Zawsze można się zatrzymać

Doskonałą technikę łączy z umiejętnością przekazywania różnorodnych emocji. Zawsze stara się dostrzegać jasne strony życia. Przeszkody i trudności mobilizują ją i sprawiają, że jeszcze bardziej konsekwentnie dąży do celu. Lubi swoje koczownicze życie między różnymi teatrami, a akumulatory ładuje w rodzinnym Kościelisku.

Wokalistka, aktorka, trenerka wokalna, organizatorka i… polonistka; laureatka wielu nagród, m.in. Teatralnej Nagrody Muzycznej im. Jana Kiepury dla najlepszej wokalistki musicalowej. Szanowni czytelnicy – oto Agnieszka Przekupień.

Gosia JG: Ile czasu minęło od Twojego ostatniego występu w „Aidzie”? Jak on wyglądał?

Agnieszka Przekupień: Ostatni spektakl zagrałam 11 marca. To był jeden z najdziwniejszych występów w moim życiu. Mimo wszystko nie byliśmy przygotowani na to, że część publiczności przestraszy się komunikatów w mediach i nie przyjdzie. Kiedy po prologu, w trakcie pierwszego utworu odwróciłam się, żeby spojrzeć na widownię, i zobaczyłam, że nie jest wypełniona po brzegi, jak zwykle, ale są ogromne luki – poczułam ból. Oczywiście śpiewałam dalej, ale w głowie kołatały mi się myśli; jedna, że chyba jutro rzeczywiście nie przyjdziemy już do teatru; i druga – że ludzie już nas nie chcą, jesteśmy niepotrzebni… Wiadomo, takie myślenie nie było racjonalne, chodziło o strach przed zakażeniem, troskę o zdrowie. Ale to było doświadczenie jak z koszmaru, w którym publiczność nie pojawia się na przedstawieniu.

Kolejne spektakle zostały odwołane…

Jeśli chodzi o marcowe przedstawienia „Aidy”, miałam sporo planów, mieli mnie odwiedzić ważni goście… Ale najtrudniejsza była niewiadoma. Najpierw dwa tygodnie, potem pojawiły się wiadomości o odwołaniu kolejnych spektakli, następnie o odwołaniu wszystkiego do 30 czerwca. Za każdym razem nastawiałam się, że niedługo wracamy. W pewnym momencie powiedziałam sobie: stop – to podejście mi szkodzi, muszę się odciąć. Wrócimy, kiedy wrócimy, teraz albo we wrześniu… Widocznie tak ma być.

Fot. Piotr Komoń

Postanowiłaś się odciąć – i co dalej?

Pozwoliłam sobie wykorzystać ten czas na zupełnie inne tematy niż mój zawód. Żartuję nawet, że wszystkie nuty razem z ambicją zostawiłam w Warszawie i zamknęłam je na klucz. Wyjechałam do mojego Kościeliska, żeby odpocząć. Postanowiłam potraktować ten okres jako dar. Czas, o który tak wszyscy zabiegaliśmy, został nam dany. Mogę pobyć w mojej prywatnej, najważniejszej w życiu roli – Agnieszki Przekupień. Mogę być ze swoją rodziną. Daję sobie czas na gotowanie, sadzenie ziółek na balkonie, chodzenie po górach, rozmowy z bliskimi. Jestem przekonana, że odpoczynek zaowocuje tym, że będę mieć jeszcze więcej energii na realizowanie mojej pasji.

Niedawno miałaś przerwę w graniu spowodowaną problemami z głosem, teraz z kolei wymusiła ją sytuacja. Która z nich była trudniejsza dla Ciebie jako artystki?

2020 jest rokiem zmian, i to takich, na które nie mam wpływu. Uświadomiły mi to także moje problemy foniatryczne. Głos to moje najważniejsze narzędzie, które nagle mnie zawiodło. Miałam momenty smutku i bezradności. Choroba trwała miesiąc, nie zagrałam kilkunastu spektakli, ustalonych wcześniej koncertów. Jednym z najtrudniejszych doświadczeń był tygodniowy nakaz całkowitego milczenia – kiedy chodziłam na zabiegi, nosiłam kartkę, na której były wypisane wskazania, i pokazywałam ją lekarzowi. Z drugiej strony – dostawałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy troszczyli się o mnie, pytali o zdrowie, czekali, aż wrócę. To wsparcie i troska były mi bardzo potrzebne. Tak jak potrzebny był mi czas w Kościelisku, bez pracy. Przyjęłam, że skoro tak ma być – niech będzie. Nie chcę bez końca wojować z życiem, ono też ma coś do powiedzenia. Muszę płynąć z rzeką.

Myślałaś wtedy, co byłoby, gdyby się okazało, że nie możesz już śpiewać? Wyobrażasz sobie, że mogłabyś robić coś innego?

Oczywiście – takie myśli się pojawiały. Wydaje mi się, że jestem na tyle otwarta na życie i na możliwości, które ono daje, że bym się w tym odnalazła. Ale też byłoby to okupione ogromną pracą – by przekonać siebie, że coś innego może sprawiać mi równie wielką przyjemność jak to, co robię teraz. Jednak od sztuki, od muzyki nie odeszłabym, obracałabym się w jej kręgu. Trudno jest tak gdybać. Mówię, że dałabym radę, takie mam wyobrażenia – ale czy rzeczywiście, czy od razu?

Może ukończona polonistyka dałaby jakieś możliwości? Te studia to był przemyślany wybór?

Jestem człowiekiem, który nie ściemnia, więc powiem prosto z mostu – polonistyka to był wariant ostateczny (śmiech). Marzyłam o studiowaniu na wydziale wokalno-aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych). Próbowałam dostać się na tę uczelnię dwa razy i za każdym razem byłam bardzo blisko na listach rezerwowych, ale zawsze czegoś zabrakło. Namówiona przez rodziców i kierując się zdrowym rozsądkiem, złożyłam dokumenty na polonistykę i anglistykę. Byłam z rocznika, w którym wszyscy chcieli się uczyć angielskiego i dostawali się ci, którzy mieli sto procent z matury rozszerzonej… Tak więc ostał się wariant zet. I na to się zdecydowałam, bo chciałam iść do Krakowa, mieszkać z moimi siostrami, które w tym czasie też tam studiowały. Tak czy inaczej, będąc na studiach, zrobiłam kolejny krok na drodze artystycznej – zapisałam się na warsztaty aktorskie do pani Doroty Zięciowskiej. W Krakowie też dowiedziałam się od znajomej o nowej specjalności na Akademii Muzycznej w Gdańsku. To był musical – pierwsza taka specjalność w Polsce, na kierunku wokalistyka Wydziału Wokalno-Aktorskiego. Tak naprawdę to dopiero on okazał się spełnieniem marzeń – łączył na równi aktorstwo, śpiew i taniec, oferował więcej niż Kraków. Do Gdańska dostałam się za pierwszym razem, w chwili, kiedy miałam jechać na Erasmusa do Francji. Ale nie miałam żadnego momentu zawahania, wiedziałam, że trzeba iść za marzeniami i pasją, nawet jeśli to trudne. A takie było, bo przez rok jeździłam między Gdańskiem, gdzie studiowałam na pierwszym roku, a Krakowem, gdzie kończyłam polonistykę. Jednak nie żałuję. Filologia polska dała mi perspektywę innych, nieartystycznych studiów. Wiedziałam już, że to dwa różne światy, i cieszę się, że mogłam spróbować jednego i drugiego.

Kiedy o tym opowiadasz, przypomina mi się obiegowa opinia o góralkach – że są silne, zdecydowane i się nie poddają.

To niby stereotyp, ale jeśli by się do niego odwołać – mam w sobie sporo z góralki. Chociaż od razu wyjaśnię, by nie było wątpliwości – taką prawdziwą, z dziada pradziada nie jestem. Urodziłam się w Zakopanem, jednak moi rodzice nie są góralami. Ale jeśli chodzi o charakter – to prawda, jestem uparta, silna, nie poddaję się. Może wynika to stąd, że u siebie w Kościelisku nie miałam miliona szans i wszystkiego podanego na tacy. Musiałam się postarać, żeby podążać za swoją pasją. I rzeczywiście mam wrażenie, że jeśli bardzo czegoś chcę, znajdę sposób, by to osiągnąć.

O musicalu na gdańskiej Akademii Muzycznej wszyscy artyści mówią w samych superlatywach. Dlaczego?

