Tarte à la carte! „Waitress” w Teatrze Muzycznym ROMA

Czy komuś się to podoba, czy nie, Teatr Muzyczny ROMA traktowany jest w naszym kraju jako wizytówka musicalu. Na scenie przy Nowogrodzkiej w ciągu ponad dwudziestu lat pojawiły się najbardziej znaczące tytuły z klasyki gatunku, a wiele inscenizacji przeszło do legendy. Obrotowa scena w „Nędznikach”, padający deszcz w „Deszczowej piosence” – kolejne przedstawienia zachwycały pomysłami, olśniewały scenografią i kostiumami. Nic więc dziwnego, że teatr pod kierownictwem Wojciecha Kępczyńskiego wyrobił sobie opinię najbardziej widowiskowego.

Jeśli ktoś nie jest zagorzałem fanem musicali, a będzie chciał zobaczyć taki spektakl, często zdecyduje się właśnie na ROMĘ – ze względu na wspomnianą spektakularność. Bo przecież skoro musical, musi być efektownie. Jednak wśród wielbicieli gatunku pojawiały się w ostatnich latach głosy, że w kolejnych produkcjach nadużywa się ekranów ledowych, a technologia bliska kinowej wypiera teatralnego ducha.

Czy spektakl „Waitress”, który po perypetiach wynikających z sytuacji pandemicznej ostatecznie miał polską premierę 30 maja 2021 roku, jest w stanie spełnić oczekiwania różnych grup odbiorców? Co kryje się za drzwiami knajpki „U Joego” (z trudem przechodzi mi przez klawiaturę neologizm „tartownia”)?

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Przedstawienie jest adaptacją amerykańskiej komedii z 2007 roku pod tym samym tytułem, napisanej i wyreżyserowanej przez Adrienne Shelly (ten filmowy rodowód będzie miał swoje konsekwencje, o czym nieco później). Dzięki „Waitress” gwiazda wokalistki, kompozytorki i pianistki Sary Bareilles zajaśniała wyjątkowo mocno na musicalowym firmamencie. Artystka stworzyła muzykę i teksty piosenek do libretta Jessie Nelson, a później także zagrała w spektaklu główną rolę – chociaż nie w premierowej obsadzie. Warszawska wersja została zrealizowana pięć lat po broadwayowskiej, co, jak podkreślają jej twórcy, jest rekordowym czasem, jeśli chodzi o pojawienie się kasowego musicalu na rodzimej scenie.

W opowieści splatają się losy trzech pracujących „U Joego” kelnerek. Jenna, specjalistka od wymyślania i pieczenia uwielbianych przez klientów knajpki tart o poetyckich nazwach, na co dzień bierna i przygaszona, lekceważona przez męża, tkwi w przemocowym związku i ledwie wiąże koniec z końcem. Nieplanowana ciąża zdaje się dalszym ciągiem jej kłopotów, chociaż nieoczekiwanie okazuje się też początkiem namiętnego romansu… z ginekologiem. Pozbawiona perspektyw, ale odrywająca od trudnej rzeczywistości relacja jest swego rodzaju katalizatorem zmian. Jenna dostrzega, że nie musi tkwić w schemacie, w którym powtarza życie swojej matki, dręczonej przez ojca. Na horyzoncie, jak prezent od losu, pojawia się konkurs pieczenia tart, a wszyscy wokół powtarzają, że powinna wziąć w nim udział.

Agnieszka Przekupień to wymarzona Jenna. Przejmująco prawdziwie pokazuje pozbawioną fajerwerków codzienną egzystencję swojej bohaterki, która na początku nie widzi szansy na jakikolwiek przełom. Przekonująco, bez cukierkowej słodyczy oddaje dojrzewanie Jenny do bycia matką. Niezwykłe wrażenie robi, gdy pozostaje na scenie sama. Mimo dużej przestrzeni wokół potrafi swoją kameralną grą stworzyć nastrój intymności i niezwykłej bliskości z pojedynczym widzem. „Miałam jej twarz”, najpiękniejszy song spektaklu, to w jej wykonaniu konglomerat ogromnych emocji, których nie sposób nie poczuć: bólu, rozpaczy i rozczarowania.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Druga z kelnerek, Becky, o swoim niełatwym życiu mówi z dużą dozą autoironii. Jest bezpośrednia, nawet krzykliwa, a jej przebojowość świetnie podkreśla charakteryzacja prowincjonalnej ślicznotki. Ma dobre serce i nie skarży się na swój los. Kiedy ten podsuwa jej możliwość chwilowej odmiany i zaznania odrobiny namiętności, skwapliwie z tego korzysta. Bo życie doświadczyło ją na tyle, że nie ma zamiaru za nic przepraszać.

