Robię swoje i wychodzę

Pełen sprzeczności. Wychowanek „Baduszkowej” i Teatru Muzycznego w Gdyni, który, jak mówi, do musicalu trafił przypadkiem. Wywiad stresuje go bardziej niż występ przed setkami ludzi. Twierdzi, że w musicalach woli grać niż je oglądać. Za to grono jego wielbicieli wśród odbiorców tego gatunku rośnie. Nic dziwnego – talent i wszechstronne umiejętności, które pokazuje, grając w zespole, a także w głównych rolach, są warte docenienia.

Moim rozmówcą jest Paweł Mielewczyk – aktor Teatru Roma, odtwórca roli Sky’a w „Mamma Mia”, Jana Czaplewskiego w „Pilotach”, Radamesa w „Aidzie”, a ostatnio – Faceta w „Once”.


Gosia JG: Bardzo dziękuję, że zgodził się Pan na rozmowę.  

Paweł Mielewczyk: A ja gratuluję wytrwałości! (śmiech)

Jest Pan bardzo tajemniczą postacią w musicalowym świecie. Nie ma Pana w mediach społecznościowych, trudno Pana spotkać po spektaklu. To świadomy wybór?

Zdaję sobie sprawę, że dla ludzi przychodzących do teatru kontakt z artystami, także poza sceną, może być istotny. Natomiast ja podchodzę do tego jak do mojej pracy. I chyba już zawsze tak będzie. Ktoś pracuje na budowie, ktoś inny uczy dzieci, a ja idę do teatru, robię swoje i wychodzę. Praca w zawodzie, który wykonuję, łączy się ze sporym rozgardiaszem. Poza teatrem jego magia już nie obowiązuje. Staram się całą energię skupić na tym, by wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafię. Na scenie. I tym dawać świadectwo.

Zdziwiło mnie, że był Pan stremowany rozmową. Przecież występuje Pan przed tysięczną publicznością!

Tak, w Romie na widowni zasiada tysiąc osób, ale stres związany z występem przed publicznością to nieodłączny element, niezależnie, ile tych osób jest. Myślę, że jeżeli ten stres kiedyś minie, to będzie najwyższy czas, żeby zmienić zawód. On jest potrzebny. Im bardziej aktorowi „niewygodnie” na scenie, tym lepiej to wpływa na odbiór i na całą sztukę.

Natomiast wracając do kwestii wywiadów – faktycznie powodują tremę. Kiedy występuję na scenie, nie jestem osobą prywatną, ale odtwórcą roli. Wiem, co mam robić, mam konkretne zadania do wykonania, zamknięte w pewnych ramach – i już. Natomiast kiedy wychodzę do człowieka i rozmawiam z nim bezpośrednio, nawet jeśli rozmowa dotyczy spraw zawodowych – to jednak staję jako osoba prywatna. I to już się wiąże z pewnym ryzykiem (śmiech).

Słyszałam, że jest Pan nieco zdziwiony zainteresowaniem wokół swojej osoby…

Bardzo!

Opowiem, skąd się ono bierze. Zdarzało mi się słyszeć lub czytać, jak ktoś po spektaklu, w którym grał Pan główną rolę, wracał oczarowany i przekonany, że następny chce zobaczyć właśnie z Panem w obsadzie. A kiedy okazało się, że zagra Pan główną rolę w „Once”, wiele osób poszło po raz kolejny – specjalnie dla Pana. Tak to narastało… Można to uznać za pochwałę Pana pracy.

Bardzo mi miło, że moja praca wywołuje takie reakcje. Proszę uważać, bo się zaraz zaczerwienię (śmiech).

Fot. Miron Chomacki

W takim razie już bez pochwał – zapytam o Faceta. Ile czasu miał Pan na przygotowanie się do roli?