To miejsce przyciąga wspaniałe osobowości. Moim największym szczęściem jest to, że studiowałam na roku z ludźmi pasji, wiedzącymi, czego chcą. Mieli w sobie potencjał i wielki upór w dążeniu do celu, ale nie taki blokujący, a motywujący. Nakręcaliśmy się, żeby być coraz lepszymi. My i nasi profesorowie, pedagodzy działaliśmy na siebie nawzajem. To była obustronna ciężka praca podyktowana pasją. Można powiedzieć, że razem ten kierunek tworzyliśmy. Byliśmy pionierami w musicalowym Hogwarcie (śmiech). Wychowywaliśmy się i działaliśmy w magicznej atmosferze przedzierania się przez nieodkryte jeszcze w Polsce rejony. Chęć współpracy była najważniejszym elementem – tak bardzo chcieliśmy być coraz lepsi, że jeśli było trzeba, robiliśmy próby po nocach, spotykaliśmy się w weekendy. Nikt nie myślał, że to czas wolny. To było całe nasze życie, oddawaliśmy się mu w stu procentach. Wspieraliśmy się i kibicowaliśmy sobie nawzajem, przygotowywaliśmy się do castingów i razem na nie jeździliśmy. Staliśmy się jak rodzina. Do dziś odwiedzamy się na spektaklach, jeździmy razem na wakacje i spotykamy w pracy na scenie!

Obiegowa opinia jest taka, że castingi to świat rywalizacji i walki…

Nie można uogólniać, bo przecież ilu ludzi, tyle charakterów… Chyba, jak w każdej branży, są tacy, którym trudno się pogodzić z sukcesem kogoś innego… Można powiedzieć, że to bardzo ludzkie. Ale według mnie przeważa pozytywne podejście. Wysyłamy sobie informacje o castingach, oglądamy się nawzajem, wspieramy. Tworzymy wspaniałą grupę świata musicalu. Także dzięki live’om, które wymyśliła Kasia Łaska, dzięki mybroadway.pl okazało się, że wszyscy się znamy, nawet jeśli nie osobiście, to słyszeliśmy o sobie. Ten świat jest jednak dość mały. Myślę, że pozytywne wsparcie i motywacja są częstsze niż toksyczna rywalizacja, która uniemożliwia rozwój.

Jesteś trenerem wokalnym. Co daje Ci nauczanie innych?

Zaskakujące, ale to kolejna rzecz, która wydarzyła się ze względu na obecną sytuację. Bywało, że ludzie pytali mnie o zajęcia czy konsultacje, ale kiedy wracałam do Kościeliska, chciałam zwyczajnie odpocząć. Jakiś czas temu, już w trakcie kwarantanny, moja uczennica z Zakopanego zapytała, czy mogłabym się z nią spotkać on-line. Pomyślałam – dlaczego nie? Moje wyciszenie zaowocowało większą otwartością, by postawić się na miejscu nauczyciela nie tylko podczas wakacyjnych warsztatów musicalowych. Może to banalne, ale to właśnie odkryłam – uczenie sprawia, że ja też się uczę. Daję coś drugiemu człowiekowi, ale też biorę od niego; szkolę się, jak przemawiać językiem wyobraźni, głosu, techniki. To jest niezwykle rozwijające i spełniające. Sama cały czas doskonalę umiejętności, a jednocześnie kształcę innych. Tą drogą chcę podążać.

Co jest według Ciebie najważniejsze w procesie nauczania?

Może to też oczywiste, ale fakt, że to proces ciągły. Ukończenie studiów nie oznacza końca szkolenia się. Właściwie studia tylko pokazują, jak rozwijać się dalej, żeby potem, już po ich ukończeniu, móc to robić samemu. Mój profesor na pierwszych zajęciach powiedział: Ja cię nie nauczę śpiewać. Ty nauczysz się sama, a ja będę ci towarzyszył w tej drodze. Wtedy nie mieściło mi się to w głowie… Dopiero potem zrozumiałam, że wszystko zależy ode mnie. To ja jestem w swojej głowie. On mnie uczył, jak współpracować z głosem i rozwijać go. I teraz jestem, można powiedzieć, na nieustannych studiach – sama ze sobą.

Zadebiutowałaś w „Dźwiękach muzyki” w nieistniejącym już Gliwickim Teatrze Muzycznym. Jak wspominasz ten czas?

Mogłabym powiedzieć, że to kwestia wielkiego farta, ale oduczyłam się takich określeń. To by oznaczało coś przypadkowego, prezent od losu. A przecież pojechałam na casting, dostałam rolę, ponieważ na nią zapracowałam. Ale to była wyjątkowa możliwość – debiut w takim spektaklu, takim teatrze i zespole. Stylistyka tego musicalu i postać głównej bohaterki, Marii Rainer, współgrała ze mną, moim prawdziwym ja. Aktorsko nie musiałam przekraczać wielu granic, budowałam rolę z perspektywy takiej „Jagi z gór”.

