50 twarzy Franka, czyli mój pierwszy raz… w teatrze po trzech miesiącach

Czy miewacie czasem tak, że słyszycie czyjś głos i przeżywacie swego rodzaju objawienie? Coup de foudre? Wiecie, że od teraz ten głos będzie Was prześladował i chcecie go słuchać jeszcze, jeszcze i jeszcze?

Mnie się to zdarzyło po raz kolejny… Kilka miesięcy temu usłyszałam fragment próby do występu sylwestrowego w Teatrze Rozrywki. Kamil Franczak śpiewał „Writing’s on the Wall”. ŚPIEWAŁ tak, że Sam Smith naprawdę mógłby już nigdy nie wykonywać tego utworu. Widziałam Franka wcześniej w kilku przedstawieniach, wiedziałam, że ma talent i umiejętności. Ale to był właśnie ten moment – przysłowiowy grom z jasnego nieba. Dzień czy dwa później usłyszałam „Glory” Johna Legenda z prób do tego samego koncertu. Już wiedziałam, że ten głos nie da mi spokoju.

Fot. Artur Wacławek

Nic dziwnego, że na koncert „Franek śpiewa…” leciałam jak na skrzydłach. To była moja pierwsza wizyta w teatrze po trzech miesiącach, pierwszy występ na żywo po przymusowym odstawieniu. Czerwone fotele na widowni, moment, kiedy tuż przed występem gaśnie światło, podnosi się kurtyna… Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak tęskniłam. I z pewnością nie tylko ja. Radość spotkania była wyczuwalna od początku po obu stronach – zarówno na scenie, jak i wśród publiczności. Zamaskowanej i „zdystansowanej społecznie” – ale to nie przeszkadzało w wysyłaniu i odbieraniu pozytywnych wibracji.

Kamil Franczak przedstawił publiczności utwory ważne dla niego na różnych etapach życia. Starsze i nowsze piosenki ułożyły się w recital, w którym pojawiły się pytania o wolność, przemijanie i poszukiwanie siebie. Poetycka „Liryka” z tekstem K.I. Gałczyńskiego, energetyczny i radosny „Czerwony autobus”, cudowna, delikatna „Kruchość” napisana dla Franka przez Radka Michalika; niepokojący „Przyszli o zmroku” oraz nostalgiczny „Czas nas uczy pogody” – oba z wybitnymi tekstami Jacka Cygana. Wyjątkową wymowę miały dwa utwory Grzegorza Ciechowskiego: najpierw przewrotna „Mamona”, a potem „Nie pytaj o Polskę” – porażająco aktualny, z ważnymi słowami artysty przed nią i z pytaniem, które zawisło w powietrzu: Dlaczego jestem z nią?.

Wszystkie utwory zostały zaprezentowane w doskonałych, nowoczesnych aranżacjach, dzięki którym zabrzmiały świeżo i naturalnie (a przecież niektóre mają dobre kilkadziesiąt lat). Zasługa w tym też fantastycznej ekipy muzyków: wspomnianego już Radosława Michalika przy fortepianie, gitarzysty Michała Karbowskiego, basisty Jędrzeja Łaciaka oraz Bartłomieja Hermana na perkusji.

Fot. Artur Wacławek

O głównym bohaterze wieczoru, Kamilu Franczaku, nie da się pisać inaczej niż z zachwytem. Ma niezwykłą, charakterystyczną, uzależniającą barwę głosu. Jest w stanie zaśpiewać chyba wszystko. Porusza się tak, jakby muzyka grała w nim od czubków palców stóp po czubek głowy. Ma też pomysł na swoje bycie na scenie, a dzięki osobowości i wrażliwości artystycznej spina utwory z różnych epok i różnych autorów w jedną, osobistą całość. Podczas koncertu objawił się jako (nomen omen!) mistrz ceremonii, szaman i człowiek o kosmicznej energii – chwilami zdawało się, że jej nie okiełzna, że jeszcze chwila i podpali scenę.

Wyjątkowym prezentem na bis było „Lubię wracać tam, gdzie byłem”. Sporo artystów zmierzyło się ostatnio z tym utworem, znanym z brawurowego i niezapomnianego wykonania Zbigniewa Wodeckiego. Ale żadna interpretacja nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta usłyszana w czwartkowy wieczór w chorzowskim teatrze, będąca zresztą pięknym komentarzem do mojego teatralnego powrotu po trzech miesiącach.

Fot. Ania Doleba

Pierwotnie to miał być inny koncert – z utworami Marka Grechuty. Ostatni raz można je było usłyszeć w pamiętnym występie on-line w pustym Teatrze Rozrywki na początku pandemii. Niestety, ze względu na – jak napisano na stronie teatru – „roszczenia spadkobierców” recital nie mógł się odbyć. Szkoda. Czyż może być większy hołd dla wybitnego nieżyjącego artysty niż dawanie życia jego twórczości przez innego artystę, pokazywanie go współczesnej publiczności w nowych interpretacjach?

Cóż – może tak miało być? Bo, jak w tytule ostatniego utworu recitalu, wszystko na swój czas? Kamil Franczak zaprezentował inne swoje muzyczne oblicza. A długie owacje na stojąco po koncercie udowodniły, że publiczność te „50 twarzy Franka” w stu procentach zaakceptowała.

Dziękuję Kamilowi Franczakowi za udostępnienie zdjęć z koncertu.

18 czerwca 2020r., koncert „Franek śpiewa…” (Kamil Franczak – śpiew, Radosław Michalik fortepian, Michał Karbowski gitara, Jędrzej Łaciak gitara basowa, Bartłomiej Herman perkusja), Teatr Rozrywki, Chorzów

Ten wpis został opublikowany w kategorii KONCERTY. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.