Najpierw zapowiadano wznowienie działań teatralnych na 5 lipca. Zostałem powiadomiony na miesiąc przed tym. Dostaliśmy zielone światło, a potem okazało się, że zaczynamy tydzień wcześniej, 26 czerwca. Miałem więc jakieś trzy tygodnie. Większość czasu musiałem poświęcić na odkurzenie instrumentu (śmiech).

W szkole muzycznej uczył się Pan właśnie gry na gitarze?

Tak, chodziłem do niej przez sześć lat, ale od tamtego czasu praktyka poszła trochę do lamusa, więc musiałem sobie przypomnieć parę rzeczy.

Czyli granie na gitarze było najtrudniejsze, jeśli chodzi o spektakl?

Na pewno zajęło mi najwięcej czasu. Scenariusz – przewrotnie – nie sprawił mi aż takiego problemu, bo byłem jedyną nową osobą w składzie w tym secie i otrzymałem mnóstwo pomocy od kolegów na scenie. Oni doskonale wiedzieli, co mają robić, więc mnie było dużo łatwiej wejść w rolę. Natomiast jeśli chodzi o grę na instrumencie, to czuwał nade mną świetny gitarzysta, Artur Gierczak, grający Bankiera, ale wiadomo, że ostatecznie w przedstawieniu musiałem radzić sobie sam. Trzeba było poćwiczyć, żeby zdobyć jakąś wprawę i by nie wyglądało to śmiesznie. Tym bardziej, że w spektaklu jest sporo numerów, część solowych – toteż było to duże wyzwanie.

Muzyki w „Once” jest sporo, ale rola też przecież niemała, bo główna… Dużo przygotowań jak na trzy tygodnie.

Zastanawiam się, czy mogę o tym powiedzieć… (śmiech). W piątek graliśmy pierwszy spektakl po przerwie, a we wtorek w tym samym tygodniu mieliśmy pierwszą próbę na scenie. Była to nie tylko próba dla całej obsady, ale też działania związane z adaptacją spektaklu z mniejszej sceny na większą. Wiązało się to z przestawianiem sytuacji, rozszerzaniem scenografii, przesuwaniem fragmentarycznej choreografii, próbami światła. Wszystko zajęło cały dzień. Wtedy też uczyłem się pierwszego aktu. W środę go powtórzyłem i zacząłem się uczyć drugiego. W czwartek rano zaczęliśmy grać drugi do końca. Wieczorną pierwszą generalną udało mi się zagrać bez scenariusza w ręku. Uważam, że duża w tym zasługa moich kolegów (śmiech). No i w piątek trzeba było już wyjść i zrobić tak, żeby widz był usatysfakcjonowany. Mam nadzieję, że to się udało. Od znajomych wiem, że moja piątkowa premiera została dobrze odebrana – podobnie jak cały spektakl.

Znajomi w niedzielę byli zachwyceni…

W niedzielę grałem już na dużym luzie (śmiech).

Jak postrzega Pan Faceta? Co Pana w nim ujęło?

Po próbie generalnej, na której była moja żona, zapytałem ją, ile procentowo z postaci, którą zobaczyła na scenie, widzi we mnie na co dzień. Powiedziała, że teraz niewiele, ale wyobraża sobie, że parę lat temu, przed przyjazdem do Warszawy, mogłem taki być. Myślę, że jest w tym nieco prawdy. Facet i ja… Mam inny temperament niż on. Przez ten pierwszy tydzień walczyłem z nim trochę i grałem na biegu wstecznym. Kiedy się czuję pewnie, potrafię krzyknąć, jest mnie pełno. Natomiast Facet jest osobą bardzo wycofaną, skrzywdzoną przez los, walczącą o marzenia. Dużym wyzwaniem było, żeby tego nie spłaszczyć, by pod skórą tego bohatera było trochę więcej warstw niż tylko wstyd czy zranione przez miłość serce. Bardzo pomogły mi moje partnerki w roli Dziewczyny – Monika Rygasiewicz i Marta Masza Wągrocka. Granie z nimi było ogromną przyjemnością, a ich wsparcie ułatwiło tę moją walkę.  

Nie miałem okazji obejrzeć spektaklu wcześniej, bo byłem zajęty na Dużej Scenie, więc nie widziałem ani Mariusza Totoszki, ani Adama Krylika. Z jednej strony to dobrze, bo nie sugerowałem się sposobami, które znaleźli na tę rolę moi koledzy. Z drugiej – wykonywałem pracę u podstaw, „rzeźbiłem” od początku, tu i teraz.

Podobno ścieżka teatralno-musicalowa w Pana życiu to przypadek. A jednak zdecydował się Pan nią iść.

Aktorstwo pojawiło się w moich myślach w okresie liceum – za sprawą pedagogów, ale też znajomych. Pamiętam, że był maj i przeszło mi przez głowę, żeby wybrać się na egzaminy do łódzkiej Filmówki. Wtedy odbywał się też nabór do Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Ale w tym samym czasie miałem kontrakt z pewnym zespołem, w którym grałem na gitarze, więc nie mogłem pojechać. Obudziłem się z ręką w nocniku pod koniec czerwca. Na szczęście Baduszkowa ogłosiła drugi nabór we wrześniu. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. W ten sposób uciekłem przed wojskiem. A poza tym – to, czego miałem się uczyć, nie było tak bardzo odległe od moich dotychczasowych zainteresowań. Muzyka była dla mnie ważna, aktorstwo wydarzyło się niejako przy okazji, ale jakoś mi szło, więc zostałem. Na trzecim roku dostałem sygnały od kierownictwa, że teatr widzi mnie w swoim zespole, toteż już nie miałem właściwie czego szukać gdzie indziej. Tym bardziej, że zdążyłem się zaaklimatyzować i zakochać w tym, co się tam robi. W związku z tym zostałem tam po studium i nawet dwa lata miałem etat. Znalazłem w Gdyni swoje miejsce, co nie jest takie proste, bo to bardzo duży zespół. Jestem wdzięczny, że dostałem tę szansę. Natomiast później, przy okazji różnych zmian w teatrze postanowiłem odejść. Zrobiłem sobie przerwę od zawodu, która trwała dwa lata. Nie robiłem nic w tym kierunku, aż ktoś mi powiedział, że w Romie jest casting do „Mamma Mia”. Postanowiłem pojechać i zobaczyć, co będzie. No i siedzę tu do teraz. Jak widać, wszystko jest przypadkiem – lecę z prądem (śmiech).

Fot. Miron Chomacki

Czyli luka pomiędzy 2012 a 2015 rokiem, która się pojawia w Pana zawodowej biografii, to właśnie ta przerwa?

Tak. Chciałem sprawdzić, czy to jest to, czego pragnę. Miałem mały kryzys, postanowiłem zupełnie odsunąć się od teatru – chyba z dobrym skutkiem. Przydało mi się to, nabrałem dystansu. Po tych dwóch latach wróciłem na chwilę do Gdyni, gdzie zostałem poproszony o zagranie Motla w „Skrzypku na dachu”, bo akurat żaden z kolegów nie mógł. Pewnego razu rozmawiałem z Tomaszem Foglem, którego bardzo lubię. Spojrzał na mnie i powiedział w pewnej chwili: No i TERAZ się pracuje! Pomyślałem wtedy, że taki oddech jest czasami potrzebny.

To, że postanowił Pan zostawić gdyński Teatr Muzyczny, wynikało z przesytu, chęci sprawdzenia się w czymś innym?

Wcześniej nie miałem nawet czasu się zastanowić, czy to aby na pewno to, co chcę robić. Musiałem pędem gonić, żeby uciec przed wojskiem. Potem stwierdziłem, że może jednak nie, że może urodzi mi się jakiś inny pomysł? Trochę po hippisowsku zupełnie uciekłem. Ale jednak zatęskniłem za sceną, więc casting w Teatrze Roma i rola Sky’a w „Mamma Mia” pojawiły się w idealnym momencie.

Gdyby jednak nie musical i scena, to co?

Do tej pory się zastanawiam (śmiech). Co jakiś czas pojawia się taka myśl, żeby gdzieś skręcić, dokształcić się w jakimś kierunku… Ale tak naprawdę siedzę w artystycznym światku od 15. czy 16. roku życia, nie licząc wcześniejszej edukacji muzycznej, i nie bardzo wiem, co miałbym robić. Nie potrafię niczego innego (śmiech).

Myślę, że póki czerpię z tego przyjemność – a czerpię ogromną – na razie będę to robił. Mam nadzieję, że żadne czynniki niezależne ode mnie temu nie przeszkodzą.

W temacie castingów – nie wiem, czy dotarł do Pana jęk zawodu, kiedy okazało się, że nie zagra Pan Edwarda w „Pretty Woman”?

(Śmiech). Bardzo jest mi miło, ze ludzie tak reagują. Wiadomo, że castingi rządzą się własnymi prawami, to nie jest tylko sprawa reżysera, ale też kwestii produkcyjnych… Niejedna osoba ma coś do powiedzenia na temat obsady.

W Romie gra Pan zarówno w zespole, jak i w głównych rolach. Jak łączy się pracę nad jednym i drugim? Jest na to jakiś patent?

Nie wiem. Ja mam własny. Trzeba zaznaczyć, że jeśli angażuje się do produkcji osobę, która występuje w zespole, i jest ona ewentualnie w trzeciej obsadzie – ewentualnie, bo to nie jest gwarantowane – zespół to absolutny priorytet. We wszelkich próbach, gdzie koledzy mający role aktorskie mieli uczestniczyć, ja zostawałem w tle z wiadomych przyczyn – byłem potrzebny gdzie indziej. Tak było np. w „Aidzie”. Ale parę razy udało się być na próbie, poobserwować, nawet podłubać z kolegami nad rolą. Czasu nie było dużo, ale nigdy nie jest go zbyt wiele. To nie tak, że są trzy miesiące i pełen spokój. Nieee, gdyby to do kupy złożyć, to takiej „rzeźby” nad rolą jest może tydzień. Tak naprawdę dochodzi się do pewnej wprawy i jakiejś idei po zagraniu paru przedstawień. Dopiero wtedy to obrasta we właściwą formę.

Co do łączenia pracy w zespole i roli… Niektórzy mówią, że jak jedzą obiad i deser, to mają osobne żołądki na jedno i drugie (śmiech). Jedno nigdy nie wchodzi drugiemu w paradę. Czasem niektórzy się zastanawiają, jak to się robi, że trzeba się nauczyć tyle tekstu. Ale to nie tak jak w podstawówce, że staje się przed ludźmi i recytuje wierszyk. Tu jednak sytuacja bardzo pomaga. Uczymy się fragmentami, mamy kierunek, partnera, do niego idziemy, coś mówimy. Mamy konkretne akcje, do których tekst jest przypisany. To jest bardzo organiczne, nie trzeba mieć żadnej podziałki w głowie; po prostu dzieje się samo.

Czy już wiadomo, kiedy planowane są próby wznowieniowe do „Aidy”?

Jeżeli sytuacja na to pozwoli, próby zaczną się od 8 czy 9 września. Sam spektakl miałby ruszyć pod koniec września.

„Aida” jest bardzo absorbującym spektaklem. Jak to zrobić, by być zawsze oddanym na sto procent? Jest to w ogóle możliwe?