Dzięki debiutowi zrozumiałam, że w każdej postaci jesteśmy najpierw sobą, a potem dokładamy cechy osoby, którą mamy zagrać. Ale to zawsze musi wynikać z prawdziwych emocji, z naszych doświadczeń. Dlatego debiut okazał się wielką przyjemnością – postać Marii była w pewien sposób przedłużeniem mojej osobowości.

Która z ról dała Ci najwięcej satysfakcji?

Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Wszyscy aktorzy tak mówią, ale to uzasadnione, bo każda postać, którą przychodzi grać, jest inna, czego innego wymaga, uruchamia inne emocje. Jednak gdybym miała opowiedzieć o największym wyzwaniu aktorskim i wokalnym – byłaby to Lara Guichard w „Doktorze Żywago”; niezwykle barwna, wielowymiarowa postać, wokalnie rozbudowana. A jeśli chodzi o stylistykę, wydźwięk dramatyczny oraz muzyczny, to chyba najpiękniejszy musical, w którym miałam przyjemność wziąć udział. I co najważniejsze – najprzyjemniejsza współpraca. Przyjaźnie, które się wtedy zawiązały, istnieją cały czas. Mam nadzieję, że ten spektakl wróci jeszcze na białostocką scenę.

Czy jest typ ról, które lubisz grać bardziej niż inne? Często Twoje bohaterki są silne i nie boją się wyrazić swojego zdania.

Ciekawe… Czy one są wszystkie takie silne?

Takie są Maria, Lara, Amneris, Ellen

Myślę, że typ kobiety, która jest pewna siebie, silna i uparta, współgra z moim wyobrażeniem kobiecości i człowieczeństwa. Chociaż dotychczas nie zastanawiałam się nad jakimś wspólnym mianownikiem, więc może to dobra inspiracja.

Za to bardzo chciałabym otrzymać rolę stricte komediową. Amneris trochę taka jest, bardzo się spełniam i odnajduję w scenach komediowych z jej udziałem. Chyba właśnie dzięki niej mam apetyt na więcej.

Podczas egzaminu dyplomowego w Gdańsku śpiewałam utwór „I’m Breaking Down” z musicalu „Falsettos”. Bohaterka dowiaduje się, że jej mąż jest gejem, i nie może sobie z tym poradzić. Ten utwór jest tak zabawny, że nie mogłam się oprzeć, by go nie wykonać. A potem pomyślałam, że chcę śpiewać więcej takich rzeczy. Nie chcę dać się zaszufladkować. Dlatego też Amneris dała mi tyle satysfakcji, bo mogłam pokazać szersze spektrum bohaterki – być komediowa i liryczna, ale też potężna i silna.

Jaki wpływ na rolę ma to, że gra się jedną postać z różnymi scenicznymi partnerami?

Znaczny. Aktorstwo to akcja-reakcja. To tak, jakby się podawało i odbierało piłeczkę. Ktoś mi podaje inaczej i ja też inaczej odpowiadam. Nie leci się na pamięć ułożonymi schematami, wymyślonym ruchem, intonacją głosu. To zawsze dzieje się naprawdę. Dzięki temu teatr jest żywy, a każdy spektakl inny. Postać ma szansę się rozwijać, bo dostaje różne piłeczki i różne są odpowiedzi. Poza tym na to, jak zagramy postać, wpływa stan obecny, w którym jesteśmy zarówno my, jak i osoba, która nam partneruje. Najbardziej kocham w teatrze właśnie tę niewiadomą i otwartość, którą musimy mieć na to, co wydarza się tu i teraz. Nie ma drugiego takiego samego spektaklu.

Intymne, emocjonalne sceny gra się trudniej niż pozostałe?

Kiedy zaczynałam moją przygodę z aktorstwem, był we mnie lęk – co będzie, jeśli będę musiała zagrać bliską, intymną scenę. I okazało się, że to nie jest problem. Kiedy gra się postać, zapomina się o sobie. To nie ja całuję się przykładowo z Łukaszem Zagrobelnym, ale Lara całuje się z Żywago. To kwestia doświadczenia, wejścia w rolę na sto procent, przekonania, że jest się postacią, a nie kimś, kto ją gra.

Kiedy trzy aktorki przygotowują się do jednej roli, jest miejsce na wspólną pracę? Czy po wskazówkach reżyserskich każda pracuje indywidualnie?

Oczywiście bywa różnie, bo z różnymi osobami spotykamy się – jak to się mówi – „na roli”. Zdarza się, że są one bardzo introwertyczne, wolą nie zdradzać swoich przemyśleń na temat postaci. Ale takich osób jest mało w naszej branży i mnie się nie zdarzyło, żebym nie złapała bliższego kontaktu z kimś, z kim dzielę rolę.

Opowiem na przykładzie Lary, którą gram z Pauliną Janczak i Anną Gigiel. Kiedy rozmawiałyśmy w trójkę o postaci Lary, okazywało się, jak różnie widzimy pewne sceny i problemy w spektaklu. Każda interpretowała je na podstawie swoich doświadczeń, swojego życia – i to pozwoliło nam spojrzeć na bohaterkę z szerszej perspektywy.

Równie ważnym czynnikiem jednoczącym nas jako postaci – nie tylko aktorki grające Larę, ale też Larę z Tonią, Żywago i innymi – był sposób, w jaki pracował z nami reżyser, Jakub Szydłowski – z wielką otwartością, chęcią współtworzenia spektaklu. Na pierwszych próbach czytanych rozmawialiśmy o interpretacji utworu, jak na języku polskim (śmiech); o tym, jak rozumiemy pewne sytuacje, jak postaci wokół siebie krążą, jakie tworzą relacje. „Rozgrzebywaliśmy” szczegółowo: jak jest w książce, w filmie… Zresztą to była inspiracja do mojej pracy magisterskiej – chciałam zbadać, jak źródła literackie, muzyczne, filmowe współtworzą Larę, wpływają na to, jaka jest. Takie rzetelne, obiektywne spojrzenie na postaci powodowało, że wszyscy wcielaliśmy się w nie bardziej, z większym przekonaniem. A potem, kiedy grałyśmy i oglądałyśmy nawzajem swoje spektakle – każda z nas była inna, była osobną Larą. Opowiadałyśmy o niej tyle razy, zgadzałyśmy się z naszymi przemyśleniami, jednak wokół wspólnego rysu, szkieletu postaci każda nabudowała własną. Ciekawym doświadczeniem było też zobaczenie siebie nawzajem po roku – nie mogłam uwierzyć, jak nasza postać się rozwinęła w różnych interpretacjach. To jest właśnie najpiękniejsze – nigdy nie jest tak samo, zawsze następuje jakaś zmiana. Uwielbiam to analizować, mogłabym jeszcze długo… (śmiech).

Aktorzy wypowiadają się o wspomnianym Jakubie Szydłowskim bardzo pozytywnie…

Miałam przyjemność pracować z nim dwa razy i za każdym razem taką lekcję przyjęłam od tego człowieka, jakbym wyjechała na jakiś stypendialny kurs aktorstwa i teatru muzycznego. Kuba potrafi tworzyć niezwykłe rzeczy, a dzięki temu, że jest doświadczonym aktorem, ma jeszcze większą wiedzę, jak z nami pracować i nas inspirować.

Zagrałaś sporo ról, o których marzą aktorki musicalowe – Marię Magdalenę, Fantynę, Ellen. Współpracujesz z najlepszymi teatrami w Polsce. Jakie kolejne wyzwania stawiasz przed sobą?

Znowu wracam do lekcji, którą przeżywamy teraz, przy okazji pandemii. Nieposkromiony apetyt i ambicja odsuwają nas od „tu i teraz”. Im więcej się ma, tym więcej się pragnie. Warto sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego się tego chce i czy na przykład można chcieć jednocześnie dużo, nie czekając na więcej. To piękne, że może być tak, jak jest teraz. Jestem otwarta na to, co może się zdarzyć, ale nie gnam za tym z wywieszonym jęzorem, ze szkodą dla siebie, swojego zdrowia. Jeżeli przyjdzie jeszcze jakiś sukces, to wspaniale, będę wdzięczna. Ale jeżeli nie? Nie obrażę na moje życie, bo i tak jest wspaniałe.

Często jest w nas takie oczekiwanie na to, że kiedyś będziemy szczęśliwi. Ale dlaczego kiedyś? Przyszłość to niewiadoma. Chcę być już teraz zadowolona z tego, że osiągnęłam. Nie chodzi o to, by osiąść na laurach i nic nie robić, nie rozwijać się. Ale można powstrzymać ten niezaspokojony apetyt, żeby nie było tak, że już nic go nie zaspokoi – nawet wyjazd na Broadway.

Musical łączy w sobie różne gatunki muzyczne. Czy jest coś, czego byś nie zaśpiewała?

Jak powiedział ostatnio Adam Sztaba, muzyka jest jedna. Jestem na nią otwarta. Oczywiście gdyby ktoś mi kazał śpiewać disco-polo (śmiech), musiałabym wejść w postać… Ale uważam, że nie ma takich rzeczy, których zaśpiewania bym odmówiła. Jestem otwarta na klasykę, klasyczną emisję, na jazz, blues, na szerokie broadwayowskie śpiewanie, belty (rodzaj techniki wokalnej). Cały czas odkrywam różne techniki, które pokazują, że głos może być różny. Im bardziej rozmaity i bardziej sprawnie poruszający się w różnych stylach, tym lepiej. Musical nie zamyka w szufladce i za to też go kocham. Kiedy wydaje się, że już wszystko wiem, dostaję nowy materiał, muszę zaśpiewać znowu coś innego – i dzięki temu ciągle się uczę.

Grasz w wielu teatrach w całej Polsce. Który z nich jest Ci najbliższy?

Odpowiem bardzo dyplomatycznie (śmiech). Byłam bardzo niezdecydowana, jeśli chodzi o to, gdzie chcę być i które miejsce jest moje, dlatego wybrałam takie koczownicze życie. Może to zabrzmi zuchwale, ale byłam tak głodna różnych doświadczeń, że chciałam spróbować wszystkiego i się nie ograniczać. Dlatego jeździłam na castingi do różnych teatrów. To czasem powodowało problemy, bo np. premiery „Nędzników i „Doktora Żywago” były w podobnym okresie, więc bywało, że próby się pokrywały, ale zawsze starczało mi energii, żeby wszystko pogodzić. Oczywiście ponosiłam ogromne koszty – robienie dwóch rzeczy naraz nigdy nie jest łatwe. Ale poznanie różnych środowisk, zespołów było tak inspirujące, że nie umiałabym wybrać. Uwielbiam to zróżnicowanie w życiu artystycznym. Mogę odpocząć od jednego spektaklu, wejść w inną postać, a potem wrócić – i to sprawia, że ewoluuję, staję się lepsza, a postaci, które gram uczą się od siebie nawzajem (śmiech). Chyba za to jestem najbardziej wdzięczna.

Co daje ten zawód, a co zabiera?

W książce Elizabeth Gilbert „Wielka magia” pojawia się pewna teoria: jeżeli twoja pasja jest tak ogromna, że pomimo tego, że cię boli, jesteś chora, tracisz część życia prywatnego, dalej w nią brniesz – znaczy, że to dobry wybór. Kiedyś to do mnie nie trafiało, wyobrażałam sobie, że moje życie to jedno, a pasja jest dodatkiem. Ale na pewnym etapie okazało się, że kosztuje mnie ona bardzo dużo i muszę sprawdzić, czy na pewno jest tego warta.

Ten zawód wiele zabiera. Ale daje tyle spełnienia, że nie oddałabym tego za nic. Zdaje mi się, że dzięki wielości przeżyć, których doświadczyłam, moje życie nie trwa trzydzieści lat, ale jakieś sześćdziesiąt.

Czy kobietom jest w tym zawodzie trudniej niż mężczyznom?

Zdecydowanie tak. Po pierwsze jest nas w musicalu więcej, a wśród głównych ról dominują męskie – chociażby w „Jesus Christ Superstar” (śmiech). Druga kwestia to sprawy domowo-rodzinne. Jednak zdaje mi się, że coraz częściej łamiemy stereotypy, a mnóstwo moich koleżanek świetnie łączy rolę mamy i pracę zawodową – choć to niełatwe.

Nie tracę nadziei, że w musicalu będzie coraz więcej ról kobiecych. Oczywiście nie chodzi o jakieś wykluczanie. To nie byłoby dobre, teatr potrzebuje obu płci, trzeba współistnieć, współgrać ze sobą. Ale większy wybór byłby ciekawą opcją.

Opowiedz o współpracy z Piotrem Rubikiem.

