Teatr to nie fabryka guzików

Łączy w sobie wrażliwość i otwartość artystki oraz pragmatyzm magistra ekonomii. Aktorka, wykładowczyni, w nielicznych wolnych chwilach tłumaczka, autorka opowiadań dla dzieci i wolontariuszka. Kobieta, która żadnej pracy się nie boi – bo trzeba mieć wielką odwagę, by w dzisiejszych czasach kierować instytucją kultury. Moją rozmówczynią jest Aleksandra Gajewska – dyrektorka Teatru Rozrywki w Chorzowie.

Fot. Tomasz Zakrzewski

Sprawdza Pani statystyki zachorowań na COVID-19?

Już nie. Kiedyś była to moja poranna rutyna każdego dnia. Teraz chyba trochę zaklinam rzeczywistość, by nie myśleć o tym, co mogłoby się znowu wydarzyć. Staram się być optymistką. Wierzę, że pandemia nie powtórzy się w takiej formie i wymiarze, w jakich mieliśmy z nią do czynienia przez bardzo długi czas.

Pandemia zamknęła instytucje kultury na całe miesiące. Jak Pani sobie z tym radziła jako osoba zarządzająca teatrem?

Pandemia uderzyła w nas nie tylko zawodowo, ale przede wszystkim prywatnie. Zderzyliśmy się z sytuacją, której nie przerabialiśmy i nie potrafiliśmy sobie nawet wyobrazić. Gdyby ktoś powiedział kilka lat czy nawet miesięcy wcześniej, że się wydarzy, potraktowalibyśmy to jak coś z gatunku science-fiction. Takie rzeczy oglądaliśmy w filmach, a nie we własnym życiu.

Jednak zawsze wychodzę z założenia, że wszystko nas czegoś uczy. Pandemię również traktuję jak lekcję. Zmusiła nas do elastycznego działania. Musieliśmy reagować ekspresowo – w „okienkach”, kiedy teatry otwierano, organizowaliśmy się natychmiast. Zagraliśmy tak m.in. „Hity musicali”. Często z dnia na dzień dowiadywaliśmy się, że ktoś jest chory albo został objęty kwarantanną. Szczególnie w pierwszym okresie, kiedy były one bardzo restrykcyjne, podejrzenie zakażenia w teatrze powodowało, że czasem np. kilkanaście osób było natychmiast wyłączonych z pracy. Rzadko, ale zdarzały się pretensje widzów, że odwołujemy nagle spektakl. Rozumiem to. Ludzie głodni kultury chcieli przyjść do teatru, a my musieliśmy w ostatniej chwili rezygnować z grania, bo na jedną osobę była nakładana kwarantanna, a reszta miała z nią styczność, nie mogła przyjść do pracy i nie dało się nagle zastąpić tylu artystów.

Nauczyliśmy się innego kontaktu z widzami. Nigdy nie rozwinęlibyśmy nowych form działalności online w takim stopniu, jak to się stało. Okazało się, że jesteśmy jeszcze bardziej kreatywni.

To doświadczenie z nami zostanie. Wiemy, jak działać w takich kryzysowych sytuacjach. Ale z drugiej strony – będziemy się z tych wydarzeń bardzo długo leczyli. Dotychczasowe epidemie, które znamy z historii, były bardziej lokalne, ta – globalna, zatrzymała prawie cały świat. Zapamiętamy ją. W ludziach pozostała obawa, czy jutro będą grać, czy można przyjść do teatru. Pewnie będziemy się już zawsze bać, że to się może powtórzyć.

Pojawił się też zupełnie nowy strach przed zakażeniem, wcześniej nie mieliśmy z tym do czynienia. Wśród pracowników teatru istnieje takie powiedzenie, że jeśli aktor nie przyszedł na spektakl, to oznacza, że umarł. Teraz ktoś kicha, a wszyscy się odsuwają. Jesteśmy przeczuleni.

Ledwie nieco oswoiliśmy się z sytuacją, a rozpoczęła się wojna. W tej chwili bardzo wielu ludzi doświadcza stanów lękowych, cierpi na depresje, ponieważ istnieje ogromna niepewność, jeśli chodzi o to, co się może wydarzyć. I z tym też musimy sobie radzić. Dbam o to, by wszyscy nasi pracownicy mieli jak największy komfort działania. To niełatwe zadanie.

Czy po 24 lutego przyszło Pani do głowy, że może w tej sytuacji „nie wypada” grać?