Myślę, że to kwestia indywidualna; moja perspektywa jest taka – publiczność chce obejrzeć bardzo konkretną i świeżą jakość. Jeżeli nie będziemy wychodzić na scenę, jakbyśmy wychodzili pierwszy raz, tej jakości nie będzie. A przecież dzisiejszy widz nie jest gorszy niż jutrzejszy czy wczorajszy. Wiadomo – są różne dni: czasami przeszkadza ciśnienie, czasami ktoś jest zmęczony, bo dzieci płakały. Ale to nie zmienia oddania. Ja staram się zawsze być stuprocentowo zaangażowany i robić tyle, ile jestem w stanie – nawet jeśli nie jestem w stanie. Kieruję się prostą zasadą – podchodzę uczciwie do mojej pracy po to, żeby widz był zadowolony, bo to on jest najważniejszy. Moje samopoczucie jest drugorzędne.

Trzeba też nadmienić, że mimo iż gramy ten tytuł non stop, siedem razy w tygodniu poza poniedziałkiem, to i tak każdy spektakl jest inny. Są oczywiście elementy powtarzalne, wiadomo: choreografia się powtarza, trzeba trzymać dźwięki. Ale są też drobne sytuacje, rzadko widoczne z perspektywy widza, które powodują, że to się nie nudzi, za każdym razem jest inaczej.

Ile postaci gra Pan w zespole w „Aidzie”? Jest chwila na oddech w trakcie trwania spektaklu?

Dzielę to na sekwencje: jest żołnierz przyboczny kapitana Radamesa, potem „dżoserowiec”, niewolnik, sędzia przy faraonie – taka „paprotka” (śmiech). Podczas pierwszych spektakli faktycznie było tak, że po zejściu ze sceny szybko biegliśmy się przebierać, bo to zajmowało najwięcej czasu. Tych przebiórek jest około jedenastu. Ale to też wchodzi z czasem w krew. Chwila na oddech się wydłuża, jest coraz spokojniej, możemy nawet kawę wypić w międzyczasie  (śmiech).

W jednej z wypowiedzi na temat „Pilotów” zwracał Pan uwagę, że Jan jest za mało sprawczy. O Radamesie chyba nie można tego powiedzieć?

Tak, to prawda. Na tego bohatera nie można patrzeć z jednego punktu widzenia. Mam nadzieję, że widoczne jest to, iż spotykamy jedną postać, a kiedy opowieść się kończy, jest ona zupełnie odmieniona. Na pewno chciałem, żeby Radames był żołnierzem, to znaczy żeby widz widział i czuł, że on naprawdę lubił najeżdżać inne kraje – jakkolwiek to brzmi. Chciałem, by ta sekwencja – jedyna w musicalu – była bardzo wyraźna. Kolejna istotna rzecz to konflikt z ojcem – należy go podkreślić, bo ma duży wpływ na przebieg fabuły, a także na relacje z główną bohaterką. Z kolei w spotkaniu z nią bardzo chciałem uzyskać efekt powolnego procesu, do którego Radames dochodzi w swoim wnętrzu; by nie było tak, że jest od razu porażony przez urodę i charakter Aidy. Mam nadzieję, że to widać; a jeśli nie, będę próbował dalej.

Ogromnym plusem spektaklu są trzy obsady. Każdy jest inny, każdy dodaje swoje trzy grosze i to wartość sama w sobie. Warto zobaczyć ten sam tytuł pod różnym kątem. Chociaż właściwie tak mi się tylko zdaje, bo nie wiem, nigdy nie oglądałem (śmiech).

Myśli Pan, że Radames po tej półrocznej przerwie będzie innym bohaterem?

Będę próbował wrócić do pierwowzoru. Ale sądzę, że po Facecie i po tak dużej przerwie będę mógł w nim odnaleźć więcej nowych, subtelnych elementów do zagrania. Jednak tak naprawdę to tylko rozważania – trzeba poczekać do momentu wejścia na scenę i spróbowania.

W Radamesie tkwi trochę „złego chłopca”. Czy jest jakiś negatywny bohater, którego chciałby Pan zagrać?

Zawsze chciałem spróbować sił w zagraniu kogoś do szpiku kości złego, kogoś z nutą szaleństwa. Natomiast nigdy nie rozpatrywałem ról w musicalu pod tym kątem. Mówiąc wprost – biorę, co dają. Każda rola czegoś uczy, z każdej staram się wycisnąć, ile się da; czasami dodając zbyt wiele, jak potem reżyserzy twierdzą (śmiech).

Natomiast rzeczywiście Radames dał mi okazję, żeby zagrać trochę grubiej ciosanego faceta, żołnierza, który lubi to, co robi, a kobiety traktuje przedmiotowo. Ciekawym doświadczeniem jest możliwość bycia na scenie zupełnie kimś innym, oderwania się od rzeczywistości. Nigdy nie doszedłem do takiego etapu, jak aktorzy hollywoodzcy, którzy wychodząc z próby, nie opuszczają postaci, nierzadko są tą osobą do momentu zakończenia zdjęć. W musicalu takiej potrzeby raczej nie ma. Myślę, że gdyby była, w przypadku grania negatywnego bohatera mogłoby to być groźne dla wszystkich wokół.

Jest jakiś typ męskich ról, których Panu brakuje na musicalowej scenie?

Wie Pani, dlaczego gram w musicalach? Żeby nie musieć ich oglądać (śmiech). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to typ rozrywki bardzo ludziom potrzebny i wielu go uwielbia. Ale moim zdaniem musical w Polsce, mimo że przeżywa złoty wiek, jeszcze nie dogania zachodnich produkcji. Zaangażowanie wszystkich powinno być nieco większe, żeby nabrało to prawdziwego impetu. To także kwestia pieniędzy, ale dużo zależy też od naszej mentalności, podejścia, że „jakoś to będzie”. Ono ciągle jest zbyt częste.

Według mnie zbyt mało robi się rzeczy, które niekoniecznie ogląda się łatwo i przyjemnie. Nie tyle o rolach bym mówił, co o samej tematyce musicali. Chciałbym, żeby były trochę bardziej angażujące, skłaniające do refleksji na wiele tematów; żeby można było nie tylko świetnie się bawić, bo to oczywiście też jest potrzebne, ale żeby było więcej „brudu”. Myślę, że to jest do osiągnięcia. Mamy zresztą w Polsce ciekawych reżyserów, którzy się taką tematyką zajmują i ją adaptują, np. Wojciecha Kościelniaka, który nigdy nie idzie na łatwiznę i zawsze drąży w poszukiwaniu drugiej strony medalu. Uważam, że takich rzeczy powinno być więcej.

Swego czasu w Gdyni, a teraz w Romie gra Pan w spektaklach dla młodych widzów. Czym różni się granie w przedstawieniu dla dzieci od pracy przy produkcji dla dorosłych?

One nie wybaczają – to najważniejsze. Czasem ludziom się wydaje, że grając dla dzieci, można trochę poskakać, powydurniać się, poudawać i one będą zafascynowane. Nieprawda – dzieci to najbardziej wyrafinowany odbiorca. Opowiem na przykładzie „Przypadków Robinsona Crusoe”, które gramy w Romie na Małej Scenie. To długi spektakl, a nierzadko na widowni są bardzo młodzi widzowie. Żeby przykuć ich na dwie i pół godziny, trzeba się naprawdę mocno zaangażować. Nie ma możliwości, żeby na chwilę odejść od postaci, odpuścić, dzieci od razu to wyłapują. Przestaje być to dla nich zajmujące, ziewają, kładą się itp. Nam się póki co udawało – ogromna w tym zasługa reżysera, Jakuba Szydłowskiego, który świetnie „Robinsona” wymyślił. Często się zdarza, że nie słyszymy, co robimy na scenie, bo dzieciaki nam dogadują, przekrzykują nas. Z jednej strony to trudne, ale z drugiej bardzo miłe, bo wiemy, że są uczestnikami zaangażowanymi całkowicie. To największa satysfakcja i nagroda.

Jest Pan kolejną osobą, która podkreśla, jak dobrze się współpracuje z Jakubem Szydłowskim.

To człowiek teatru. Jeśli coś tworzy, wchodzi w to na sto procent. Doskonale wie, czego oczekuje od aktora. Pewnie bierze się to stąd, że wie, czego mu przez te lata, kiedy pracował jako aktor, brakowało we współpracy z reżyserem. Nie ma problemu, żeby obdarzyć Kubę całkowitym zaufaniem. Jeśli współpracuje się z kimś, komu nie do końca się ufa, mocno się to przekłada na rolę, na całość przedstawienia. W przypadku Kuby, niezależnie do tego, co każe mi wykonać, wiem, że to jest po coś i że będzie to dobre. Dzięki temu szybciej się uczę, rozwijam się w ten sposób, a spektakl na tym zyskuje. On doskonale wie, co robi. Stoję za nim całym sercem.

Która z dotychczasowych ról była dla Pana największym wyzwaniem?

Na pewno najbardziej angażujący fizycznie jest Robinson – to dwie godziny ostrego zasuwania po scenie, mimo że to przecież spektakl familijny. Tam nie ma czasu na odpoczynek. Wraz z Januszem Krucińskim, z którym dzielę rolę, mamy podobne doświadczenia – po przedstawieniu schodzimy jak z krzyża zdjęci (śmiech). Jeśli chodzi o kwestie charakterologiczne, Radamesa chyba bym tu nie przywoływał, bo miałem dużą radość z wcielania się w tę postać ze względów, o których już rozmawialiśmy – po prostu jestem zły, zły i czarny od środka (śmiech).

I nareszcie można było to pokazać…

Chociaż przez krótką chwilę, tak (śmiech).

Natomiast Facet mógłby być tutaj przykładem, chociażby dlatego, że musiałem go bardzo mocno hamować. Jestem jednak trochę innym charakterem, bardziej „do przodu”, tu sobie przeklnę, tam krzyknę, a jednak w tej roli nie o to chodziło. I ta gra na wstecznym biegu była dla mnie uciążliwa, przynajmniej na początku.

Zdarza się Panu słuchać muzyki z musicali?

Wielu moich znajomych to muzycy i często słucham tego, co mi podrzucają. To zespoły grające nowoczesny jazz, muzykę instrumentalną, czasami jakieś nowe r’n’b, zdarza się muzyka elektroniczna. Musicali słucham głównie wtedy, kiedy się trzeba do czegoś przygotować albo wtedy, kiedy któryś ze znajomych czy kolegów z garderoby przyniesie coś ciekawego, nowego, czym się zachwycę. Ale nie jest to muzyka, której słucham na co dzień.

Kojarzy mi się Pan też z cięższymi brzmieniami.

Tak, to prawda, o tym nie mówiłem, ale dość często słychać u mnie brzmienie gitar, czasami metalowe, czasami trochę lżejsze. Lubię taką muzykę.

Co jest najtrudniejsze w codziennym funkcjonowaniu rodziny związanej z teatrem?

Trzeba zaznaczyć, że od kiedy urodził się nasz syn, moja żona jest trochę dalej od teatru, więc sytuacja się diametralnie zmieniła. To, co najtrudniejsze, jest jednocześnie najpiękniejsze i najbardziej tę sytuację ułatwia. Poznaliśmy się w Romie i parę lat pracowaliśmy ze sobą codziennie, byliśmy razem dwadzieścia cztery godziny na dobę. To bywa niełatwe, trzeba poszukać buforu bezpieczeństwa… Jednak z drugiej strony dzięki temu doskonale rozumiemy specyfikę naszego zawodu. Obecnie, w sytuacji, kiedy moja żona nie pracuje już ze mną, mogę wrócić do domu i porozmawiać z nią o tym, co się wydarzyło, o tym, jakie mam przemyślenia dotyczące pracy. I ona to doskonale rozumie. To zdecydowanie najpiękniejsze.

Jednak organizacja dnia może być trudna.

Tak, i tutaj ogromna zasługa i nieoceniona pomoc moich teściów, którzy są na miejscu. Na początku najbardziej przerażające było to, że żona po urlopie macierzyńskim zaczęła pracować w firmie. Od ósmej do szesnastej była w pracy, z kolei ja o 16.30 wyjeżdżałem do teatru. Spędzałem ranek z dzieckiem, ona wracała, przejmowała je, ja jechałem do pracy. To było trudne, bo widywaliśmy się właściwie tylko w weekendy, i to też przez chwilę.

Praca aktora musicalowego jest bardzo „fizyczna”. W jaki sposób utrzymuje Pan formę? Słyszałam, że m.in. dzięki boksowi.

To faktycznie jest praca fizyczna. Część mojej rodziny, kiedy pierwszy raz wpadła na spektakl do Romy, komentowała: Eeee, masz taką fajną robotę, tu sobie potańczysz, tu sobie pośpiewasz, super! A ja wtedy myślałem: Chcesz się zamienić na tydzień? Jest trochę tak, że jeśli codziennie robimy to, co robimy, forma utrzymuje się sama. Wystarczy tydzień czy dwa kwarantanny, żeby to zaprzepaścić (śmiech). Natomiast w boksie odnalazłem dużo radości. Nie trenuję po to, żeby bić ludzi na ulicach. Tak zmęczony, jak po treningu, nie byłem chyba nigdy, po żadnej choreografii. To zupełnie inny rodzaj wysiłku. Boks to uzupełnienie, traktuję go hobbystycznie, natomiast forma utrzymuje się sama przez chodzenie do pracy. Wrócą próby, wróci forma (śmiech).

Gdzie widzi się Pan zawodowo za pięć lat?

Jak się zdążyła Pani zorientować, nie jestem człowiekiem, który daleko wybiega w przyszłość. Natomiast czasem myślę o tym, by wyjść ze strefy komfortu, jaką jest musical. Może stanąć przed kamerą? To jest oczywiście bardzo odległe i wymaga poświęcenia czasu i energii. Ale spróbować – dlaczego nie? Jeżeli będę miał taką okazję, chętnie z niej skorzystam. Natomiast jeśli chodzi o musical – nie mam zielonego pojęcia. Wiadomo, że miejsca w Romie nie mam dożywotnio, być może będę musiał szukać innego. Liczę się z tym. Dzięki Bogu Jakub Szydłowski został dyrektorem artystycznym Teatru Muzycznego w Łodzi, więc mam chyba miejsce, do którego mogę się zwrócić, jak już mu posmarowałem (śmiech). Nie mam w dorobku zbyt wielu miejsc, bo tak naprawdę to tylko Gdynia i Roma, więc zostało mi jeszcze kilka teatrów do zwiedzenia.

„Tylko” Gdynia i Roma, było nie było, największe musicalowe sceny w Polsce…

Oczywiście, nie chcę tego umniejszać. Natomiast sporo powstało tych scen w Polsce przez ostatnie dziesięć lat. To bardzo dobry sygnał, bo jest nas, „specjalistów” w zawodzie, coraz więcej, i wielu kolegów może szukać pracy w różnych miejscach. Mam nadzieję, że mnie też się uda w niedalekiej przyszłości zwiedzić te, w których jeszcze nie dane mi było grać, przedstawić się trochę szerszemu gronu.

Tego Panu życzę i bardzo dziękuję za rozmowę.


Serdeczne podziękowania dla pani Magdaleny Mielewczyk za pomoc w przeprowadzeniu rozmowy.

Ten wpis został opublikowany w kategorii WYWIADY. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.