Nie zapomnę chwili, kiedy odebrałam od niego telefon w Kościelisku. To był 2015 rok. Piotr przedstawił się, a ja przez parę dobrych sekund nie mogłam uwierzyć, z kim rozmawiam. Okazało się, że znajoma mu o mnie powiedziała. Zaprosił mnie na próbę, a potem na nagrania do utworu „Miłość to słowa dwa”.

Cztery trasy koncertowe z Piotrkiem po Stanach Zjednoczonych to moje najważniejsze doświadczenie estradowe. Zawsze postrzegałam siebie jako aktorkę musicalową, teatralną. Współpraca z nim pokazała mi, że mogę być również wokalistką koncertową, że potrafię śpiewać z ogromnym chórem, solistami i też się w tym odnajduję.

A jak znalazłaś się w obsadzie dubbingowej „Krainy Lodu 2”?

To kolejna niezwykła historia. Od dawna bardzo chciałam spróbować sił w dubbingu, ale nie wiedziałam, od czego zacząć… Trochę też brakowało mi odwagi, żeby udać się na casting. Odłożyłam temat i wyjechałam na wakacje. Kiedy wróciłam i sprawdziłam skrzynkę odbiorczą, znalazłam w niej wiadomość od reżyserki dubbingowej z zaproszeniem na casting, który wygrałam. Nie mogłam w to uwierzyć!

To wydarzenie może być potwierdzeniem mojego motto, że czasem warto odpuścić, nie o wszystko trzeba się szarpać. Być może coś wydarza się wtedy, kiedy ma się pojawić. Bywa, że efekty naszej pracy są inne niż się spodziewaliśmy albo pojawiają się później. W swoim czasie.

Stworzyłaś fundację MUSICAMP i Dom Pracy Twórczej „Kosówka”. Jak postrzegasz ich rolę?

Pomysł warsztatów musicalowych MUSICAMP pojawił się jeszcze w trakcie studiów na Amuz w Gdańsku. Razem z ludźmi z mojego roku chcieliśmy, jadąc razem na wakacje, pokazywać, że musical jest super, zarażać nim innych. Najpierw zaprosiliśmy na warsztaty dzieci, które brały udział w musicalu „Dźwięk muzyki” w Gliwickim Teatrze Muzycznym, potem inne znajome osoby. Spotkania zaczęły być organizowane cyklicznie, właściwie dla tych samych dzieci, które wracały do nas co roku. Stworzyliśmy taką musicalową rodzinkę. Czasami robiliśmy też warsztaty zimowe, bardziej kameralne. Ta działalność pokazała mi, że mogę się spełnić w innej roli; być organizatorem, instruktorem i – może to zabrzmi górnolotnie – osobą, która inspiruje innych.

Dom Pracy Twórczej to pomysł, który tlił się we mnie od dawna. Zawsze miałam ochotę stworzyć miejsce, w którym będzie można jednocześnie odpocząć, skupić myśli, ale też działać kreatywnie. Mieszkam drugi rok w Warszawie i doświadczam tego, że kiedy przyjeżdżam do Kościeliska, mogę się wyciszyć, znaleźć odpowiedzi na pytania, na które nie ma czasu i przestrzeni w wielkim mieście i pędzie. W Domu Pracy Twórczej umożliwiamy odpoczynek ludziom, którzy chcą przyjechać do pięknego miejsca. Mogą pójść w góry, odetchnąć. Ale mogą też działać kreatywnie, robić próby, pracować nad swoimi pomysłami. Na wakacje zaplanowałam w „Kosówce” warsztaty wokalne, m.in. master class dla moich uczennic. To już osoby bardziej zaawansowane, świadome, czego chcą, pracujące nad głosem, które chcą się zagłębić w technikę i interpretację na wyższym poziomie.

Fot. Piotr Komoń

Życzenie na zakończenie?

Mam takie: chciałabym, żebyśmy odrobili lekcję z wirusa. Byśmy, gdy wrócimy do pracy – w teatrze czy gdziekolwiek indziej – mieli świadomość, że nic się nie stanie, jak się na chwilę zatrzymamy. I że możemy to zrobić w dowolnym momencie; żeby zapamiętać ten stan wyciszenia. Wydaje mi się, że dzięki temu będziemy szczęśliwsi, spokojniejsi, a nasze życie pełniejsze. To jest moje życzenie.

Oficjalne profile artystki:

Ten wpis został opublikowany w kategorii WYWIADY. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.