W teatrze jestem dzieckiem szczęścia

Legenda, diva, gwiazda. Jej obecność na scenie to gwarancja artystycznej biegłości i kunsztu. Ilość stworzonych przez nią znakomitych kreacji onieśmiela.

Mimo że ta rozmowa była jednym z moich marzeń, nieco się obawiałam. Gdy wreszcie do niej doszło… – spotkałam osobę bezpretensjonalną i konkretną. Szczerą, pozbawioną fałszywej skromności, za to obdarzoną wielkim poczuciem humoru i ogromną dawką dystansu do samej siebie. Sypiącą anegdotami, opowiadającą o teatrze barwnie, z niezmienną pasją i błyskiem w oku. W istocie – spotkałam prawdziwą gwiazdę.
Szanowni Czytelnicy – Maria Meyer!

Fot. P. Brodziński

Jak to się robi – po tylu latach na scenie wciąż poruszać publiczność? Gdzie tkwi tajemnica?

Dziękuję za te słowa. Ale nie mam bladego pojęcia. Ja tylko wykonuję swoją pracę. Za każdym razem, kiedy wychodzę na scenę, myślę sobie, że to może być ostatni spektakl. I tak, jak mnie uczono – nie gram na sto procent, bo zawsze coś sobie pozostawiam, ale na dziewięćdziesiąt dziewięć idę w przedstawienie. Myślę nieskromnie, że to, co Pani mówi o odbiorze publiczności, może właśnie stąd się bierze? Może ona czuje, że nie ściemniam?

Są różne sztuki. Niektóre gra się latami. Zdarza się, że w trakcie jakiejś sceny głowa się wyłącza. Zazwyczaj wtedy pojawia się monolog wewnętrzny: „Skup się, Maryśka, bo będzie niedobrze!”. W przedstawieniu muzycznym do porządku przywołuje mnie konkretny instrument, który wyławiam z orkiestry. Słuchając go, na powrót się skupiam – jakkolwiek dziwnie to brzmi. Ale pilnuję też zasady, że trzeba każdą scenę przedstawienia traktować tak, jakby się ją robiło pierwszy raz w życiu. To szczególnie trudne w spektaklach, o których mówiłam, granych bardzo długo. Ale inaczej nie wolno, bo zejdzie się na manowce i będzie tylko klepać tekst. A na to szkoda czasu zarówno mojego, jak i widza.

Wydawałoby się, że po tylu latach pracy można wyjść i zagrać „technicznie”. Tak, opanowałam technikę, która polega na pewnego rodzaju powtarzalności. Ale niezależnie od niej – są role, które muszą kosztować więcej niż inne. Na przykład w „Cabarecie” po scenie ze zwrotem patery, gdy mówię, że żałuję wszystkiego, zawsze schodzę rozdygotana, ze spiętym ciałem, mokrymi od potu rękami. Zamykam drzwi i dobrą minutę czy dwie stoję za kulisami. Łapię oddech, wracam do normalności.

Oburza mnie, jeśli ktoś mówi lekceważąco: „A co to za zawód? Potańczy się trochę, powie coś, pośpiewa…”. Nie da się go porównać z żadnym innym. Pracujemy na swoim ciele, emocjach – to musi kosztować. Dlatego jest tak piękny. Ale może też dlatego tylu ludzi go uprawiających ma problemy z powrotem do rzeczywistości? Proszę nie myśleć, że się żalę, nie! Tak jak nie skarżę się, że nie mam weekendów. Moja praca jest pracą usługową. Jak straż pożarna i pogotowie ratunkowe – mamy być w soboty, niedziele i święta – do usług.

Może to właśnie odpowiedź na zadane przeze mnie pytanie? Może chodzi o to, że za każdym razem tyle to kosztuje?

Tak. Ale aktorstwo jest też bujaniem ludzi. Paradoks polega na tym, że oszukiwanie musi być prawdziwe. W jednej ze scen pod koniec „Evity” tytułowa bohaterka udziela wywiadu. Mówi, że kocha naród i będzie za nim tęskniła. Grałam ją, siedząc w fotelu na proscenium, bardzo blisko publiczności. W pewnym momencie światło przenosiło się na inną część sceny, a ja widziałam widzów wyciągających chusteczki, wzruszonych, płaczących. I w duchu szalałam z radości, myśląc: „Yes, yes, yes!”. To było absolutnie perfidne, świadome wyciskanie łez. Na tym też polega ten zawód.

„Evita”, reż. M. Kochańczyk, archiwum Teatru Rozrywki

Potrafi Pani dokładnie sterować reakcjami widzów?

Z tym bywa różnie. Ale jeśli coś jest dobrze zaplanowane i wyreżyserowane od początku do końca, jestem w stanie przewidzieć odzew ze strony oglądających i mieć z tego frajdę. Dlatego premiera jest tak stresującym doświadczeniem, ponieważ to wielka niewiadoma, pierwszy wieczór konfrontacji z widzem. Staramy się stworzyć jak najlepszy spektakl, ale nie wiemy, jaka będzie reakcja. Możemy tylko przypuszczać. Nie znoszę premier! Odbierają mi rozum. Głowa jak w imadle, oddech skrócony… Gdyby można było zacząć grać od trzeciego przedstawienia…?

Mówi Pani o sobie, że jest dzieckiem szczęścia. Dlaczego?

Przeżyłam wiele porażek, mam swoje problemy – jak każdy. Ale jeśli chodzi o życie zawodowe, naprawdę mam szczęście. Od początku teatralnej drogi spotykałam fantastycznych ludzi – a to oni są najważniejsi. Mówili, że zagram to czy tamto. Ja naprawdę nie przyłożyłam do tego ręki. Nie zabiegałam, nie błagałam, nikogo nie szantażowałam. Jedynie w dzieciństwie ubzdurałam sobie, że będę pracować w teatrze.

Proszę opowiedzieć, jak to się zaczęło?

Mam kilka wspomnień – migawek… Jako kilkuletnie dziecko byłam prowadzana za rączkę do kościoła. I wiele razy, będąc tam, dostawałam po głowie – że patrzę nie tam, gdzie trzeba, i nie wtedy, kiedy trzeba. A mnie tak bardzo interesowało, co oni tam robią! Nie miałam pojęcia o teatrze, ale kościelna teatralizacja – dymy, gesty, światła – niezmiernie mnie intrygowała.

W domu nie mieliśmy telewizora, tylko odbiornik radiowy, i wspólnie słuchaliśmy audycji, np. „Podwieczorku przy mikrofonie”. Jako chorowita siedmiolatka trafiłam do szpitala, w którym spędziłam prawie całą pierwszą klasę. Jedna z koleżanek miała duże tekturowe pudło, w którym dostała jakąś paczkę. Zrobiłam z niego radio i prowadziłam programy dla dziewczynek z oddziału.

W podstawówce pan od muzyki, jednocześnie dyrektor szkoły, kazał mi przyjść na zajęcia chóru i od razu postawił mnie przed chórem. Założył dla mnie zespół „Wisusy”. Było w nim sześciu chłopaków i ja.

W ogólniaku zarzuciłam śpiewanie, za to zajęłam się wierszykami. Brałam udział we wszelkich możliwych konkursach. Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie, w którym odbywały się konkursy recytatorskie, stał się prawie moim domem.
Z głową naładowaną tymi piosenkami, wierszykami, wiedzą o teatrze – co ja mogłam chcieć robić?

„Pastorałka”, reż. M. Broniewska, archiwum prywatne M. Meyer

Trafiła Pani do Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie.

Tak. Moje pierwsze zadanie aktorskie polegało na wniesieniu tacy na scenę i powiedzeniu „Dzień dobry”. W drugiej sztuce miałam do wypowiedzenia dwa zdania. Potem Maryna Broniewska, nieżyjąca już wielka reżyserka i choreografka, asystentka Leona Schillera, postanowiła, że będę Matką Boską w „Pastorałce”. Przed premierą dostałam od niej poświęcony medalik. Opiekowała się mną, mówiła, że pewnie nie dojadam, i zabierała do cukierni. Fakt, jako adeptka zarabiałam marne pieniądze. Z kolei suflerka z teatru dała mi pierwszy kufer na szminki. Mam go do tej pory, chociaż przeżył już swoje. Znowu mówię o ludziach. Ale taka jest prawda, dzięki nim tak się wszystko układało. Jak już mówiłam wcześniej – nie miałam z tym nic wspólnego (śmiech).

Poza talentem.

I pracą. Są ludzie niezwykle utalentowani. Ja mam taki sobie talent, ale jestem bardzo pracowita. Wszystko muszę mieć zaplanowane. Gdy przyjdzie premiera, a paraliżująca trema pozbawi mnie rozumu, pozostanie wyćwiczenie „na małpę”. I zrobię, co należy.

Tylko przez grzeczność nie zaprzeczę temu, co mówi Pani o swoim talencie. Wróćmy zatem do ludzi na początku drogi teatralnej.

W Olsztynie byłam „teatralnie zielona”. A Wacław Rybczyński, wielki aktor w podeszłym już wtedy wieku, zostawał po próbie, kazał brać egzemplarz scenariusza i siedział ze mną nad tekstem. Uczył, jak zapisywać informacje – w którą stronę idę, co robię. Podobnie wspaniały Stefan Burczyk – przy „Ślubach panieńskich” omawiał ze mną każdą kropkę i pauzę. To było niezwykłe! Inni starsi aktorzy, zamiast iść do bufetu czy na papierosa, zostawali ze mną i mówili: „Próbuj, bo kiedy my zagramy, ciebie nie będzie. A chcemy, żebyś była! Musisz być jak najlepsza, żebyśmy mieli z kim grać!”.

Cudowna choreografka Teresa Kujawa uczyła mnie, jak biegać, siadać, odwracać się, trzymać rekwizyt. Podczas przygotowań do sztuki „Zielony gil” pokazywała, jak chodzić w kostiumach klasycznych, uczyła pracy z wachlarzem. Przy okazji pracy nad „Cydem”, w którym mieliśmy zwiewne, pełne powietrza kostiumy, pani choreograf z Teatru Wielkiego w Warszawie nauczyła mnie, jak „płynąć” przez scenę, gestykulować, by taki kostium długo istniał. Henryk Konwiński, kolejny choreograf, podpowiadał mi gesty na wyrażenie takiego czy innego stanu. To, czego wtedy się nauczyłam, procentuje do teraz.

Znalazła się Pani w gronie adeptów wytypowanych z całej Polski, którzy trafili na miesięczne warsztaty teatralne w Krakowie.

Rzeczywiście, zorganizowano rodzaj takiego teatralnego kursu pod patronatem Ministerstwa Kultury i Sztuki dla kilkunastu adeptów z różnych teatrów. Od bladego świtu do nocy mieliśmy zajęcia z wybitnymi specjalistami z PWST – Danutą Michałowską, Anną Polony, Zofią Więcławówną, Jerzym Golińskim. A ja bardzo chciałam się uczyć! Toteż ten miesiąc skondensowanej pracy w krakowskiej szkole, czerpanie z  legend, zdobywanie wiedzy – był fantastycznym okresem.

Jako adeptka musiała Pani zdać egzamin.

Zdałam dwa: zarówno aktorski, jak i z piosenki estradowej – oba u profesora Aleksandra Bardiniego. Kiedy przyniosłam dokumenty do Ministerstwa Kultury i Sztuki, które organizowało egzaminy, pani w sekretariacie nakrzyczała na mnie: „Dziecko! Ty się zdecyduj, co chcesz robić! Tam siedzą poważni ludzie!”. Może powinnam jej potem pokazać oba dyplomy? (śmiech). Ale ta dwoistość duszy jest we mnie od zawsze.

W 1981 roku wygrałam Przegląd Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Wtedy zaczęłam współpracę z Estradą Olsztyńską. Pojawił się pomysł, bym przez jakiś czas nie grała i by przygotować mi repertuar do występów solowych. Odmówiłam, bo nie chciałam rezygnować z brania udziału w spektaklach. Miałam też propozycję współpracy z bardzo znaną wówczas orkiestrą i popularnymi wokalistami. Na nią z kolei nie zgodził się dyrektor olsztyńskiego teatru.

Jako młoda artystka, chociaż już ze sporym doświadczeniem, trafiła Pani na Śląsk.

Najpierw do Teatru im. S. Wyspiańskiego, w którym udało mi się zagrać piękne dramatyczne role, jak Ofelia, Szimena w „Cydzie” czy Albertynka w „Operetce”. Ale śpiewanie nie pozwoliło o sobie zapomnieć. Trzy razy byłam w Opolu. I właśnie na jednym z opolskich festiwali podszedł do mnie Dariusz Miłkowski, dyrektor Teatru Rozrywki. Powiedział, że jest „taki jeden reżyser” Marcel Kochańczyk, i planuje nową sztukę, do której bym pasowała. Nie zapomnę chwili, gdy Marcel przyszedł do małego bufetu w Śląskim, wypełnił go właściwie swoją osobą i zaproponował mi przesłuchanie. Zagrałam w Rozrywce gościnnie – najpierw w „Huśtawce”, potem w kolejnym przedstawieniu… Po jakimś czasie uznano, że dość już tych gościnnych występów, zaproszono mnie do zespołu – i jestem.

Wiele lat temu mówiła Pani, że „wyrosła” z większości ról w musicalu – a jednak one wciąż Panią znajdują. O jakiej roli marzy artystka, która zagrała chyba wszystkie największe?

O żadnej – bo nigdy nie marzyłam. Nie śniła mi się ani „Evita”, ani „Cabaret”, ani „Jesus Christ Superstar”, ani inne. Kiedy udzielałam tamtego wywiadu, nieco się obawiałam, że do niektórych ról już nie pasuję, a do innych jeszcze nie dojrzałam. Ale wtedy pojawił się „Upiór z Canterville”, „Młody Frankenstein”, „Sweeney Todd”, potem płynnie przeszłam do „Bulwaru Zachodzącego Słońca”, „Zakonnicy w przebraniu”, „Harolda i Maude”. No nie mówiłam, że mam szczęście?! (śmiech).

Wcieliła się Pani w wiele znaczących, znanych postaci – jak Evita, Marlena Dietrich, Hanka Ordonówna. Czy jest wśród współczesnych kobiet taka, którą chciałaby Pani stać się na scenie?

Te, na których mi zależało, zagrałam i „wyśpiewałam”, jak wspomniane przez panią, a także Judy Garland, Josephine Baker. Do pewnego stopnia nasyciłam się tą działalnością. Trzeba mieć świadomość, że wszystko ma swój czas i pewnych rzeczy już się nie zrobi. Cieszę się z nowych wyzwań – tak było np. w przypadku „Harolda i Maude”. Ale ten zawód bardzo eksploatuje człowieka, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. Ponieważ tak bardzo spalam się w trakcie każdego przedstawienia, mój organizm coraz częściej daje znać: „Już nie mogę, daj mi spokój”. Na biologię nic się nie poradzi.

„Harold i Maude”, reż. T. Man, fot. A. Wacławek

Kiedy rozmawiałam z panią dyrektor Teatru Rozrywki, Aleksandrą Gajewską, powiedziała: „Żeby zrobić „Harolda i Maude”, trzeba mieć przede wszystkim Maude. I my ją mamy” – myśląc o Pani. Czy Panią też ta postać od razu przekonała?

Z tą wariatką kompletną od samego początku poczułam absolutną jedność. Podoba mi się w niej, że tak konfabuluje, iż na dobrą sprawę nie wiemy o niej niczego. Rzeczywiście jest hrabianką czy zwykłą kloszardką? Miała męża czy nie? Jej spotkanie z Haroldem było przypadkowe czy je zaplanowała? W takim kontekście także zakończenie przestaje być jednoznaczne.

W każdą postać, którą się gra, trzeba uwierzyć. Przekonać zarówno siebie, jak i widza, że ma ona na swoje postępowanie jakieś uzasadnienie. Tak było również z Maude. Oprócz tego stoję po tej samej stronie, co ona, jeśli chodzi o chronienie wszelkich istot żywych: ptaków, roślin… Trudna była dla mnie za to relacja mojej bohaterki z Haroldem. Co prawda gdzieś z tyłu głowy miałam powieść Williama Whartona „Spóźnieni kochankowie”, ale i tak broniłam się na wszelkie sposoby, dbając, żeby pierwiastka kobiecego było jak najmniej.

Kulturowo akceptuje się relacje mężczyzny z dużo młodszą kobietą, a te w drugą stronę uważa za niestosowne…

To prawda. Ale mimo wszystko chciałam, by jak najwięcej pozostało niedopowiedziane.
Jeszcze bardziej z własnej strefy komfortu musiałam wyjść w „Bulwarze Zachodzącego Słońca”. Moja bohaterka kupuje sobie człowieka, co jest absolutnie nie do przyjęcia i niesmaczne. Wiem, że takie miało być – on się sprzedał, Norma go kupiła. Ale przyznam, że sceny emablowania Joego Gillisa były dla mnie bardzo trudne. Trzeba było w takich momentach dużej zawodowej kultury ze strony kolegów, by mnie emocjonalnie nie zamknąć. Na szczęście mogłam na nich liczyć.

Wspominała Pani wcześniej o rolach, które gra się przez lata.

To może jeszcze dodam, że czasem bywa zabawnie. Pewnego dnia podczas kolejnego spektaklu „Skrzypka na dachu” dostrzegłam, że dawno już nie jestem tą chudą dziewczyną, którą byłam, a mojemu koledze grającemu Perczyka pięknie wystaje znad paska brzuch (śmiech). Powiedziałam wtedy panu dyrektorowi: „Wszystko można o nas powiedzieć, tylko nie to, że on jest młodzieńcem, a ja dziewczynką. Zdejmij nas z tych ról, proszę!”. Podobnie było z Marią Magdaleną. Gdy zaczęłam wyglądać bardziej na matkę Maćka Balcara niż osobę z jego kręgu towarzyskiego, stwierdziłam, że za chwilę niczym nie da się uzasadnić tego, że chodzę po scenie. Za to Matkę Przełożoną w „Zakonnicy w przebraniu” mogę grać jeszcze długo, o ile warunki wokalne pozwolą, a „Harolda i Maude” to i do bardzo późnej starości (śmiech).

„Cabaret”, reż. M. Kochańczyk, archiwum Teatru Rozrywki

W „Cabarecie” wyreżyserowanym przez Jacka Bończyka gra pani Fräulein Schneider. Jakie to doświadczenie – grać w spektaklu, w którego poprzedniej inscenizacji przez tyle lat wcielało się w inną rolę?

Nie spodziewałam się, że jeszcze wrócę do „Cabaretu”, toteż bardzo się cieszę, że gram Fräulein Schneider. Ale mogłabym na pstryknięcie palcami wejść w rolę Sally Bowles, którą kreowałam przez dziesięć lat.  Nadal trudno mi się odnaleźć w nowej wersji. Absolutnie nie mówię, że jest gorsza, tylko tak zupełnie inna! Nie wolno ich porównywać, bo świat się zmienił, kontekst jest odmienny. Wspaniała Wiola (Wioleta Malchar-Orynicz) gra inaczej, bo młodzi ludzie dziś się inaczej zachowują i ona to w swojej kreacji pokazuje. My byliśmy bardziej koturnowi, graliśmy, jak to się mówi, do trzydziestego rzędu. Uwielbiam Frania (Kamil Franczak) jako Mistrza Ceremonii, ale to jasne, że Jacenty (Jędrusik) będzie ze mną do końca świata! Inscenizacja Marcela Kochańczyka była dla mnie pierwsza – i tego się nie zmieni. To jak pierwsza miłość, której nie można wymazać z pamięci.

Często Pani podkreśla, że wyrosła z dramatu. Są osoby, które uważają teatr muzyczny za „mniej ważny” niż dramatyczny. Jak Pani to ocenia?

To zależy, jak my będziemy do tego podchodzić. Jeżeli skupimy się tylko na śpiewaniu nut, pokazywaniu, że mamy piękny głos, a nie pójdzie za tym całościowe potraktowanie roli – wcale nie będzie mnie dziwić takie podejście części publiczności.

A Pani od czego zaczyna pracę nad rolą?

Od zadania sobie pytania: „Po co?”. Po co wychodzę na scenę? Nie chodzi o to, by ładnie się zaprezentować – to przepis na katastrofę. Kiedy robiłam swoje recitale i wybierałam piosenki, zawsze pytałam siebie, dlaczego chcę tę czy inną zaśpiewać. W utworze musi być przynajmniej jedna myśl, którą chcę widzowi przekazać, zdanie, które może go poruszyć, rozśmieszyć.

Tak samo jest z rolami. Podam przykład Marii Magdaleny z „Jesus Christ Superstar”. W przedstawieniu ma do zaśpiewania solówkę, zbiorówkę, duet – i tyle. Jednak po scenie nie chodzi duet czy solówka, a człowiek; kobieta, która kogoś lubi, a kogoś innego nie, która cierpi, wzrusza się, czegoś pragnie, chce coś załatwić.

Każdą rolę traktuję jak stricte dramatyczną. Zaczynam od konstruowania postaci. Uczę się tekstu, dodaję nuty, bo postać trzeba zmieścić w pauzach, kropkach. Ale najpierw musi być człowiek. Inaczej pozostaną pozbawione wartości przejścia po scenie i puste śpiewanie.

Które role były dla Pani największym wyzwaniem?

Może odpowiem nietypowo, ale wszystkie. Każda nowa sztuka, zwłaszcza muzyczna, jest sprawdzianem. To nie tak, że nauczyłam się robić określony model butów i mogę go wytwarzać przez następne kilkadziesiąt lat. Każde przedstawienie to inna muzyka, kompozytor, temat, reżyser. Za każdym razem zaczyna się pracę właściwie od nowa.

„Sweeney Todd. Demoniczny golibroda z Fleet Street”, reż. A. Bubień, fot. archiwum Teatru Rozrywki

Chociaż muszę przyznać, że szczególnym doświadczeniem była praca nad „Sweeneyem Toddem”. Przy okazji tego tytułu pierwszy raz spotkałam się z muzyką Stephena Sondheima. Teraz kocham go bezgranicznie, ale wtedy jego twórczość była dla mnie zupełnie karkołomnym przedsięwzięciem, którego nie rozumiałam, a mój organizm nie chciał przyswoić. Reżyser był fantastyczny, miałam wokół cudownych kolegów, zbudowałam postać Nellie Lovett, jednak zupełnie nie potrafiłam opanować warsztatu muzycznego. Jestem obyta z muzyką, ale nie mam formalnego wykształcenia w tym kierunku. Wydawało mi się, że ten facet bierze jakieś nuty w garść, rzuca je na pięciolinię, i tam, gdzie upadną, pozostają. Byłam przerażona. Aż jedna z korepetytorek zaczęła mi objaśniać: „Zobacz, nuta, którą śpiewasz, współgra z tym klarnetem, z tamtą wiolonczelą, To łączy się tym, a tamto z tamtym”. Dopiero wtedy zaczęłam tę muzykę smakować.

Co jest najpiękniejsze w spotkaniu w widzem?

Brawa na koniec (śmiech). Te „moje” pośród zbiorowych to jakieś dwadzieścia sekund, więc trzeba się szybko napawać i ładować akumulatory! Jeśli ktoś mówi, że nie zwraca na nie uwagi, że dla niego docenienie ze strony publiczności nie jest ważne – buja jak nic! Przecież my pracujemy dla widza, a to, jak nas odbiera, jest niezmiernie istotne! Ściemnianie, że komuś nie zależy na sławie, na popularności, jest bujdą na resorach!

Pamiętam pewien koncert w Krakowie na początku lat osiemdziesiątych. Współpracowałam wtedy z Estradą Olsztyńską, śpiewałam z grupą Ex i Stefanem Brzozowskim, a ludzie jeździli za mną po całej Polsce – chociaż w przestrzeni publicznej nie istniało nawet słowo „fan”. Po koncercie od jednej z widzek dostałam puderniczkę w pięknym haftowanym pokrowcu. Prosiła, bym ją wzięła, bo bardzo chciała mi coś podarować, a nie miała nic innego. Miałam tę puderniczkę przez lata. Bardzo doceniam takie rzeczy.
Lubię też, gdy ktoś mnie przypadkiem złapie na ulicy (a ja nie wyglądam wcale jak artystka, tylko jak pomoc domowa) i mówi: „Pani Mario, piękne przedstawienie, pięknie pani zagrała!”. Jestem wtedy prawie bliska łez!

Opowiem o jeszcze jednej sytuacji. Oto po „Evicie” ktoś pozwolił dwóm młodym dziewczynom przyjść do garderoby. Było już na tyle późno, że zdążyłam zdjąć kostium i perukę, zmyć większość makijażu. Obok mnie siedziały cztery koleżanki. Te dziewczyny weszły do garderoby… i stanęły zupełnie skonsternowane. Przebiegały wzrokiem od jednej twarzy do drugiej, potem jeszcze raz. Wreszcie spojrzały znów na mnie i ze szczerym zdumieniem zapytały: „To paaani?”. Ledwie mnie rozpoznały. To była jedna z najpiękniejszych recenzji (śmiech).

Zdarzało mi się pytać młodych aktorów, czego się uczą od bardziej doświadczonych artystów. A co Pani dają spotkania z młodszym pokoleniem?

Mówiłam o tym, że kiedy zaczynałam pracę w olszyńskim teatrze, znaleźli się wokół mnie ludzie, którzy chcieli mi pomagać. Stąd mój odruch, by się odwdzięczyć, oddać to, co dostałam. Jeśli ktoś ma w sobie ogień i mojej pomocy chce – robię, co mogę, wskazuję drogę, jestem opiekuńczym duchem. Jeśli ktoś ma tę iskrę, jednak nie życzy sobie mojego wsparcia, myślę: „Radź sobie sam, nie będę strzępić jęzora!”. Ale się wkurzam, bo mogłabym pomóc. A czasami ktoś jest średnio zdolny i nie przejawia nic poza uwielbieniem samego siebie – wtedy nie pomagam.

Dostrzega Pani jakieś podobieństwo między młodym pokoleniem artystów a Panią z czasów, gdy rozpoczynała pracę?

U niektórych widzę ten sam ogień i zapał, które ja miałam, ten sam głód zdobywania wiedzy. U innych te cechy są ukryte. Świat stał się bardziej konsumpcyjny, na pokaz, może dlatego wolą je schować? Ale bywają też młodzi, którzy sprawiają wrażenie, jakby zjedli wszystkie rozumy: „Przecież ja już wszystko wiem, czytałem w necie, widziałem!”. Człowiek robi się przy nich całkiem mały i zupełnie niepotrzebny. Nie chcę nikogo skrzywdzić moją wypowiedzią – ale i tak bywa.
Musical kocha osobowości. Ktoś wyjątkowy, charyzmatyczny przyciąga wzrok widza nawet wtedy, kiedy na scenie dzieje się mnóstwo innych rzeczy. Mówi się wtedy, że ma „to coś”. Ale „coś” musi być poparte pracą.

Gdyby miała Pani wskazać jedną cechę, która powinien posiadać artysta, aktor teatralny – co by to było?

Zdrowy żeby był! Do tego zawodu potrzebna jest niewiarygodna kondycja, bo to ciężka fizyczna harówa. Potrzebna przeogromna odporność psychiczna, bo jesteśmy ciągle wystawieni na ocenę publiczności. Po premierach przychodzi prasa, chlaszcze nas, recenzje mogą nas zmieść w ciągu chwili, a my się musimy podnieść, by grać dalej. I potrzebna jest pasja, ogień, o których mówiłam. To wszystko.

Fot. P. Brodziński

Jak zachowuje Pani równowagę między blaskiem sceny a zwykłym życiem?

Na scenie staję czterdziesty szósty rok. I jak już się na niej nawyglądam, naprzebieram, nagram – na co dzień chcę być normalnym człowiekiem. Podczas tych lat pracy miałam okazję spotykać i obserwować naprawdę wielkich ludzi – aktorów, światowej sławy muzyków, śpiewaków. Byli niesłychanie skromni. Nie zwracali na siebie uwagi, spokojnie czekali na swoją kolej. Od pokazywania się jest scena.

Zdarza się, że pozwalam sobie na jakieś uwagi. Wtedy mówi się, że Maryśka gwiazdorzy. Ale to nie gwiazdorzenie. Jeśli umówiliśmy się, że coś mamy dziś zrobić i ja na to liczę, a to się nie wydarza, jestem na maksa wkurzona. Jeśli nauczyłam się tekstu, wymagam, by inni też go umieli. To nie żadne fochy, tylko szacunek dla czasu i pracy drugiego człowieka.

Jakie znaczenie ma teatr współcześnie? Nazwała go Pani kiedyś „dobrą, mądrą magią”.

Ludzie chodzą i będą chodzić do teatru, bo emocje w nim są zupełnie wyjątkowe, inne niż w kinie czy przy lampce wina. Tak, jest w nim magia. Ale w ogóle takie pytania zwalają mnie z nóg. Dziś rano przy kawie zastanawiałam się, czy będę mogła pani opowiedzieć coś ciekawego. Dobrze, że rozmawiamy o kwestiach związanych z moją pracą, mam się do czego odnieść. Jednak nie czuję się odpowiednią osobą, by udzielać odpowiedzi na tak postawione, prawie filozoficzne pytania. Nie lubię, jak ludzie się wymądrzają i sama wymądrzać się nie chcę. Co mam odpowiedzieć, jak nic nie wiem? Jestem od tego, by robić swoje.

Serdecznie dziękuję Lidii Kanclerz za życzliwość i pomoc w realizacji wywiadu, a także Łukaszowi  Skrzypeckiemu – za pomoc, życzliwość, poświęcony czas i cierpliwość.

Serdeczne podziękowania dla pani Aliny Sabudy za udostępnienie zdjęć.  

fb-share-icon
Ten wpis został opublikowany w kategorii WYWIADY i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.