Żeby nie grać – nie. Natomiast od razu poczułam, że nie można milczeć i być obojętnym. W dzień wybuchu wojny przyjechałam do swojego zespołu. W styczniu i lutym gramy „Sylwester na bis”. Te koncerty są zabawne, mocno rozrywkowe, aktorzy i tancerze śpiewają oraz tańczą w piórach i cekinach. A za naszą granicą ginęli (i nadal giną) ludzie… Cały wieczór spędziłam wtedy w kulisach. Widziałam, jak artyści z uśmiechem wychodzili na scenę i ze łzami z niej schodzili. Nie umieli sobie poradzić z emocjami.

Mamy w zespole osoby z Ukrainy, które przeżywały to jeszcze bardziej, a my nie wiedzieliśmy, jak mamy z nimi rozmawiać, jak pomóc. Pamiętam, że w pierwszym odruchu bardzo mocno przytuliłam naszą koleżankę Ukrainkę. Bo co powiedzieć w takiej sytuacji? Można jedynie symbolicznie dać znać, że jest się blisko. Wzruszam się nawet teraz, mówiąc o tym, wciąż jest to dla mnie bardzo żywe i poruszające. Sytuacja się nie zmieniła. Trochę się przyzwyczailiśmy, oswoiliśmy, jak ze statystykami covidowymi. Już nie zaglądamy codziennie rano na portale informacyjne. Ale w Ukrainie wciąż dzieją się rzeczy dramatyczne.

Jestem bardzo dumna z mojego zespołu, bo organizuje się natychmiast – tak samo zresztą było w pandemii. Jego energia jest niesamowita, a inicjatywy oddolne błyskawiczne. Od razu włączyliśmy się w pomoc dla Ukrainy. Zorganizowaliśmy zbiórkę, mieszkanie dla osób uciekających przed wojną, staraliśmy się pomóc w tym zakresie, w jakim mogliśmy. Na końcu koncertu sylwestrowego w ostatni weekend wychodziliśmy na finał z ukraińskimi flagami. Oczywiście to tylko gest, ale dla nas niezwykle ważny – powiedzenie od serca, od siebie, że nie ma w nas zgody na to, co się dzieje.

To kolejna trudna sytuacja, która nas jako instytucję kultury dotyka. Znów nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo potrwa. Skutkiem, który już zaczynamy odczuwać w związku z napaścią Rosji na Ukrainę, jest kryzys energetyczny. Nie podnieśliśmy się jeszcze finansowo po pandemii, a już musimy się mierzyć z kolejnym ogromnym problemem. Chcąc prowadzić teatr, nie mogę wyłączyć ogrzewania, prądu, przejść na pracę zdalną, żeby zaoszczędzić.

To są te najtrudniejsze doświadczenia?

Z pewnością. Pandemia to był straszny czas – niepewności, obaw, co dalej. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle komukolwiek do czegokolwiek będziemy jeszcze potrzebni. Bardzo wielu ludzi myślało wtedy o zmianie zawodu, wielu to zrobiło – właśnie ze strachu przed przyszłością.

Ale także jednym z najgorszych jest dla mnie zawsze moment, kiedy trzeba się z kimś rozstać. Nie mówię o sytuacjach, gdy ktoś sam decyduje się odejść – myślę o rozstaniu się z mojej inicjatywy. Nie lubię tego i bardzo przeżywam, mimo że wiem, iż czasem inaczej się nie da.

Ale postrzegam wszystko jako pewien ciąg doświadczeń – niektóre są cudowne, inne smutne i przykre. Wszystkie trudne rzeczy traktuję jak wyzwania, zadania, którym trzeba sprostać.

Nie da się ukryć, że takich wyzwań jest sporo. Co jest najważniejsze w zarządzaniu instytucją kultury? Jaką wiedzę chce Pani przekazać swoim studentom*?

Kiedyś dyrektor teatru miał skrzyneczkę z kluczykiem, ołówek i zapełniał rubryki: winien oraz ma (śmiech). Mniej było restrykcyjnych przepisów, zarządzeń. Może i było łatwiej. Jednak dziś jest inaczej. Swoich studentów uczę przede wszystkim przepisów prawa. Ale też tego, żeby wiedzieli, co jest istotne, jak odnaleźć artystyczny cel, by nie wylać dziecka z kąpielą. Najtrudniejsze w zarządzaniu instytucją kultury jest połączenie biurokracji z eterycznym, kreatywnym światem sztuki. Artyści mają robić teatr, powinni mieć wolną głowę, nie martwić się o tabelki i przepisy. Moim zadaniem jest synteza tych skrajnych elementów, żeby pomysły artystyczne mogły być realizowane w swobodnej atmosferze.

