Legenda ożywiona – „Żółta Dama”

Na przełomie XIX i XX wieku sporą popularnością cieszyły się tzw. żywe obrazy. Moda na nie dotarła do Polski z Francji – tam tableaux vivants pojawiły się w II połowie XVIII wieku. Były to rekonstrukcje dzieł malarskich lub rzeźb z udziałem ludzi, a biorący w nich udział odtwarzali jak najwierniej daną scenę – stroje, pozy, gesty i mimikę postaci. Chętnie oddawała się tej rozrywce m.in. młodzież ziemiańska.

Oglądając „Żółtą Damę” w Mazowieckim Teatrze Muzycznym, nie mogłam się uwolnić od skojarzeń z tą zabawą. Jak się okazało – niebezpodstawnie. Przeczytałam potem w programie spektaklu wypowiedź reżysera, Karola Urbańskiego, w której wspomniał o takiej inspiracji.

„Żółta Dama – legenda muzyczna” (zapowiadana przez wysmakowany plakat Andrzeja Pągowskiego) odwołuje się do podania związanego z zamkiem w Liwie na Mazowszu. Liwski kasztelan, Marcin Kuczyński, ożenił się z Ludwiką Szujską. Przekazy głoszą, że nie była szczególnie urodziwa, natomiast w przedstawieniu obdarzono ją nie tylko nieprzeciętną urodą, ale i umiejętnością gry na harfie. Ludwika kochała męża, on ją również, jednakże był też o nią niezwykle zazdrosny. Uczucie to spotęgowało się, kiedy w tajemniczych okolicznościach zaginął drogocenny pierścień, który podarował małżonce, a potem – kolejny… Dla kasztelana okoliczności te stały się potwierdzeniem niewierności Ludwiki i doprowadziły do tragicznych konsekwencji (zamek zaś zyskał w ten sposób swego ducha – bo przecież każdy szanujący się obiekt tego typu jakiegoś ducha mieć powinien).

Fot. Archiwum MTM

Twórcy ukazali w spektaklu naprzemiennie wydarzenia z teraźniejszości i przeszłości. Liwskie ruiny zwiedzają dziadek (Krzysztof Tyniec) i jego wnuczka (Nela Konarzewska). Nastolatka, najpierw znudzona oglądaniem „starych murów”, z czasem coraz bardziej wciąga się w opowieść o czasach minionych i miłości pokonanej przez zazdrość. Kiedy dziadek relacjonuje Kasi kolejne części legendy, na scenie oprócz nich nie ma nikogo, a na ekranach w tle widzowie oglądają projekcje multimedialne. Następnie współcześni bohaterowie milkną i odchodzą na bok, by ustąpić miejsca aktorom i tancerzom, ilustrującym opowiadany przed chwilą fragment.

Najważniejszą rolę w scenach obrazujących wydarzenia z przeszłości pełni kilkuosobowy zespół baletowy. Z przyjemnością ogląda się żywiołowe układy choreograficzne, które dynamizują widowisko, jak taniec ptaków; bardziej statyczne, np. sceny sądu z zakapturzonymi postaciami, intrygują i wprowadzają element niepokoju.

Fot. Archiwum MTM

Złowróżbny klimat budują też całkiem udatnie „malarskie” projekcje Zuzanny Grzegorowskiej – szczególnie te z padającym za oknami zamku deszczem czy poruszającymi się na wietrze drzewami. Zwraca uwagę ładna gra światłem w scenach pojawiania się Żółtej Damy. Ogromną zaletą jest muzyka na żywo (autorstwa Mikołaja Hertla). Jedenastoosobowy zespół muzyczny robi wrażenie szczególnie w utworach instrumentalnych, będących tłem dla występów tancerzy.

Największy problem stanowi dla mnie sama legenda. Doceniam chęć sięgania do polskiej kultury i czerpania ze skarbca regionalnych podań, jednak niezbyt rozbudowana fabularnie opowieść (można ją streścić w kilku zdaniach) jest zbyt wątłą podstawą spektaklu. Kasztelan i jego żona to bardziej postacie-znaki niż bohaterowie z krwi i kości. Brakuje pogłębionych, wyrazistych charakterów, a emocje są raczej deklaratywne niż namacalne. Przemysław Glapiński i Kinga Taront nie mają okazji, by wykazać się aktorskimi umiejętnościami. Krótkie śpiewane przerywniki (trudno je nazwać pełnoprawnymi utworami) nie pozwalają też zaprezentować wokalnej klasy artystów, co do której przecież nie ma wątpliwości.

Spektakl określany jest jako familijny, zastanawiam się jednak, kto naprawdę miałby być jego adresatem. Moja belferska dusza nie może nie docenić waloru edukacyjnego – w scenach balowych prezentowane są tańce narodowe (polonez, krakowiak), libretto ładnie tłumaczy różnicę między legendą i baśnią. Ale dla młodszych dzieci treść podania i jego dość mroczny klimat mogą się okazać zbyt przytłaczające. Nieco starszych, nastoletnich widzów może znudzić monotonna, powtarzalna struktura samej realizacji. Z kolei fabuła, dotycząca podejrzeń o zdradę i niszczącej siły zazdrości, skierowana jest raczej do widzów dojrzalszych.

Twórcy podkreślają, że to, co oferują widzom, to nie musical, a – jak wynika już z tytułu – „legenda muzyczna”. Czy „żywe obrazy” z towarzyszeniem muzyki są dla współczesnego odbiorcy interesującą propozycją? Trzeba przekonać się samemu.

„Żółta Dama – legenda muzyczna”, Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury, 19 lutego 2022r.

Muzyka – Mikołaj Hertel
Libretto – Grażyna Orlińska
Reżyseria i choreografia – Karol Urbański
Kierownictwo muzyczne – Mieczysław Smyda
Kostiumy i projekcje multimedialne – Zuzanna Grzegorowska
Reżyseria światła – Maciej Igielski

Dziadek – Krzysztof Tyniec
Kasia – Nela Konarzewska
Ludwika – Kinga Taront
Kasztelan – Przemysław Glapiński
oraz balet, zespół wokalny i zespół muzyczny MTM

Ten wpis został opublikowany w kategorii INNE SPEKTAKLE i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.