiedy wraca do czasów młodości i zaczyna mieć „większego świra” – i być może właśnie tak miało być. Z kolei zachwycająco nieporadny, niepewny siebie i słodki jest Lucas w interpretacji Macieja Pawlaka. W chwili próby okazuje się jednak, że jest w stanie umrzeć z miłości, i to całkiem dosłownie – więc czy trzeba czegoś więcej? Duet Wednesday i Lucasa w utworze Większego świra mam to majstersztyk wokalno-aktorski.

Największym odkryciem tego spektaklu jest Jolanta Litwin-Sarzyńska jako Alice. Zagrać sfrustrowaną. neurotyczną panią domu, która głęboko skrywa dawne marzenia i dzikie namiętności, zagrać tak, by wydobyć wszystkie nuty tragiczne i komiczne, a jednocześnie nie ośmieszyć swojej bohaterki – to mistrzostwo. Ta sztuka udaje się aktorce, która dodatkowo prezentuje niezwykły kunszt wokalny w utworze Czekanie.

Nie można nie wspomnieć o przodkach – tych żywych, tych martwych i tych niezdecydowanych –  pozostawionych na ziemi przez wujka Festera do pomocy w rozwiązaniu miłosnych zawiłości. Utalentowana tanecznie grupa ożywionych trupów stanowi całość, ale też jej poszczególni członkowie pięknie się wyróżniają – jak przodek w szkockim stroju, konkwistador, biskup i oczywiście ciotka Herman. Zasługa w tym także wyjątkowych, dopracowanych kostiumów oraz charakteryzacji autorstwa Ilony Binarsch. Wrażenie robi scenografia Grzegorza Policińskiego, wykorzystane do maksimum różne plany, nieprzytłoczone na szczęście przez projekcje video będące jej dopełnieniem.

W przekładzie dokonanym przez Jacka Mikołajczyka, dyrektora „Syreny” i jednocześnie reżysera musicalu, tekst zachowuje wartkość i rytm, a odwołania do istniejących w masowej wyobraźni i pamięci skojarzeń (jak np. Hanka Mostowiak i kartony) budzą salwy śmiechu publiczności.

W tej historii mnóstwo jest przewrotności. Pierwsze skrzypce grają kobiety; dominują nad mężczyznami, walczą  o to, co dla nich ważne – i wygrywają, przy okazji ocalając rodziny.

Czym jest „normalność”? I kto jest „normalny”? Dla upiornej gromady najważniejszymi wartościami okazują się (czy to zaskoczenie?) – rodzina i tradycja, a „Addamsowie” bawią się stereotypami, by ostatecznie stać się apoteozą… miłości, miłości i jeszcze raz – miłości. All you need is love!

Czy można uznać za zarzut to, że po raz pierwszy nie mam potrzeby słuchać utworów ze spektaklu po jego zobaczeniu? Dopóki bronią się w samym musicalu – wszystko jest w porządku.

„Rodzina Addamsów”, Teatr Syrena, 30 czerwca 2019r.

Reżyseria – Jacek Mikołajczyk

Gomez – Tomasz Steciuk
Morticia – Marta Wiejak
Wednesday – Anastazja Simińska
Pugsley – Jakub Strach
Fester – Marcin Słabowski
Alice – Jolanta Litwin-Sarzyńska
Mal – Albert Osik
Lucas – Maciej Pawlak
Lurch – Bartłomiej Wiater
Babcia – Beata Jankowska-Tzimas

Ten wpis został opublikowany w kategorii MUSICALE. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.