Studentów uczę tego, o czym pamiętam też na co dzień w mojej pracy – najważniejszym kapitałem instytucji kultury są ludzie. Bez nich nie da się robić teatru. Nie można traktować go jak fabryki guzików. Ogromna fluktuacja kadr w instytucji kultury to porażka. Jeżeli ludzie przychodzą i po sezonie odchodzą, oznacza to, że coś działa nie tak, jak trzeba.

Ogromny trzon naszego zespołu to osoby, które są tutaj kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Teatr Rozrywki jest ich domem. To dla mnie ogromna wartość. Jeżeli ktoś odchodzi, bo chce podążać swoją ścieżką, rozumiem i nigdy się nie obrażam, nie staję na drodze. To fantastyczne, że wychowujemy kogoś, kto chce się rozwijać. Zdarzało się, że trafiały do nas osoby bardzo młode. Zdobyły tutaj wiedzę, a teraz dalej budują swoje kariery. Ale nadal z nami współpracują, grają gościnnie, bardzo dobrze mówią o Teatrze Rozrywki. Ten kapitał trzeba budować przede wszystkim – relacje między ludźmi.

Praca w takim miejscu jest niezwykle stresująca: pod presją czasu, niejednokrotnie konfliktogenna. Ale w  takich warunkach tworzy się ferment artystyczny, powstaje to, co potem prezentujemy widzom. W trudnych sytuacjach trzeba szybko reagować, ale także rozumieć. Artysta i ekonomista to przeciwne bieguny. Jestem dziwacznym ewenementem jako jednocześnie aktorka i magister ekonomii. Może właśnie dlatego daję radę poruszać się w obszarze, który łączy ekonomikę kultury z tworzeniem teatru.

Bycie kobietą na tym stanowisku to ułatwienie czy utrudnienie?

Na pierwszy rzut oka wydaje się to trudniejsze. Można by pomyśleć, że skoro mamy rodziny, angażujemy się w prowadzenie domu, wychowanie dzieci, nie jesteśmy w stanie całkowicie się poświęcić. Ale moje doświadczenie jest inne. Daleko mi do ortodoksyjnego feminizmu, jednak uważam, że my, kobiety, mamy pewną umiejętność organizacji czasu i samych siebie. Musimy być wielozadaniowe, toteż dywersyfikujemy działania, by w jednym czasie zrobić wiele rzeczy. To się przekłada na pracę. Mam wrażenie, że kobiety na stanowiskach dyrektorów teatrów pracują szybciej. Dostają zadanie i je wykonują. Zdarza się, że jesteśmy traktowane przez niektórych z lekceważeniem; na szczęście coraz rzadziej.

Myślę, że ważny jest jeszcze jeden aspekt – bywamy trochę jak matki. Widzę to u siebie i moich koleżanek dyrektorek. Żeby naprawdę dobrze zarządzać zespołem artystycznym, trzeba rozumieć ludzi. Sztywne zasady nie zawsze się sprawdzają. Kobiece podejście ma wiele zalet. Ale nie potrafię sama siebie ocenić. Można zapytać o to zespół, który przez trzydzieści cztery lata miał dyrektora mężczyznę, a od czterech lat prowadzi go dyrektorka kobieta (śmiech).

W jaki sposób bogate doświadczenie aktorskie pomaga Pani w pracy na stanowisku kierowniczym?

Ponieważ jestem aktorką, łatwiej mi zrozumieć moich kolegów artystów. Nie trzeba mi tłumaczyć pewnych rzeczy, rozmawiamy skrótami, używamy swojego języka. Co jakiś czas – bardzo rzadko, ale tak to jest, kiedy ktoś się decyduje, by pełnić funkcje zarządcze – co jakiś czas wchodzę na scenę. Dlatego, by nie zapomnieć, co się wtedy czuje, bo kocham ten zawód i nie chcę, by pojawiła się we mnie frustracja, że w ogóle go nie uprawiam. Ale też po to, żeby pobyć z zespołem. Kiedy jestem z nim na scenie, siadam w garderobie, wiem, co się dzieje, gdzie jest jakiś kłopot. To pomaga. Chociaż znam dyrektorów teatrów, którzy nie są artystami i również znakomicie sobie radzą. To kwestia empatii.

Aleksandra Gajewska z Hubertem Waljewskim – zdjęcie promujące spektakl „Hotel Westminster”, fot. Artur Wacławek

Gra Pani Pamelę Willey w „Hotelu Westminster”. Czy na scenie fakt, że jest pani dyrektorką, ma znaczenie?

Absolutnie nie może mieć znaczenia. W gabinecie czy na próbach, kiedy nie gram, rozmawiamy jako szef i współpracownicy. Ale gdy wchodzimy na scenę, jesteśmy po prostu partnerami. Nie może być innej relacji, inaczej nie miałoby to sensu, posypałoby się. Oni byliby spięci, ja… – wszyscy byśmy się źle czuli. Kiedy tworzymy, a potem gramy spektakl, stajemy się postaciami. Myślę, że udaje nam się układać dobre, partnerskie relacje na scenie. Dowodzą tego reakcje widowni podczas „Hotelu Westminster”.

Wspomniała Pani wcześniej o długoletnich pracownikach. Teatr Rozrywki jako jeden z niewielu muzycznych jest etatowy. Jakie zalety dostrzega Pani w takim teatrze, a jakie wady?

W tej chwili tendencja, która przyszła z Broadwayu, West Endu czy niemieckich teatrów musicalowych, jest taka, że nie ma etatowego zespołu ani orkiestry. Ewentualnie zatrudnia się kilka osób stanowiących trzon zespołu wokalnego czy corps de ballet, a resztę artystów zaprasza do konkretnych spektakli.

Wszystko ma swoje plusy i minusy, ale ja dostrzegam więcej zalet stałego zespołu. Najważniejszą rzeczą, o której już mówiłam, są relacje międzyludzkie. Artyści przychodzą do pracy jak do drugiego domu, dobrze się tu czują. Teatr etatowy pozwala im ustalić ścieżkę kariery, daje możliwość rozwoju. Kiedy do nas trafiają, zaczynają w zespole, potem dostają mniejsze role, z czasem ich zadania sceniczne są coraz większe. Bardzo lubię dawać szansę młodym ludziom.

Minusy są ekonomiczne, to bezdyskusyjne. Natomiast dopóki jesteśmy w stanie w ten sposób budować teatr – tak chcę to robić. Mam nadzieję, że będzie to jeszcze długo możliwe.

Dziś często idzie się w stronę teatru, w którym są wyłącznie artyści gościnni. Mam nieco mieszane uczucia, gdy o tym myślę. Nie chcę być źle zrozumiana, ale wydaje mi się, że trochę traci się wtedy ducha teatru. Jeżdżę w różne miejsca, oglądam spektakle – nie tylko musicalowe. Te same osoby widzę na różnych scenach. Zastanawiam się wtedy, gdzie taki artysta czuje się u siebie? Ludzie grający na co dzień razem znają się scenicznie, wiedzą, czego się po sobie spodziewać. W przypadku baletu chodzi np. o kwestie ruchu, koordynacji ciała. Inaczej pracuje się z człowiekiem, którego się zna – nie trzeba się go uczyć.

Lubię obserwować momenty, kiedy nowa osoba wchodzi do zespołu – to niesamowite, jak grupa ją wchłania. Mam wrażenie, że taki zespół działa jak jeden organizm. Chociaż bywa też, że przychodzą ludzie, którzy do tego teatru nie pasują – nie chodzi o dopasowanie artystyczne, ale mentalne.

W jaki sposób nowi artyści trafiają do Teatru Rozrywki?

Nie ma jednej drogi. Czasami poszukujemy kogoś do konkretnej roli, bo akurat nie ma w zespole nikogo, kto by do niej pasował; taki człowiek się pojawia i okazuje się, że wrasta w naszą mikrospołeczność. Zdarza się, że ogłaszamy castingi, ale rzadko, głównie wtedy, kiedy brakuje nam osoby w balecie czy zespole wokalnym. Sporo ludzi przysyła swoje CV. Wszystkie czytam i żadnego nie wyrzucam. Nie dam rady powiększyć teatru tak, żeby można było każdego przyjąć. Jestem absolutnym przeciwnikiem przyjmowania człowieka po to, by go posadzić na ławce, jeśli nie mam pomysłu, jakie wyzwania artystyczne przed nim postawić. Aktor, który nie będzie miał możliwości grania, stanie się sfrustrowany. Co z tego, że pracuje w świetnym teatrze, jeśli nie będzie się w nim wykorzystywać jego umiejętności? Toteż zazwyczaj, jeśli potrzebujemy kogoś i wiemy, że go z zespole nie mamy, szukamy osoby, którą możemy przyjąć na dłużej, albo posiłkujemy się artystami gościnnymi, tak jak to było przy „Kotach”.

Młodzi artyści mogą liczyć na wsparcie teatru.

Wychodzę z założenia, że nie należy w żaden sposób blokować kreatywności młodych ludzi. Pandemia w szczególny sposób pokazała, ile w ich głowach tkwi pomysłów.

Mamy Scenę Inicjatyw Artystycznych „Po Godzinach”. Twórcy przychodzą z własnymi świetnymi koncepcjami, a my cieszymy się, że możemy je realizować. W taki sposób powstało wiele ciekawych recitali. Jednym z tych przedsięwzięć jest wspaniały koncert „Raduj się, świecie”, który zaprezentujemy znowu w okresie przedświątecznym.

Uważam, że artystom należy także dawać przestrzeń, by mogli robić różne rzeczy poza teatrem. Zdarzają się zarządzający, którzy tego zabraniają, ale uważam, że nikomu nie wychodzi to na dobre. Niepozwalanie aktorom na własne projekty będzie budziło ich frustrację. A po co mi artysta, który czuje się nieszczęśliwy? Wolę się z nim porozumieć, zrobić zastępstwo, ale chcę, by ludzie przychodzili do pracy z radością, byli zaangażowani. Aktor nie jest własnością teatru. Lubię wiedzieć, co robią nasi artyści, bo wszystkie działania poza teatrem wpływają na jego wizerunek. Ale tutaj mogę być spokojna – zawsze są to bardzo ciekawe rzeczy, z których jesteśmy dumni. Kibicujemy działaniom na różnych polach – koncertom, solowej twórczości, występom w programach telewizyjnych.

Spektakle w Teatrze Rozrywki reżyserują niezwykłe osobowości – Michał Znaniecki, Krzysztof Prus, Jacek Bończyk, ostatnio Magdalena Piekorz czy Jakub Szydłowski. Czym się Pani kieruje, wybierając reżyserów kolejnych produkcji?

Czasami to twórcy, z którymi wcześniej współpracowałam i wiem, że mają interesujące spojrzenie na materiał, nad którym zamierzamy pracować. Bywają też strzały w ciemno (śmiech). Czasem przychodzi ktoś, kto ma fantastyczny pomysł na dany tytuł. Nie mam jednej metody, nie zamykam się w kręgu reżyserów, których znam albo z którymi już pracowałam. Przy każdym tytule i pomyśle wyboru reżysera dokonuje się trochę inaczej. Ryzyko jest zawsze, bo nie ma rzemieślników w tym fachu, którzy za każdym razem zrobią wszystko idealnie – przecież każdy spektakl to prototyp.

Na przykład Krzysztofa Prusa znałam wcześniej, bo reżyserował również w Teatrze Nowym w Zabrzu, w którym pracowałam, ale tak się złożyło, że nigdy u niego nie grałam. Byłam niezwykle ciekawa, jak zrealizuje „Piekło i raj”. Jestem bardzo zadowolona z tego spektaklu – uważam, że wyszedł świetnie, to zupełnie inna rzecz i nowa energia.

Staram się dawać naszym artystom szansę pracy z różnymi ludźmi. Budujemy zespół, który się dobrze zna, ale praca zawsze z tym samym reżyserem czy choreografem nie jest rozwijająca. A przecież chodzi o to, żeby przy tworzeniu spektaklu, kreowaniu ról spotkać się z drugim człowiekiem, wymienić doświadczenia, skonfrontować sposoby pracy, znaleźć nowe środki wyrazu.  

A jakimi kryteriami kieruje się Pani, wybierając przedstawienia do realizacji?

Nasza najnowsza premiera zbiegnie się z jubileuszem pracy artystycznej Marii Meyer. Żeby zrobić „Harolda i Maude”, trzeba mieć przede wszystkim Maude. I my ją mamy. Maria zgodziła się zagrać tę rolę, wiem, że sprawia jej ona dużą radość. Tym razem to nie kreacja musicalowa, ale dramatyczna, piękna i wzruszająca. Cieszę się, że ta wielka aktorka będzie mogła świętować jubileusz swojej pracy i w taki sposób.

Bywa, iż wiem, że mamy aktora do roli, wtedy mówię: „To jest to, musimy zrobić ten spektakl!”. Pamiętam, jak sobie wymyśliłam, żebyśmy po dwudziestu pięciu latach zagrali znowu „Cabaret”. Mogliśmy to zrobić, bo mieliśmy Mistrza Ceremonii. To samo było z Pinokiem – skoro go mieliśmy, można było zrealizować musical.

Każdy z nas ma jakieś repertuarowe marzenia oraz własny gust. Czasami coś się zobaczy albo ktoś przychodzi z tak fantastycznym pomysłem, że nie można się nie zgodzić. Natomiast budowanie linii repertuarowej teatru musi być przemyślane. Powinny się pojawić wielkie, światowe musicale, inne formy muzyczne, ale też co jakiś czas komedia czy dramat.

Bywa, że jeszcze nie mam konkretnego tekstu, ale wiem, czego bym chciała – wtedy zabieram się za czytanie scenariuszy. Wybieram takie, które najbardziej pasują do moich oczekiwań, i zastanawiam się, kto mógłby je wyreżyserować. Gdy mam już pomysł na reżysera, siadam razem z nim i wspólnie wybieramy scenariusz spośród tych kilku. W taki sposób zrealizowaliśmy np. „Kurę na plecach”.

Ostatnią premierą Teatru Rozrywki był jeden z najbardziej znanych musicali świata – „Koty”.

Od lat były moim marzeniem. Wystawiliśmy w Teatrze Rozrywki wiele musicalowych „ośmiotysięczników” – „West Side Story”, „Skrzypka na dachu”, „Jesus Christ Superstar”, „Cabaret”… „Kotów” trochę mi wśród tych tytułów brakowało. Zdobyliśmy licencję, co mnie nieco zaskoczyło, bo w Polsce jedynie Teatr Muzyczny ROMA dostał prawa do wystawienia; żaden inny się na to nie porwał. „Kotów” nie można zrealizować średnio. Da się je zrobić albo świetnie, albo zupełnie zepsuć. To musical zero-jedynkowy, jeden z najbardziej wymagających spośród największych klasyków. Aktorów maluje się kilka godzin przed spektaklem, potem w bardzo ciężkich makijażach i kostiumach oczekują na występ. A przecież przed każdym trzeba się rozgrzać fizycznie i wokalnie. W trakcie przedstawienia właściwie nie schodzą ze sceny, przez ponad dwie i pół godziny nie przestają tańczyć i śpiewać. Tam nie da się nic zamarkować czy zrobić na pół gwizdka.

Kiedy zaczęliśmy prace, bardzo pomógł nam Daniel Wyszogrodzki – tłumacz libretta. Współpraca z reżyserem Kubą Szydłowskim pozwoliła na odkrywanie jego fantastycznego myślenia o teatrze. Nie zmienia to faktu, że były momenty, kiedy budziłam się w nocy zlana potem i przerażona, na co się porwałam. Wyobrażałam sobie, że rzuciłam się z klifu głową w dół, nie mając pojęcia, czy na dole jest woda. Wiedziałam, że moi artyści dadzą radę, ale bałam się do premiery. Dopiero kiedy w połowie pierwszego aktu zobaczyłam reakcje publiczności, jej twarze, wzrok – wtedy uwierzyłam, że to się uda. Jestem z mojego zespołu nieprawdopodobnie dumna.

Spotkałam się z pytaniami, dlaczego nie zorganizowano otwartego castingu.

Kiedy zaczęliśmy myśleć o „Kotach”, też pojawiały się takie pytania – czy będzie ogólnopolski casting, skąd wezmę ludzi. Odpowiadałam wtedy: „Ależ ja ich mam!”. Nie porywałabym się na ten musical, gdybym uważała inaczej. Podjęłam decyzję, że chcę zrobić „Koty”, kiedy przyjrzałam się mojemu zespołowi i powiedziałam: „Dacie radę”. Oczywiście wspomogliśmy się kilkoma artystami gościnnymi. Jestem wdzięczna Karolowi Drozdowi, że zgodził się zagrać Myszołapa. To fantastyczny człowiek i aktor. Zawsze kiedy przychodzi ktoś z zewnątrz, uczymy się od siebie nawzajem. Ale w takim teatrze jak ten nie może być standardem, że najważniejsze role są obsadzane zewnętrznymi artystami. To żadne wyzwanie zrobić „Koty”, kiedy prowadzi się repertuarowy teatr, i ogłosić casting na całą Polskę. A poza tym – jaka to byłaby motywacja dla zespołu? Jak oni mieliby wejść na scenę, chcieć się rozwijać, gdybym powiedziała: „Nie, wy tam, do piątego rzędu, a gościnni artyści w rolach głównych”? Nie chcę tak. Zresztą – w kociej charakteryzacji najbardziej znane twarze są nierozpoznawalne (śmiech).

Teatr Rozrywki leży nieco na uboczu musicalowych szlaków. Ma Pani ambicje, by przyciągać do niego widzów spoza Śląska?

Jak najbardziej. Mimo że nie jesteśmy typowym miejscem turystycznym, które przyjeżdża się zwiedzać i przy okazji odwiedza się teatr muzyczny, mamy takie ambicje. Staramy się ściągnąć widzów z Polski, ale nie tylko. Stąd jedzie się czterdzieści minut do Ostrawy, gdzie znajduje się Teatr im. Antonina Dvoraka, wystawiający m.in. musicale. Bardzo chciałabym nawiązać z nim współpracę. Jestem ciekawa „Kotów”, które pokazuje. Mam zamiar je zobaczyć, ale nie chciałam tego robić przed naszą premierą. Myślę, że moglibyśmy polecać nawzajem nasze spektakle.

Kiedyś rodzajem reklamy dla teatru były przedstawienia wyjazdowe, organizowało się ich całkiem sporo. Na przykład scenografia „Jesus Christ Superstar” była tak skonstruowana, że mogliśmy jeździć z tym przedstawieniem do innych teatrów czy nawet pokazywać go w plenerze, grać wszędzie. Ze scenografiami, które obecnie są produkowane dla musicali, takie wyjazdy stały się właściwie niemożliwe. Po pierwsze są one potężne, po drugie – budowane w oparciu o konkretny model sceny. U nas jest scena obrotowa, wykorzystywana w wielu spektaklach, grają też balkony, chociażby w „Kotach” czy „Zakonnicy w przebraniu”. Takie konstrukcje mają swój sens, ale są nie do przeniesienia chociażby w plener.

Jest kilka ważnych spektakli, które zeszły ze sceny Teatru Rozrywki bez pożegnania: „Jak odnieść sukces w biznesie, zanadto się nie wysilając”, „Bulwar Zachodzącego Słońca”. Dlaczego?

W przypadku obydwu sytuacja była podobna – kończyła się licencja. Jeśli chodzi o „Bulwar Zachodzącego Słońca”, udało nam się porozumieć z właścicielami praw autorskich. Mieliśmy zagrać poza licencją pożegnalny set. Niestety, pojawił się koronawirus… Podobnie było z „Jak odnieść sukces w biznesie…”. Prawa do wystawiania musicalu skończyły się w trakcie pandemii. Nie można zagrać pożegnalnego spektaklu ot tak, bo złamiemy prawo. A nikt nie daje licencji na jeden czy dwa spektakle, musimy je odnawiać np. na dwa lata. Płacimy duże pieniądze i deklarujemy, że będziemy musical wystawiać. Nie mieliśmy takiej możliwości ze względu na zamknięte teatry. Z „Sukcesem” udało nam się pożegnać jedną piosenką, podczas Sylwestra.

Jakie są plany Teatru Rozrywki na nadchodzący sezon?

Pracujemy teraz nad spektaklem „Harold i Maude”, o którym już wspominałam. Jego premiera odbędzie się 21 października. Reżyseruje Tomasz Man, który debiutuje tą sztuką w naszym teatrze. Potem po raz kolejny będzie z nami pracowała Magdalena Piekorz, która zrealizuje polską prapremierę „Tootsie”. Nie mogę się doczekać tej współpracy. Kolejny spektakl jest pisany specjalnie dla nas. Nie ma jeszcze konkretnego tytułu, mogę tylko powiedzieć, że będzie nieco wampiryczny, ale bardziej jak „Zmierzch” niż jak „Dracula”. Nowoczesną, fantastyczną muzykę komponuje Krzysztof Maciejowski, a reżyserować będzie Agata Puszcz.

Aleksandra Gajewska w towarzystwie pozostałych artystów z obsady spektaklu „Harold i Maude”, fot. Artur Wacławek

Tworzy Pani teksty, poezję, literaturę dla dzieci. Jak doszło do tego, że przełożyła Pani piosenki do „Pinokia”?

Rzeczywiście lubię pisać. Jako nastolatka tworzyłam wiersze do szuflady, jak pewnie wtedy większość. Gdy moja córka była malutka, wymyślałam dla niej historie. Potem postanowiłam je spisać. Wysłałam je do dwóch wydawnictw i oba je przyjęły. Stałam się autorką opowiadań w dwutygodniku „Miś”. Do dziś co jakiś czas jedno z wydawnictw zamawia u mnie opowiadania. To moja poboczna działalność, hobby, które  sprawia mi wiele radości.

Wielokrotnie pisałam też teksty piosenek, m.in. do naszych koncertów sylwestrowych pod koniec lat dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych.

Kiedy postanowiliśmy zrealizować „Pinokia”, pomyślałam, że postaram się przełożyć utwory na język polski. Tak się właśnie ze sobą umówiłam – że spróbuję. Gdybym poczuła opór, nie zrobiłabym tego. Ale zaczęło mi to dawać ogromną radość. Tłumaczenie to właściwie pisanie piosenek na nowo. Trzeba zachować ich znaczenie, a jednocześnie dopasować się do melodii, rytmu języka polskiego, a przede wszystkim do muzyki. Miałam polskie tzw. białe tłumaczenie oraz wersję angielską, dzięki którym wydobywałam sensy. Włoski oryginał pozwalał mi zachować budowę – wersy, sylaby, rytm.

Jak tworzy się miejsce tak przyjazne widzom jak Teatr Rozrywki?

Ludzie przychodzą do pracy, bo chcą tu być – nie za karę. Wszystkich traktujemy jak pełnoprawnych członków naszego zespołu – także studentów czy uczniów liceum, którzy pracują jako bileterzy. Są też nasze stałe panie z obsługi widowni. Dopóki pracownicy czerpią radość z tego, że tu są, widzowie także będą to czuli. Niezwykle ważny jest szacunek. Widzowie to nasi goście. Bo przecież dla kogo to robimy? Oczywiście praca daje nam radość i satysfakcję, ale to przecież publiczność jest sensem naszego istnienia.

W pandemii ktoś mi zadał pytanie, czy moglibyśmy działać całkowicie online, bo przecież nie ma znaczenia, czy spektakl jest na żywo, czy nie. Odpowiedziałam, że gdyby to była prawda, moment pojawienia się kina byłby końcem teatru. A teatr trwa. To inne medium. Możemy się wspomagać nowoczesnymi technologiami, ale to, że gramy na żywo, przed prawdziwą publicznością, a między nią i artystami następuje wymiana energii – jest istotą tej sztuki. Dlatego każdy spektakl jest inny – każdy.

Właściwie odpowiedziała już Pani na ostatnie pytanie – po co dziś ludziom teatr?

Joanna Kulmowa pisała: „Teatr jest po to, żeby wszystko było inne niż dotąd”. Chcemy się zanurzyć w innym świecie, nawet wtedy, kiedy to, co oglądamy na scenie, boli nas czy przeraża. Czasem przychodzimy po prostą rozrywkę, innym razem chcemy się wzruszyć. Teatr jest po to, byśmy mogli znaleźć emocje pośród szybkiego, trudnego świata, w którym żyjemy, świata zamkniętego w Internecie, smartfonie; żebyśmy mogli je wspólnie przeżyć na widowni.
Kiedy idę do teatru, chcę wyjść z niego inna. Chcę, żeby coś się ze mną stało – niezależnie od tego, czy oglądam zabawną farsę, czy spektakl dramatyczny. Jeśli wyjdę taka sama, nic się we mnie nie zadziało – to nie był dobry spektakl.

My chcemy robić przedstawienia, po których widz wychodzi odmieniony. Coś przeżył – wzruszył się, ucieszył, może zdenerwował, nad czymś zastanowił. Po to jest teatr.

Dziękuję za rozmowę.

*Aleksandra Gajewska była wykładowczynią na wydziałach zarządzania i kulturoznawstwa Wyższej Szkoły Zarządzania Ochroną Pracy w Katowicach, a obecnie wykłada na kierunku Menadżer Kultury na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach.

Ten wpis został opublikowany w kategorii WYWIADY i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *