„Ten głos nawiedzał mnie…”. Upiór – twórca i niszczyciel

Jak pisać o musicalu, o którym napisano już wszystko?

 „Upiora w Operze” zobaczyłam najpierw w wersji filmowej. Produkcja Joela Schumachera z Gerardem Butlerem (tu powinna być emotka omdlewająca ;)) ukształtowała na wiele lat moje spojrzenie na tę historię. Tak było aż do maja tego roku, kiedy zobaczyłam „Upiora…” na deskach Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Teraz, w grudniu, udało mi się powtórzyć to doświadczenie.

Może odrobina iluminacji?

Kiedy gasną światła, a na scenę wkraczają licytator i jego pomocnicy, z boku, prawie niezauważalnie staje wózek inwalidzki ze schorowanym mężczyzną w podeszłym wieku. Po drugiej stronie pojawia się tajemnicza kobieta w czerni. Mijają kolejne chwile, a operowe pamiątki zmieniają swoich właścicieli – trzy czaszki, pozytywka z małpką w perskim stroju, którą staruszek czule gładzi trzęsącymi się dłońmi. Wreszcie następuje prezentacja przedmiotu numer 666.

Odrestaurowany żyrandol z nowym elektrycznym oświetleniem idzie w górę, a potężne dźwięki uwertury przenoszą widzów do wydarzeń rozgrywających się kilkadziesiąt lat wcześniej. W Opera Populaire trwa właśnie próba „Hannibala”, przerwana przez przybycie gości – nowych właścicieli przybytku. Panowie Firmin i Andre zostają przywitani przez zespół, a wkrótce także – listownie – przez Ducha Opery. Żądania tajemniczego nadawcy początkowo budzą śmiech (Duch, chociaż Duch, życzy sobie całkiem realnej wypłaty!), jednak niedługo więźnie on w gardle…

Dzieło Andrew Lloyda Webbera można określić mianem musicalu absolutnego. Każdy jego element ma sprawić, że widz będzie siedział oniemiały, wbity w fotel, nie wiedząc, w którą stronę patrzeć. I podczas białostockiego przedstawienia tak właśnie się dzieje.

Scenografia Pawła Dobrzyckiego robi wrażenie, zanim na dobre rozpocznie się spektakl. Bogato zdobione loże, jeszcze przysłonięty ogromny żyrandol. Potem ogromne dekoracje zmieniają się jak w kalejdoskopie: scenografia do „Hannibala” z wielkim drewnianym słoniem w centrum, potężne kandelabry oświetlające mroczne podziemia opery, schody będące centralnym punktem sylwestrowego balu… Doskonale wykorzystana jest też piękna, czerwono-złota kurtyna. Do tego dochodzą efekty specjalne – nawet jeśli widz wie, że to tylko teatralna ułuda, i tak daje się porwać magicznym sztuczkom.

Kostiumy zaprojektowane przez duet absolutnych mistrzów – nieżyjącą już Magdalenę Tesławską i Pawła Grabarczyka – to kolejny element przyciągający wzrok. Niektóre są zakładane przez aktorów wprost na scenie, w ekspresowym tempie, jak suknia Christine podczas „Wspomnij mnie”. Inne, jak kreacje chimerycznej primadonny Carlotty, porażają feerią kolorów. Malownicza peleryna Upiora w kilku scenach pełni niezwykle ważną rolę i zdaje się prawie żyć własnym życiem. Kostiumy kolombin i arlekinów wirują w tańcu, podkreślając ruchy tancerzy podczas maskarady. W ogóle taniec jest niezwykle efektowną i skupiającą uwagę częścią składową musicalu. Fragmenty klasycznego baletu, idealnie zsynchronizowane sceny zbiorowe – we wszystkich białostoccy artyści potwierdzają, że należą do najlepszych (udowadniać niczego nie muszą).

Historia Ducha Opery intryguje od pierwszych chwil i nie daje o sobie zapomnieć na długo po zakończeniu spektaklu. Dzieje się tak dzięki genialnej muzyce, motywom, które powracają, by ustąpić miejsca kolejnym, równie niezapomnianym. Trudno byłoby pewnie znaleźć wielbiciela gatunku, który by ich nie znał.

Prawdziwe życie dają im jednak artyści – fantastyczni muzycy pod batutą Macieja Pawłowskiego. I oczywiście aktorzy. Każda rola jest tu dopracowana do ostatniej głoski i dźwięku – komediowy duet operowych gwiazd, Carlotty i będącego na każde jej skinienie Piangiego, surowa Madame Giry, nieco płocha Meg, marzący o zarabianiu milionów dzięki Opera Populaire panowie Firmin i Andre.

Kiedy dowiedziałam się, że w grudniu będzie można zobaczyć „Upiora…” w mojej wymarzonej obsadzie, wiedziałam, że zrobię wszystko, by tego nie przegapić.

Główna rola żeńska, Christine, jest niezwykle wymagająca – emocjonalnie, technicznie oraz fizycznie. Christine jest najpierw zagubiona i niepewna. We „Wspomnij mnie” dopiero rozpoznaje swoje możliwości. Uwodzona głosem Ducha, jeszcze mu poddana, nie chce jednocześnie rezygnować z miłości i szczęścia. „O tyle proszę cię” jest pełne nadziei na nowy początek u boku ukochanego. Ostatecznie bohaterka żegna się z przeszłością w mistrzowskim „Szkoda, że cię nie ma”. Zyskuje pewność i siłę, by podjąć samodzielne decyzje. Zalęknione dziewczę staje się kobietą. Edyta Krzemień jako Christine oczarowuje każdym gestem, spojrzeniem i frazą. To nie tylko popis możliwości technicznych wyjątkowej wokalistki. Pełen emocji głos oddaje każde z uczuć bohaterki, a widz doskonale wie, dlaczego Duch Opery znalazł się w jego władaniu.

Jak wspomniałam wcześniej, film Schumachera na lata ukształtował moje myślenie o tej opowieści. Był w niej Upiór… i długo, długo nic. W kolejnych scenach przemykał Raoul, kompletnie rozmyty, niebędący dla Ducha Opery żadną konkurencją. Tym większe było moje zaskoczenie, że w Białymstoku wicehrabia skradł mi serce bez wahania. Zamożny elegant i dandys okazuje się od początku wiarygodny jako zakochujący się w przyjaciółce z dzieciństwa młody mężczyzna. Jest jednocześnie czuły, zdecydowany i silny. Najpierw na prośbę Christine powstrzymuje się od działań, by ostatecznie wypowiedzieć wojnę tajemniczemu Duchowi. Nie waha się rzucić na szalę swojego życia. Raoul staje się równorzędnym partnerem dla Upiora, godnym stanąć z nim do walki o uczucia Christine. Udało mi się zobaczyć Rafała Supińskiego w tej roli dwa razy – i za drugim razem zachwycił mnie jeszcze bardziej niż za pierwszym, zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Nie daje się zepchnąć w cień nawet wtedy, kiedy nie gra pierwszych skrzypiec. Robi to bez odrobiny nachalności, np. w scenie premiery „Don Juana triumfującego”, gdy nagle, siedząc w loży, uświadamia sobie, że mężczyzna obejmujący ukochaną to jego śmiertelny rywal; ukazuje przemianę swego bohatera dyskretnie, zmianą wyrazu twarzy, postawy ciała, drobnym gestem.

Upiór – rola tytułowa to jedna z najważniejszych w historii musicalu, bohater, który na trwałe wszedł także do popkultury. W postaci zagranej przez Tomasza Steciuka zobaczyłam Upiora z moich wyobrażeń. Mroczny, tragiczny geniusz, odrzucony przez wszystkich ze względu na swoją odmienność; jest architektem, wynalazcą i… zabójcą; mentorem, który zakochuje się w swojej uczennicy zaborczo i zazdrośnie, u którego granica między miłością i nienawiścią, czułością a chęcią posiadania jest niebezpiecznie cienka. „Noc muzykę gra” w jego wykonaniu wywołuje ciarki. Mistrzowskie „Stąd odwrotu nie ma już” sprawia, że trudno oderwać od niego wzrok. W postaci granej przez Steciuka jest duma, pasja, siła, namiętność, pożądanie, bezbrzeżny smutek, wściekłość, rozczarowanie. Podskórnie czułam, że to będzie „mój” Upiór. I taki jest, w każdym calu. Wspólna końcowa scena trojga bohaterów w lochach to majstersztyk wokalny i emocjonalny. A kończące spektakl „Niechaj noc utraci głos” przejmuje do głębi ogromem bólu i rozpaczy.

Musical Webbera to przede wszystkim oszałamiająca, dramatyczna i pełna namiętności historia miłosnego trójkąta w efektownych, rozbuchanych dekoracjach. Na drugim planie, chociaż wcale nie tak cicho, pobrzmiewa opowieść o zepchnięciu na margines kogoś, kto nie pasuje do społeczeństwa. Ani jeden, ani drugi wątek nie tracą na aktualności.

W Białymstoku zagrano od 2013 roku ponad 200 przedstawień. W przyszłym sezonie „Upiór…” nie pojawi się na deskach OiFP. Oby powrócił w kolejnym. Jego głos będzie mnie nawiedzał już zawsze.

„Upiór w Operze”, Opera i Filharmonia Podlaska, 15 grudnia 2019r.

Reżyseria – Wojciech Kępczyński

Upiór – Tomasz Steciuk
Christine Daae – Edyta Krzemień
Raoul de Chagny – Rafał Supiński
Carlotta Giudicelli – Magdalena Masiewicz
Ubaldo Piangi – Krzysztof Stankiewicz
Richard Firmin – Grzegorz Pierczyński
Gilles Andre – Wojciech Dmochowski
Madame Giry – Anna Sztejner
Meg Giry – Dorota Krukowska

Ten wpis został opublikowany w kategorii MUSICALE. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.