Sylwia Różycka, dla której rola w „Waitress” to debiut na scenie ROMY, jest objawieniem. Konkretna, mocną kreską rysowana postać Becky nie jest karykaturalna, aktorka potrafi ją ocieplić drobnym gestem, uśmiechem czy spojrzeniem. Zachowania bohaterki wywołują salwy śmiechu, ale mimochodem także wzruszają (jak wtedy, kiedy opowiada, dlaczego nie zostawi męża). Artystka zachwyca wokalnie, a „Jakoś tak wyszło” uderza imponującą siłą głosu i odważną interpretacją.

Dawn, trzecia kelnerka, nieco zdziwaczała wielbicielka History Channel i historycznych rekonstrukcji, gorączkowo poszukuje tego jedynego. Za namową koleżanek postanawia założyć profil na portalu społecznościowym. Tak Lasencja poznaje Spoxa – mieszkającego wciąż z mamusią, rymującego przy każdej okazji wielbiciela amerykańskiej konstytucji… i historii, któremu udało się nawet zagrać na scenie Hamiltona. Co prawda nie w tej inscenizacji, którą mieliście na myśli, ale czy to ważne? Istotne, że tych dwoje pasuje do siebie jak gwiazdy i pasy na amerykańskim sztandarze.

W tym momencie warto wrócić do filmowej genezy musicalu, bo implikuje ona takie, a nie inne przedstawienie postaci. Wątek Spoxa i Dawn jest po amerykańsku „rozkrzyczany”, a jego bohaterowie przejaskrawieni do granic, jak w sitcomach. Za pierwszym razem ich historia bawi zaskakującymi żartami sytuacyjnymi i dialogami, ale oglądana po raz kolejny – już dużo mniej. Nie upatruję w tym winy aktorów. W taki sposób została skonstruowana. Jednak zestawienie jej z dramatycznymi obrazami przemocy domowej powoduje dysonans odbiorczy.

Wspomnianego wyżej Spoxa, gdyby nie był bohaterem wątku komediowego, można by określić mianem stalkera, ale innym mężczyznom w „Waitress” również daleko do bycia książętami z bajki. Earl jest archetypicznym przykładem męża przemocowca. To prostacki, arogancki, przekonany o własnej wyjątkowości egoista i manipulant, stosujący wobec żony emocjonalny szantaż. Żaden szef nie dorasta mu do pięt, żadna praca nie jest odpowiednia, za to bez skrupułów zabiera Jennie z trudem zarobione pieniądze. Janusz Kruciński portretuje Earla bez cienia taryfy ulgowej. To nie atrakcyjny bad boy (a przecież aktor miałby po temu warunki), ale całkowicie odpychająca kreatura.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Komediowo poprowadzone relacje między Jenną a doktorem Pomatterem są zabawne, ale bardziej wyważone w proporcjach niż wątek Dawn i Spoxa, dlatego ogląda się je bez poczucia rozdźwięku w głowie (pod warunkiem, że zapomni się o leżącej u podstaw związku małżeńskiej zdradzie, nad którą to kwestią fabuła musicalu bez zająknięcia się prześlizguje). Janek Traczyk jako Jim Pomatter tym razem ma okazję zaprezentować komediowe emploi – odmienne od wcześniejszego, dramatyczno-lirycznego, ale równie jak tamto przekonujące. Jest w nim lekkość, swoboda i sporo zabawy rolą. Warto oglądać go z bliska, wtedy doskonale widać mimikę i drobne gesty, z których aktor tworzy postać.

Najbardziej wyjątkowym mężczyzną okazuje się zgryźliwy starszy pan, właściciel knajpki, maruda i malkontent, za to zaskakująco spostrzegawczy i niespodziewanie wielkoduszny. W Joem granym przez Wojciecha Machnickiego można się zakochać. Co za klasa i styl! Jest ujmujący, kiedy tańczy z Jenną i śpiewa „Z doświadczenia to wiem”, a scena z jego udziałem pod koniec spektaklu należy niewątpliwie do tych najbardziej wzruszających.

Przy okazji premiery „Waitress” pojawiały się wypowiedzi twórców, że to spektakl o sile kobiet, wręcz feministyczny. I owszem, pokazuje kobiety biorące sprawy w swoje ręce, bo nie mają innego wyjścia. Ale rozwiązania fabularne, zgodnie z którymi odnajdują one szczęście albo u boku mężczyzny, albo w macierzyństwie, wpisują się w utrwalony patriarchalny model i nie mają w sobie nic wywrotowego. Opowieść ani na chwilę nie wychodzi poza ramy typowego amerykańskiego scenariusza. Oferuje wspaniałe zbiegi okoliczności i cudowne wyjścia z sytuacji. Czy to źle? Wszyscy czasem potrzebujemy pokrzepiających happy endów, nawet jeśli wiemy, że w życiu zdarzają się rzadziej niż byśmy chcieli.

„Waitress” zachwyca profesjonalizmem, do którego ROMA swoich widzów przyzwyczaiła, ale może nie zadowolić tych, którzy będą oczekiwać spektakularności i blichtru. W oryginale spektakl pozbawiony jest elementów tanecznych – tu je dodano (można się zastanawiać, czy we wszystkich scenach było to uzasadnione), jednakże daleko im do porywających grupowych układów znanych z innych przedstawień. Nie ma olśniewających kostiumów (trudno, by zwyczajne kelnerki ubierały się w oszałamiające kreacje). Za to przeciwnicy używania ledowych ekranów powinni być zadowoleni, bo w tym spektaklu z nich zrezygnowano, a tradycyjna scenografia została funkcjonalnie i pomysłowo wykorzystana. Spektakl nie zawodzi, jeśli chodzi o bardzo dobre aktorstwo, a artyści zachwycają nawet w niewielkich rolach (nie wspomniałam wcześniej o wspaniałej Normie Izabeli Bujniewicz).

Na tle niektórych współczesnych musicali, niestroniących od ukazywania w pogłębiony sposób trudnych kwestii, takich jak choroba psychiczna czy samobójstwo, „Waitress” pozostaje głównie rozrywką. Dobrej jakości, sprawnie zrealizowaną, świetnie zagraną; owszem, dotykającą skomplikowanych ludzkich relacji i problemów, ale w podsuwanych rozwiązaniach niewychodzącą poza schemat słodko-gorzką opowieścią ku pokrzepieniu serc. I jako taką z pewnością warto ją zobaczyć.  

„Waitress”, Teatr Muzyczny ROMA, 9 pażdziernika 2021r.

Reżyseria: Wojciech Kępczyński

Jenna – Agnieszka Przekupień
Becky – Sylwia Różycka
Dawn – Ewa Kłosowicz-Bociąga
Doktor Pomatter – Janek Traczyk
Cal – Krzysztof Cybiński
Spox – Wiktor Korzeniowski
Joe – Wojciech Machnicki
Earl – Janusz Kruciński
Norma – Izabela Bujniewicz
Francine Pomatter – Patrycja Mizerska
Ksiądz – Krzysztof Bartłomiejczyk
Lulu – Zuzanna Bącal

Ten wpis został opublikowany w kategorii MUSICALE. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na Tarte à la carte! „Waitress” w Teatrze Muzycznym ROMA

  1. Mad_Ona pisze:

    „pod warunkiem, że zapomni się o leżącej u podstaw związku małżeńskiej zdradzie, nad którą to kwestią fabuła musicalu bez zająknięcia się prześlizguje”
    – zdanie roku!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *