„Każą nam pionkami być…”

Kiedy na początku tego roku usłyszałam, że kolejną premierą Teatru Roma na Dużej Scenie będzie „Aida”, w pierwszej chwili pomyślałam, że Wojciech Kępczyński porzucił musical i postanowił wystawić operę. Nie miałam pojęcia, że Elton John (TEN Elton John!) i Tim Rice stworzyli spektakl muzyczny wykorzystujący fabularne wątki z dzieła Verdiego (który z kolei skorzystał z opowiadania Auguste’a Mariette’a, egiptologa i założyciela Muzeum Egipskiego w Kairze).

Przed premierą „Aidy” zerkałam pobieżnie na materiały promocyjne, zdążyłam zachwycić się dwoma utworami zaprezentowanymi na konferencji prasowej, ale właściwie o samym spektaklu wiedziałam niewiele poza tym, że to „ponadczasowa historia miłosna”. Rzadko mi się to zdarza – i muszę przyznać, że obserwowanie scena po scenie, jak opowieść powstaje na moich oczach, dało mi niekłamaną przyjemność. A po mniej więcej 20 minutach już wiedziałam, że muszę wrócić na „Aidę”.

Radames, syn doradcy faraona, wraca z kolejnej wyprawy w dół Nilu. Wśród jego zdobyczy jest m.in. grupa niewolników. Uwagę młodego kapitana zwraca odważna dziewczyna, która rozmawia z nim jak równy z równym i nie boi się mu przeciwstawić. Pozostałe niewolnice odsyła do pracy przy zbiorach, tę postanawia podarować Amneris – córce faraona, od lat przeznaczonej mu na żonę. To nie tylko gest wobec narzeczonej – Radames nie chce oddalać od siebie Aidy.

Ona najpierw widzi w nim wyłącznie oprawcę, którym pogardza. Wojska Radamesa zniszczyły jej ojczyznę, przyczyniły się do śmierci wielu członków jej ludu. W pewnym momencie zauważa, że pewność siebie i władczość kapitana to niejedyne jego cechy. Młody mężczyzna nie ma ochoty wypełniać ról narzuconych mu przez ojca, które ograniczają jego wolność. Marzy o podróżowaniu i odkrywaniu nowych miejsc. Księżniczka zaczyna rozumieć, że łączy ją z kapitanem więcej niż by chciała. Ale kiedy wreszcie chce się poddać uczuciu, okazuje się, że rodacy jej potrzebują. Musi pomóc im przetrwać, dać siłę i nadzieję, wybrać pomiędzy własnym szczęściem a obowiązkiem wobec poddanych.

Sporo jest w tym musicalu scen bardzo intymnych, w których główni bohaterowie zostają na wielkiej, prawie pustej scenie sami. Nie ma tancerzy, choreografii czy scenografii, za którą można by się ukryć. Tylko ludzie i ich uczucia. Siłą takich scen są aktorzy, a powodzenie zależy od ich umiejętności oraz interakcji między nimi. W „Aidzie” nie zawodzą. Jan Traczyk i Natalia Piotrowska-Paciorek potrafią wygrać umiejętnie i do końca początkową wzajemną niechęć, a potem przyciąganie. Egipski kapitan nie rozumie swoich uczuć – dotychczas wszyscy się go bali, nikt nie śmiał się mu sprzeciwić, a tu – kobieta, niewolnica! Traktuje ją obcesowo, chwilami wręcz brutalnie. Im bardziej harda Nubijka zaczyna go intrygować, tym bardziej próbuje ją złamać, upokorzyć, pokazać, że jest nikim. Ale podczas kolejnych spotkań coraz trudniej jest mu skrywać pożądanie, a potem pragnienie, by dziewczyna obdarzyła go uczuciem. Jan Traczyk jako Radames pięknie rozwija swoją postać. W pierwszym akcie pokazuje zupełnie nowe oblicze i trzeba przyznać, że jest to oblicze nie tylko bardzo dobre aktorsko, ale także wyjątkowo pociągające.

Aida wolniej poddaje się uczuciu. Ma więcej wątpliwości, nie daje się porwać mrzonkom o ucieczce i szczęśliwym wspólnym życiu gdzieś tam – wie, że to niemożliwe. Ale ostatecznie przestaje się przed nim bronić. Chce zaznać chociaż odrobiny szczęścia, nawet jeśli wie, że jest ono tylko chwilowe. Natalia Piotrowska-Paciorek jest jednocześnie dumną księżniczką i kobietą spragnioną miłości. Potrafi być łagodna i wyrozumiała, ale umie też okazać siłę i zdecydowanie. Z wyczuciem pokazuje, jak rodzi się w niej odpowiedzialność za innych ludzi.

Amneris na początku sprawia wrażenie głupiutkiego dziewczątka. W głowie jej piękne suknie, skupia się głównie na dbaniu o wygląd. Jednak córka faraona powoli zdaje sobie sprawę, że jej sytuacja niewiele się różni od sytuacji niewolnicy. Na nic poza swoim wyglądem nie ma wpływu. Pozornie ma wszystko – oprócz tego, na czym jej naprawdę zależy: wzajemności mężczyzny. Narzeczony traktuje ją z góry, w dość widoczny sposób daje do zrozumienia, że nie jest nią zainteresowany, mimochodem ośmiesza w obecności służby. Co ciekawe, jej powiernicą w trudnych chwilach zostaje… Aida, która rozumie, dlaczego córka faraona czuje się uwięziona w złotej klatce. Wkrótce życie daje Amneris gorzką lekcję, dzięki której jednak odkryje ona swoją drogę. Nie musi wypełniać czyichś rozkazów, jest przecież córką Izydy. Zofia Nowakowska gra lekko, z dużym wdziękiem, ocierając się czasem o farsowość, ale nie przekraczając granicy. Jej przemiana jest bardzo naturalna. Pomiędzy Amneris z pierwszej i ostatniej sceny jest przepaść – płocha i naiwna dziewczyna staje się świadomą siebie kobietą.

Po dwóch stronach barykady (i męskiego serca) w „Aidzie” stoją dwie silne kobiety. Obie próbują zostać sprowadzone do przypisanych im ról przez mężczyzn, ale na to nie pozwalają. Za to jednak, że chcą o sobie decydować, płacą ogromną cenę.

Uczucie czy obowiązek wobec ojczyzny? Realizacja planów ojca czy własne szczęście? Słuszna zemsta czy okazanie wielkoduszności? Każdego z trojga głównych bohaterów życie stawia przed koniecznością dokonania wyborów; jeśli nie chcą być tylko pionkami w grze, muszą podjąć wyzwanie.

Nie byłoby uczciwie nie wspomnieć o pozostałych rolach. W trzyetapowych castingach do „Aidy” wzięło w sumie udział ponad 500 artystów, a ci, którzy zostali ostatecznie wybrani, zachwycają swoim talentem i umiejętnościami.

Cudownie jest móc wypatrzeć na scenie Andrzeja Skorupę, Agatę Bieńkowską czy Jeremiasza Gzyla.

Dżoser to kolejna w dorobku Janusza Krucińskiego wyrazista postać negatywnego bohatera. Ojciec Radamesa precyzyjnie realizuje swój plan i nie waha się poświęcić syna dla swoich ambicji. W utworze „Jak ojciec, tak syn” wyraża przekonanie, że syn okaże się go godny. W ogóle nie bierze pod uwagę innego scenariusza.

Uratowany niegdyś przez Radamesa Mereb świetnie odnajduje się wśród Egipcjan, wszędzie go pełno, wszystko potrafi zorganizować – przypomina niesfornego Aladdyna. W chwili próby jednak okazuje się, że nie zapomniał o swoich korzeniach. Mereb w interpretacji Michała Piprowskiego wprowadza do musicalu lekkość i odrobinę humoru. Nehebka to niewielka rola, ale kiedy głos Marii Juźwin pojawia się w „Miłości bogów”, od razu zwraca uwagę.

Krzysztof Cybiński jako złamany król nubijski, Amonastro, budzi moją niechęć. Wymaga od swojej córki bardzo wiele, bezwzględnie ją oskarża i obrzuca obelgami, nie słucha żadnych wyjaśnień. Liczy się dla niego tylko to, by nie zhańbiła go jako władcy. Ludzkimi odruchami wykazuje się za to ojciec Amneris, faraon (Wojciech Machnicki). Bardziej symbol niż człowiek, powoli traci zdrowie i władzę. Potrafi przyznać córce rację, wie, że mądre rządy są ważniejsze niż urażona duma.

Warszawska realizacja musicalu to tzw. non-replica, co oznacza, że twórcy mieli sporo artystycznej swobody. Na szczęście, bo stworzyli dzieło dopięte na ostatni guzik, wizualnie oszczędne, za to pełne smaku i klasy.

Na scenie dominują kolory ziemi – rozbielone i przygaszone ochry, ugry, brązy, szarości, barwy piasku. Geometryczne bryły to główny element scenografii autorstwa Mariusza Napierały, która mimo wielkości nie wydaje się przytłaczająca. Ekrany ledowe (część widzów krytykowała ich nadmierne użycie podczas „Pilotów”) stanowią tło i idealnie współgrają z formami przestrzennymi. A jeśli wysuwają się na pierwszy plan, jak np. na początku drugiego aktu, jest to bardzo przemyślane. Świetnie wykorzystane zostały ruchome platformy. Wrażenie potęguje użycie światła – Marc Heinz, jego reżyser, umiejętnie wpisał się w stylistykę musicalu.

Warto być bliżej sceny, by podziwiać dopracowane do ostatniego guzika kostiumy Doroty Kołodyńskiej. Stroje Egipcjan mają zgeometryzowane, czasem przerysowane formy. Moją uwagę szczególnie przykuły męskie. Nawiązujące do współczesnych mundurów wojskowych stójki czy dopasowany krój górnych części w połączeniu z szerokimi dołami, grube sploty materiałów, jednolita kolorystyka stroju np. Dżosera czy Radamesa i jego podwładnych – wszystko to sprawia, że mężczyźni prezentują się na scenie niezwykle malowniczo.

Najbardziej efektowne wizualnie kreacje należą do Amneris. Jedynie one przełamują obowiązującą w spektaklu stonowaną paletę kolorystyczną, podkreślając charakter księżniczki. Trudno przeoczyć też fantastyczne nakrycia głowy projektu Joanny Denier.

Ubiory Nubijczyków mają odmienną kolorystykę od egipskich. Wszystkie, a szczególnie kobiece, cechuje bardziej miękka struktura. Suknie tytułowej bohaterki w pierwszym akcie są z delikatniejszych tkanin, otulają sylwetkę. W drugim z kolei siła, którą zyskuje Aida, podkreślona zostaje sztywniej układającą się suknią z cięższego, ciemniejszego materiału.

Trudno oderwać wzrok od sceny także za sprawą choreografii Agnieszki Brańskiej. Ma się wrażenie, jakby w każdym kolejnym musicalu przeskakiwała ustawioną przez siebie poprzeczkę. Szczególnie zapadają w pamięć mające w sobie pierwotną dzikość fragmenty tańca Nubijczyków. Ale nie tylko. Doskonała synchronizacja, mnóstwo emocji, każdy ruch ważny, przemyślany i celowy – zarówno choreografce, jak i tancerzom, którzy prezentują najwyższy poziom,  należą się ogromne uznanie i brawa.

Elton John ma niezwykłą łatwość tworzenia chwytliwych melodii. „Aida” to różnorodny pop w niezwykle szlachetnym wydaniu; są tu i klasyczne ballady, i elementy soulu, i motywy etniczne. Jak wspomniałam, już w czasie konferencji prasowej zachwyciły mnie dwa utwory: „Gwiazdy piszą los” i „Miłość bogów”. Ładunek emocji, z jakim wybrzmiały w czasie przedstawienia, był nieporównywalnie większy. Piękne i poruszające były delikatne ballady (nie jestem w stanie po jednym razie skojarzyć tytułów z utworami), ogromne wrażenie zrobił chóralny „Taniec sukni”. Warto przy okazji, wsłuchując się w teksty, zwrócić uwagę na świetny przekład Michała Wojnarowskiego.

„Aida” to opowieść o przekraczaniu narzuconych przez społeczeństwo czy rodzinę ról, o buncie, szukaniu własnej drogi, ale przede wszystkim oczywiście o wielkiej miłości, wykraczającej poza wszelkie granice – także czasu. Wojciech Kępczyński swoją dziewiętnastą realizacją na Dużej Scenie ustawił sobie poprzeczkę niezwykle wysoko. Ale w tej chwili nie myślę o tym, co będzie następne. Na razie chcę jak najszybciej po raz kolejny zobaczyć „Aidę” i dostrzec wszystko to, co pewnie umknęło mi za pierwszym razem.

Fot. Łukasz Głodkowski

„Aida”, Teatr Muzyczny „Roma”, 28 grudnia 2019r.

Reżyseria – Wojciech Kępczyński
II reżyser – Sebastian Gonciarz
Współpraca reżyserska – Ewa Konstancja Bułhak

Aida – Natalia Piotrowska-Paciorek
Radames – Jan Traczyk
Amneris – Zofia Nowakowska
Dżoser – Janusz Kruciński
Mereb – Michał Piprowski
Nehebka – Maria Juźwin
Faraon – Wojciech Machnicki
Amonastro – Krzysztof Cybiński

Ten wpis został opublikowany w kategorii MUSICALE. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.