Najpiękniej jest robić to, co w duszy gra

O „Morderstwie dla dwojga”, wymarzonej roli i pracy artystów – druga część rozmowy z Marcinem Sosińskim

Najnowszy spektakl, w którym zagrałeś, „Morderstwo dla dwojga”, określasz mianem wyjątkowego dla siebie.

Zdecydowanie tak. Jakiś czas temu byłem na takim etapie życia, że postanowiłem zrezygnować z aktorstwa. Z wielkim żalem, ale doszedłem do wniosku, że nie mogę już sobie na to pozwalać. Zbyt wiele rzeczy w tym zawodzie zaczęło mnie denerwować. I wtedy nagle pojawił się casting, w którym jak wół były podane wymagania idealnie mnie opisujące: aktor śpiewający, grający na fortepianie… Na początku wcale nie chciałem się zgłaszać, ale rodzice mnie namówili, bym się zdecydował, za co jestem im niezmiernie wdzięczny. Byłem przekonany, że jestem brany pod uwagę jako Marcus. Zerknąłem na broadwayowską obsadę i uznałem, że do tej roli pasuję. Byłoby to nie lada wyzwanie. Nie przypuszczałem, że zagram Podejrzanych, chociaż nie ukrywam, że bardzo chciałem, bo to taka moja rola-marzenie. Tym bardziej, że wtedy uważałem, iż dobrze by było zagrać coś interesującego na pożegnanie. Wiem, brzmi to teraz ostro i może niewiarygodnie, ale naprawdę tak myślałem.

Dlaczego ten tytuł jest dla mnie tak wyjątkowy? Przywrócił mi wiarę w radość z robienia teatru. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy dołożyli swoją cegiełkę do powstania tego przedstawienia. Bardzo się cieszę, że spektakl pojawił się w Polsce i że miałem okazję go współtworzyć. Bo najwspanialsze podczas pracy przy tym tytule było to, że okazała się ona niezwykle twórcza. Myślenie, jak rozwikłać jakiś problem, „ugryźć” daną scenę – to mnie najbardziej kręci.

Fot. Piotr Manasterski/ Archiwum Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego

Przedstawienie jest zdecydowanie trudne i pracochłonne. Na scenie ze mną jest tylko jeszcze jeden aktor – Wojtek Łapiński albo Maciek Makowski. Maciek to aktor doświadczony, ale Wojtek – jeszcze student, on ma trochę ponad 20 lat! Niesamowite, że z całej Polski wybrano naszą trójkę, kompletnie różne osobowości. Ale co racja, to racja – te role wymagają niezwykłych umiejętności jak na aktora, a takie posiada tylko niewielu aktorów w całej Polsce. Ostatecznie wybrano właśnie nas i za to jestem niezwykle wdzięczny, bo to wspaniali ludzie!

Tak naprawdę „Morderstwo dla dwojga” jest zbudowane na tym, jak rolę tworzy Marcus, który „skleja” ten spektakl. Wspaniale jest grać Podejrzanych, ta kreacja to cudowny showmański popis, ale za każdym razem będę podkreślał, jaką robotę ma w tej sztuce do wykonania Marcus Moscowicz. Gdyby nie on, nie byłoby Podejrzanych! Tu jest potrzebne superpartnerstwo sceniczne.

„Morderstwo dla dwojga” przywróciło mi wiarę w tworzenie teatru. Granie tego tytułu jest dla mnie ogromną radością, uwielbiam dawać ludziom śmiech, cudownie, że mogę to robić poprzez formę, którą kocham. A do tego mogę zaprezentować mnóstwo różnych umiejętności, bo kreuję trzynaście postaci, gram na fortepianie, jednocześnie dialoguję i nawet tańczę.

 Jak tworzy się tylu różnych bohaterów i jak przeistacza się z jednego w drugiego w ciągu kilku sekund?

W scenariuszu jest dziesięciu podejrzanych, dwie postaci w retrospekcji oraz akompaniator – czyli ja jako aktor na scenie. Każdy bohater musi być przemyślany, mieć przeszłość i teraźniejszość, musi dokądś dążyć. Nie może pozostać jednowymiarowy. Podczas przedstawienia trwa więc nie jeden proces aktorski, a trzynaście. Można się pogubić, ale na szczęście nie byłem w tej pracy sam. Dużo wolnej ręki dostałem od reżyserki, Agnieszki Płoszajskiej. Jednocześnie w chwilach zwątpienia otrzymywałem od niej mnóstwo przydatnych rad.

W przypadku budowania tylu postaci przez jednego aktora ruch jest nadzwyczaj istotną kwestią. Informuje o tym, kim dana osoba jest, zanim ona się odezwie. Jako lalkarz lubię zaczynać od pracy z ciałem, uwielbiam teatr pantomimy, jestem w tym dobry, toteż wiedziałem, że skoro mam taką, a nie inną robotę do wykonania, muszę wykorzystać tę umiejętność. Michał Cyran, odpowiedzialny za ruch sceniczny, przystawał na to, co proponowałem, przedstawiając jednocześnie wiele swoich świetnych pomysłów, a nasze działania świetnie się zgrywały. To była piękna współpraca.

W wersji broadwayowskiej i innych, które są grane na świecie, większość bohaterów ma swój rekwizyt – np. Dahlia okulary, chłopaki z chóru – czapki z daszkiem noszonym do przodu, do tyłu lub na bok. To symbole, które pozwalają widzowi łatwiej odnaleźć się w tej historii. Ale my, wariaci, uznaliśmy, że zrobimy „Morderstwo…” bez rekwizytów. Jak się okazuje, wszystko można zrobić w ciele, np. znaleźć jakiś charakterystyczny gest. I oczywiście w głosie.

Mam co prawda doświadczenie dubbingowe, więc wiedziałem, jak „odnaleźć” poszczególne głosy, jak sprawić, żeby granie różnymi było dla mnie komfortowe. Ale jak śpiewać nimi piosenki? Każda z postaci ma swoją i musi wykonać ją inaczej. W większości wystawień na świecie w rolach podejrzanych występują mężczyźni, ale więcej jest do zagrania bohaterek kobiecych. A zaśpiewać piosenki jako różne kobiety – to była rzeczywiście bardzo trudna praca. Np. jedną z piosenek, duet z Marcusem, piękną, liryczną kompozycję mam śpiewać tak, jakby to robiła młoda dziewczyna. Odnajdywanie tej delikatności w głosie było wielką przygodą. W tym miejscu kłaniam się Paulinie Grochowskiej, która jako trener wokalny prezentuje poziom absolutnie wybitny, broadwayowski. Jej pomoc w wydobyciu różnych głosów była nieoceniona.

Próby muzyczne trwały bardzo długo, bo poza kwestiami wokalnymi była też niełatwa praca pianistyczna. My nie tylko sobie nawzajem akompaniujemy, a potem kończymy akompaniament i zaczynamy scenę. To jest cały czas płynne, zmienia się, nakłada na siebie, dialogujemy w trakcie grania. Maciek Makowski mówił, że dla niego to też wyzwanie, bo nigdy w spektaklu musicalowym nie śpiewał, a nagle okazało się, że ma to robić, do tego grać, grając, sam sobie zaśpiewać, jeszcze podawać dialogi. Może tego nie widać na pierwszy rzut oka, ale Marcus też ma rozdwojenie (śmiech).

Nie uniknę tego pytania – która z postaci w „Morderstwie dla dwojga” jest Twoją ulubioną?

Za każdym razem inna. Podczas wczorajszego spektaklu czułem, że na nowo obudziła się we mnie miłość do Dahlii. To, co mogę robić na scenie jako pani Whitney, jest niesamowite i wyzwalające. Lubię też primabalerinę, która nie boi się swego ciała, cechuje ją wyjątkowa zmysłowość. Odnalezienie się w postaci Barette Lewis było dla mnie niezwykle przełomowe. Pamiętam z prób, że musiałem być stuprocentowo skoncentrowany i „w postaci”, bo jeśli na moment wyszedłem z roli, a graliśmy akurat z Marcusem np. scenę intymną, momentalnie się „gotowałem” i nie mogłem przestać śmiać. Bardzo ważna jest dla mnie postać Steph. Uważam, że obok Marcusa to druga główna bohaterka, która przecież towarzyszy mu w prowadzeniu śledztwa. Trzeba ją zaprezentować jako nieco charakterystyczną, ale bez przesady i przerysowania. Ma być naturalna i „pasować” do Marcusa. To było wyzwanie – pokazać wiarygodnie zwykłą dziewczynę. Oczywiście uwielbiam Dzieciaki, całą trójkę. Timmie byłby moim kumplem, pod jego skrzydłami niczego bym się nie bał i razem z nim rządziłbym na dzielni.

Cóż… Każdą z tych postaci musiałem pokochać, żeby ją zagrać. Każdą starałem się tak przeprowadzić przez tę opowieść, żeby coś przeżyła i jakoś się rozwinęła. Jeśli mam więc wybrać jedną – wybieram Podejrzanych (śmiech).

Wielu aktorom moment, kiedy zakładają kostium, robią makijaż sceniczny, pomaga w odnalezieniu się w odtwarzanej postaci. Ty grasz ich aż tyle, nie mając takiego „zabezpieczenia”.

I tutaj ratuje mnie wspomniana trzynasta postać, którą nie każdy zauważa, zliczając bohaterów. To aktor-akompaniator na scenie, którego bardzo świadomie sobie wytworzyłem i „przeprowadziłem” przez cały spektakl. Staję się nim w chwili, kiedy nakładam kamizeleczkę itd. To on wychodzi zagrać pozostałych dwunastu.

Przyznajesz, że kiedy wchodziłeś w świat musicalu, właściwie go nie znałeś. Czy teraz potrafiłbyś wskazać wymarzoną rolę?

Obserwuję, co się dzieje w świecie musicalowym, ale jeszcze zbyt mało tytułów widziałem, żeby nazywać siebie znawcą każdego z nich. Mam jednak olbrzymią świadomość formy, jaką jest musical, oraz doświadczenie dzięki wieloletniej praktyce scenicznej. Muzykiem byłem od zawsze, stałem się też wokalistą i aktorem, piszę musicalowe kompozycje, wystawiam własne teksty, reżyseruję muzyczne sztuki… Kurczę – wychodzi na to, że rzeczywiście mogę mieć coś do powiedzenia w tym musicalu (śmiech).

A wymarzona rola? Nie wiem, lubię być zaskakiwany. Nie widziałem nigdy „Jekylla i Hyde’a”. Słyszałem, że tytułowy bohater to ciekawe wyzwanie dla aktora. Wspominałem wcześniej o Jokerze. Czasem żartuję, że jeśli będzie kiedykolwiek taki musical, chętnie bym się z nim zmierzył. Co prawda konsekwentnie nienawidzę castingów, więc liczę, że ktoś mi go zaproponuje (śmiech).

Fot. Sebastian Glapiński

Ale przyznaję, że chyba udało mi się już zagrać wymarzoną rolę – to właśnie Podejrzani w „Morderstwie…”. Nie ma innych takich przedstawień. Od dziecka wyobrażałem sobie, że napiszę coś takiego (nie wiedziałem wtedy, że to się nazywa musical), w czym będzie się śpiewało, grało, pokażę różne sztuczki – i ono się zdarzyło.

Kiedyś zobaczyłem „La La Land” i doszedłem do wniosku, że może bym się sprawdził w roli Sebastiana, granego przez Ryana Goslinga. Po „Morderstwie…” wydaje mi się to miałkie. Poza tym mam już za sobą spektakl z fortepianem. Moje oczekiwania są teraz większe.

Ale jestem otwarty na wszystko. Lubię marzyć. Największym moim pragnieniem jest stworzyć i zagrać swój musical. Mam na niego pomysł i nie mam funduszy (śmiech), ale znam dobre serca wielu ludzi, a to mi daje promyczek nadziei, jeśli chodzi o jego realizację. Wiem, że zajmie to czas, bo niełatwo jest zrobić coś od nowa, napisać całą historię. Dla mnie będzie to niezwykle ekscytujące, chociaż zdaję sobie sprawę, że mogę zbłądzić. Ale to wyzwanie, któremu chcę stawić czoło. Może okaże się kompletną klapą? Ale jeśli się spodoba – będzie to wielka satysfakcja, bo przecież najpiękniej jest robić, co się chce i co w duszy gra.

To znaczy, że już nie chcesz się żegnać z aktorstwem?

Nie wiem. Branża, w której pracujemy, jest dość bezlitosna. Mam wiele wątpliwości, jeśli chodzi o to, jak ten zawód jest traktowany w naszym kraju. Cieszy mnie, że widzowie są głodni sztuki, chcą oglądać ulubionych aktorów. Ale by robić dobry teatr, trzeba mieć na to środki. Aktorzy za granicą mają o wiele większy komfort pracy – bo warto pamiętać, że to jest praca. I pieniądze też są ważne.

W Polsce to bardzo nierówne. Denerwuje mnie, że stawki w teatrach są coraz mniejsze, że jeśli się na czymś oszczędza, to właśnie na artystach, którzy wykonują ten zawód – aktorach, muzykach. Uważam, że nie tędy droga. Jeśli chcemy robić dobry teatr, musimy mieć ludzi, którzy chcą wykonywać ten zawód dobrze. A skoro to praca, powinni otrzymywać godziwą zapłatę. Muzyk czy aktor muszą być cały czas w formie. „Morderstwo dla dwojga” bardzo mi o tym przypomina. Przyszedłem na próbę po miesiącu niegrania i byłem przerażony, palce mi drętwiały, nie wiedziałem, co się ze mną dzieje – mimo że przecież byłem do próby przygotowany. Muzyk musi cały czas ćwiczyć. Widzowie płacą za bilety, czegoś oczekują. Apeluję więc: nie oszczędzajcie na nas! Artysta powinien mieć możliwość wypowiedzenia się w komfortowy sposób, nie martwiąc się bez przerwy o finanse, a nie po raz kolejny zabierać się do pracy z założeniem, że jakoś to będzie.

Właśnie się dowiedziałem, że dostałem główną nagrodę aktorską w plebiscycie Musicalowe Nagrody Widzów za sezon 2021/22. Jestem niezmiernie szczęśliwy, bo to najlepsze wyróżnienie, jakie można dostać – od tych, którzy chodzą do teatru. Widz, który obcuje ze sztuką, to mój ukochany typ ludzi na świecie. A ta nagroda daje mi świadomość, że coś potrafię i nadaję się do tego, co robię. Jeśli więc pojawia się u mnie myśl, by mimo to rezygnować – bo realia są takie, a nie inne – to chyba niezawodny znak, że coś w tym artystycznym świecie idzie w zdecydowanie złym kierunku…

Chyba o to chodzi, by aktor mógł się skupić na swojej pracy i wykonać ją jak najlepiej.

O to właśnie chodzi. Trzydzieści-czterdzieści lat temu teatry etatowe były bardziej powszechne niż dziś. Dostać się na etat było trudno, ale ludzie pracujący w taki sposób mieli niezwykły komfort psychiczny. Jednocześnie umożliwiało się im zaprezentowanie różnych swoich umiejętności. Aktor mógł być obsadzony niekoniecznie „po warunkach”; miał okazję w jednym sezonie zagrać amanta, potem rolę zupełnie kontrastową, np. czarny charakter z „lepkimi rękoma”. Kiedy przychodził reżyser, to ON musiał zarazić zespół swoim pomysłem, energią, przekonać aktorów, by weszli w jego świat. Musiał być współtwórcą całości dzieła, a nie wyżej-postawionym-szefem od przydzielania i komentowania wykonanych zadań. To jest diametralna różnica…

Fot. Sebastian Glapiński

Skończyliśmy szkoły, które wymagały olbrzymiego nakładu pracy i wyrzeczeń, ale nawet kiedy dostajemy się na wymarzony etat, to zarabiamy najniższą krajową. Dlatego coraz więcej jest freelancerów, do których i ja się zaliczam. A skoro jesteśmy wolnymi strzelcami, szukamy innych sposobów na zarobek. Bo chcemy godniej żyć – po prostu.

Jak – mimo wszystko – znaleźć w sztuce i w sobie prawdę, sprawić, by widz uwierzył w to, co się dzieje na scenie ?

Bardzo trudne pytanie. O tym właśnie są studia aktorskie. Każdy, kto chce wykonywać ten zawód, uczy się bycia prawdziwym. Każdy tę prawdę widzi gdzie indziej. Żeby być prawdziwym, na pewno trzeba być sobą. A jak to robić, skoro grając na scenie postaci, sobą nie jesteśmy? Trzeba to bardzo umiejętnie wypośrodkować. Wystudiować. Jak być prawdziwym? Cóż… Nie starać się być prawdziwym (śmiech). To trudne i przewrotne, sam nieustannie się tego uczę i nie mam recepty. A może to właśnie ona? Wciąż się uczyć i na nowo siebie odkrywać?

Opinie czy nagrody widzów wskazują, że ludzie w Tobie tę prawdę widzą.

W naszej pracy pomaga „oko zewnętrzne” – reżyser, który nie blokuje, ale wydobywa z aktora to, co najlepsze, żeby widz uwierzył w daną postać. Wielką radością jest trafiać na reżyserów, którzy to potrafią. By coś było autentyczne, musi być oparte na zaufaniu – jak w życiu. Jeśli pojawia się w pracy zaufanie, z pewnością dotrze się też do prawdy.

Pytanie na zakończenie: jesteś wielbicielem „Harry’ego Pottera”. Którą postać chciałbyś zagrać, gdyby powstała wersja musicalowa?

Voldemorta, wiadomo! Ciekawe, że przy pozostałych pytaniach się rozwlekałem, a tu odpowiedziałem w sekundę (śmiech). Ale to w ogóle genialny pomysł, musical o „Harrym Potterze”! Albo jako parodia! Widziałem coś takiego na youtube, nazywa się „The Very Potter Musical”. Zagrać w czymś takim – to byłaby przygoda!

Jeśli ktoś w Hogwarcie poprosi o pomoc, na pewno ją otrzyma. Mam nadzieję, że nie tylko w Hogwarcie. Życzę Ci spełnienia tego marzenia i wszystkich pozostałych. Dziękuję za rozmowę.

Ten wpis został opublikowany w kategorii WYWIADY i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *