„Piloci” latają koncertowo

Koncertowe wersje musicali to praktyka w świecie teatralnym nienowa i ciesząca się sporą popularnością. Realizacji koncertowych doczekały się tak znamienite tytuły jak „Nędznicy”, „Chicago”, „Jesus Christ Superstar” i wiele innych. Trudno nie zauważyć korzyści płynących z takiej formy scenicznej. Do kieszeni twórców, którzy czynią użytek z istniejącego już, własnego dzieła, trafiają kolejne pieniądze od wielbicieli gatunku. A widzowie, bardzo często zagorzali fani danego tytułu, otrzymują zestaw ulubionych utworów w ulubionych wykonaniach. I wszyscy są zadowoleni.

„Piloci”, autorski musical zrealizowany w Teatrze Muzycznym ROMA, który opowiada historię nawiązującą do losów polskich lotników podczas II wojny światowej, miał premierę w 2017 roku i został pokazany na Dużej Scenie ponad 400 razy. We wrześniu 2020, z okazji 80. rocznicy bitwy o Anglię, zaprezentowano trzy uroczyste koncerty, przyjęte na tyle dobrze, że twórcy postanowili wracać do nich regularnie.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA (zdjęcie z próby)

Warszawa, rok 1939. Przystojny porucznik lotnictwa, Jan Czaplewski, oświadcza się popularnej rewiowej piosenkarce, zachwycającej Ninie. Zostaje przyjęty. Nim jednak młodzi zdążą się nacieszyć swoim szczęściem i miłością, wybucha wojna. Jan wraz z przyjaciółmi z jednostki trafia do Anglii. Jego narzeczona występuje dla niemieckich oficerów, którzy są teraz główną klientelą lokalu zrządzanego przez Prezesa, wyjątkowo wredny czarny charakter. Jednocześnie dziewczyna współpracuje z podziemiem, które zleca jej pewne zadania. Losy bohaterów komplikują się coraz bardziej…

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Większość postaci w musicalu jest ukazana dość skrótowo (np. piloci czy Hans). A nawet jeśli są one nieco bardziej rozbudowane (Nina, Alice, Jan, Prezes), i tak otrzymują stosunkowo niewiele czasu, by zaprezentować swoje dylematy. Tym bardziej nie ma tego czasu w wersji koncertowej, w której interakcje między bohaterami są z oczywistych względów ograniczone. Opowieść jest dla mnie klarowna, ponieważ widziałam wcześniej musical. Zastanawiam się jednak, na ile obecność na scenie niektórych postaci oraz charakter relacji między nimi będą czytelne dla widza, dla którego koncert jest pierwszym zetknięciem się z tą historią.

Z pewnością świetnie wypadają w tej formule wszelkie scenki rodzajowe. Wojciech Machnicki i Wiktor Korzeniowski tworzą duet idealny – arystokraty i jego ogrodnika. Nagły upadek rannego lotnika na rabatkę narusza co prawda porządek idealnie utrzymanego kwietniczka, ale popołudniowa herbatka zostaje ocalona. Niezmiennie bawi „Lekcja angielskiego”, podczas której piloci niekoniecznie chcą korzystać z dobrodziejstw brytyjskiego systemu edukacji. „My chcemy już latać” – deklarują. A skoro tymczasem im nie wolno, zajmują się nieco sztubackim podrywaniem nauczycielki. „Aniele mój, aniele” to komediowo-miłosny dwugłos Izabeli Bujniewicz i Piotra Janusza, udowadniający, że uczucie może się pojawić w każdych okolicznościach, a w musicalu można „ograć” nawet… kaczkę sanitarną.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Każdy, kto czytał „Dywizjon 303”, ma jako takie pojęcie o dokonaniach polskich asów przestworzy. Odwaga ocierająca się o brawurę, ułańska fantazja, zuchwałość, poczucie humoru – tacy są też musicalowi piloci. Nie sposób nie lubić zabawnego Franka w interpretacji Jeremiasza Gzyla czy flirciarza Stefana (wspomniany Piotr Janusz). Z prawdziwą przyjemnością słucha się charyzmatycznego Janka Traczyka (Jan), niezwykle przekonującego w scenach dramatycznych czy wymagających uczuciowego zaangażowania. Maks, któremu w libretcie poświęcono najmniej czasu, tylko dzięki Andrzejowi Skorupie staje się postacią, na którą zwraca się uwagę.

Dramatyczne wybory, których dokonywały główne bohaterki, oraz ich reperkusje, były w przedstawieniu najbardziej interesujące. Może dlatego w wersji koncertowej tak mocno odczuwa się „okrojenie” tych wątków. Ale jeśli chodzi o kwestie wokalne, Natalii Krakowiak (Nina) i Anastazji Simińskiej (Alice) nie można niczego zarzucić.

Scena przy Nowogrodzkiej słynie z układów tanecznych na najwyższym poziomie. Przygotowaną przez Agnieszkę Brańską choreografię można podziwiać także podczas koncertu. Otwierające widowisko „To dziś, to tu” czy późniejszy „Pan Hurricane” to prawdziwe majstersztyki w wykonaniu zespołu ROMY.

Wykorzystano też pieczołowicie odtworzone i z wielką starannością uszyte kostiumy autorstwa Doroty Kołodyńskiej. Nie wyobrażam sobie zresztą, że mogłoby być inaczej, kiedy ma się w garderobach takie skarby. Mundury pilotów, eleganckie garnitury, smokingi, wieczorowe suknie, podkreślające figurę koktajlowe sukienki, nakrycia głowy, rękawiczki wyczarowują klimat lat 30. i 40. Jestem przekonana, że przynajmniej część osób z widowni chętnie przygarnęłaby na własność któryś ze strojów (ja – sukienki!).

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Do fabuły musicalu można mieć pewne zastrzeżenia, o których wspominałam wcześniej. „Piloci” mają jednak niezaprzeczalny atut – muzykę oraz piosenki. I to składnik, który teraz może wybrzmieć – dosłownie i w przenośni – z całą mocą. Znajdująca się na scenie orkiestra jest, całkowicie zasłużenie zresztą, w centrum uwagi.

Utwory skomponowane przez braci Dawida i Jakuba Lubowiczów (ten drugi pełni też rolę dyrygenta) to prawdziwa uczta. Wszechstronne muzyczne wykształcenie autorów, ich wiedza i zainteresowania pozwalają obracać się swobodnie wśród różnych muzycznych inspiracji. „Jestem iskrą” czy „Moulin Rouge” z powodzeniem mogłyby się pojawić w repertuarze międzywojennej rewii. „Zabawa” brzmi jak największe szlagiery Andrews Sisters. Robi wrażenie po wagnerowsku patetyczny „Vaterland”. Musicalową tradycję pełnych dramatyzmu solowych songów podtrzymuje „Zabierz mnie stąd”. Miłosny duet „Nie obiecuj nic” ma w sobie jednocześnie przebojowość i elegancki sznyt minionych czasów. Twórcy sięgają też po współczesne rytmy, np. elementy hip-hopu w utworach „Rowerowe love” czy „Pan Hurricane”.

Dodano „Porządek musi być” – satyryczne spojrzenie na wojenną dyplomację. Powstały na wczesnym etapie pracy nad musicalem utwór został odrzucony, bo rzeczywiście do jego koncepcji nie pasował, natomiast podczas koncertu całkiem nieźle się sprawdza.

Michał Wojnarowski napisał teksty piosenek, które w tej scenicznej formule funkcjonują bez zarzutu – liryczne, ale unikające banału, w innych miejscach skrzą się dowcipem.

„Piloci” w wersji koncertowej to przygotowane z rozmachem widowisko, dzięki któremu wielbiciele musicalu na chwilę znowu przeniosą się do świata ulubionego spektaklu. Pozostali widzowie zaś, nawet jeśli nie całkiem odnajdą się w niektórych fabularnych zawiłościach, niewątpliwie zachwycą się aspektami wizualnymi, możliwościami wokalnymi artystów biorących udział w przedsięwzięciu oraz piękną muzyką.

„Piloci” – koncert, Teatr Muzyczny ROMA, 20 lutego 2022r.

Reżyseria: Wojciech Kępczyński

Nina – Natalia Krakowiak
Jan – Janek Traczyk
Prezes – Jan Bzdawka
Alice – Anastazja Simińska
Hans – Michał Bronk
Franek – Jeremiasz Gzyl
Maks – Andrzej Skorupa
Stefan – Piotr Janusz
Nel – Sylwia Banasik-Smulska
Ewa – Maria Juźwin
Porucznik Pilkington – Krzysztof Bartłomiejczyk
Pułkownik Brown – Krzysztof Cybiński
Lord Stanford – Wojciech Machnicki
Howard – Wiktor Korzeniowski
Miss Pinky – Agata Bieńkowska
Mary – Izabela Bujniewicz
Wojtek – Kuba Strach

oraz orkiestra i zespół wokalny Teatru Muzycznego ROMA pod dyrekcją Jakuba Lubowicza

Zaszufladkowano do kategorii KONCERTY | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Legenda ożywiona – „Żółta Dama”

Na przełomie XIX i XX wieku sporą popularnością cieszyły się tzw. żywe obrazy. Moda na nie dotarła do Polski z Francji – tam tableaux vivants pojawiły się w II połowie XVIII wieku. Były to rekonstrukcje dzieł malarskich lub rzeźb z udziałem ludzi, a biorący w nich udział odtwarzali jak najwierniej daną scenę – stroje, pozy, gesty i mimikę postaci. Chętnie oddawała się tej rozrywce m.in. młodzież ziemiańska.

Oglądając „Żółtą Damę” w Mazowieckim Teatrze Muzycznym, nie mogłam się uwolnić od skojarzeń z tą zabawą. Jak się okazało – niebezpodstawnie. Przeczytałam potem w programie spektaklu wypowiedź reżysera, Karola Urbańskiego, w której wspomniał o takiej inspiracji.

„Żółta Dama – legenda muzyczna” (zapowiadana przez wysmakowany plakat Andrzeja Pągowskiego) odwołuje się do podania związanego z zamkiem w Liwie na Mazowszu. Liwski kasztelan, Marcin Kuczyński, ożenił się z Ludwiką Szujską. Przekazy głoszą, że nie była szczególnie urodziwa, natomiast w przedstawieniu obdarzono ją nie tylko nieprzeciętną urodą, ale i umiejętnością gry na harfie. Ludwika kochała męża, on ją również, jednakże był też o nią niezwykle zazdrosny. Uczucie to spotęgowało się, kiedy w tajemniczych okolicznościach zaginął drogocenny pierścień, który podarował małżonce, a potem – kolejny… Dla kasztelana okoliczności te stały się potwierdzeniem niewierności Ludwiki i doprowadziły do tragicznych konsekwencji (zamek zaś zyskał w ten sposób swego ducha – bo przecież każdy szanujący się obiekt tego typu jakiegoś ducha mieć powinien).

Fot. Archiwum MTM

Twórcy ukazali w spektaklu naprzemiennie wydarzenia z teraźniejszości i przeszłości. Liwskie ruiny zwiedzają dziadek (Krzysztof Tyniec) i jego wnuczka (Nela Konarzewska). Nastolatka, najpierw znudzona oglądaniem „starych murów”, z czasem coraz bardziej wciąga się w opowieść o czasach minionych i miłości pokonanej przez zazdrość. Kiedy dziadek relacjonuje Kasi kolejne części legendy, na scenie oprócz nich nie ma nikogo, a na ekranach w tle widzowie oglądają projekcje multimedialne. Następnie współcześni bohaterowie milkną i odchodzą na bok, by ustąpić miejsca aktorom i tancerzom, ilustrującym opowiadany przed chwilą fragment.

Najważniejszą rolę w scenach obrazujących wydarzenia z przeszłości pełni kilkuosobowy zespół baletowy. Z przyjemnością ogląda się żywiołowe układy choreograficzne, które dynamizują widowisko, jak taniec ptaków; bardziej statyczne, np. sceny sądu z zakapturzonymi postaciami, intrygują i wprowadzają element niepokoju.

Fot. Archiwum MTM

Złowróżbny klimat budują też całkiem udatnie „malarskie” projekcje Zuzanny Grzegorowskiej – szczególnie te z padającym za oknami zamku deszczem czy poruszającymi się na wietrze drzewami. Zwraca uwagę ładna gra światłem w scenach pojawiania się Żółtej Damy. Ogromną zaletą jest muzyka na żywo (autorstwa Mikołaja Hertla). Jedenastoosobowy zespół muzyczny robi wrażenie szczególnie w utworach instrumentalnych, będących tłem dla występów tancerzy.

Największy problem stanowi dla mnie sama legenda. Doceniam chęć sięgania do polskiej kultury i czerpania ze skarbca regionalnych podań, jednak niezbyt rozbudowana fabularnie opowieść (można ją streścić w kilku zdaniach) jest zbyt wątłą podstawą spektaklu. Kasztelan i jego żona to bardziej postacie-znaki niż bohaterowie z krwi i kości. Brakuje pogłębionych, wyrazistych charakterów, a emocje są raczej deklaratywne niż namacalne. Przemysław Glapiński i Kinga Taront nie mają okazji, by wykazać się aktorskimi umiejętnościami. Krótkie śpiewane przerywniki (trudno je nazwać pełnoprawnymi utworami) nie pozwalają też zaprezentować wokalnej klasy artystów, co do której przecież nie ma wątpliwości.

Spektakl określany jest jako familijny, zastanawiam się jednak, kto naprawdę miałby być jego adresatem. Moja belferska dusza nie może nie docenić waloru edukacyjnego – w scenach balowych prezentowane są tańce narodowe (polonez, krakowiak), libretto ładnie tłumaczy różnicę między legendą i baśnią. Ale dla młodszych dzieci treść podania i jego dość mroczny klimat mogą się okazać zbyt przytłaczające. Nieco starszych, nastoletnich widzów może znudzić monotonna, powtarzalna struktura samej realizacji. Z kolei fabuła, dotycząca podejrzeń o zdradę i niszczącej siły zazdrości, skierowana jest raczej do widzów dojrzalszych.

Twórcy podkreślają, że to, co oferują widzom, to nie musical, a – jak wynika już z tytułu – „legenda muzyczna”. Czy „żywe obrazy” z towarzyszeniem muzyki są dla współczesnego odbiorcy interesującą propozycją? Trzeba przekonać się samemu.

„Żółta Dama – legenda muzyczna”, Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury, 19 lutego 2022r.

Muzyka – Mikołaj Hertel
Libretto – Grażyna Orlińska
Reżyseria i choreografia – Karol Urbański
Kierownictwo muzyczne – Mieczysław Smyda
Kostiumy i projekcje multimedialne – Zuzanna Grzegorowska
Reżyseria światła – Maciej Igielski

Dziadek – Krzysztof Tyniec
Kasia – Nela Konarzewska
Ludwika – Kinga Taront
Kasztelan – Przemysław Glapiński
oraz balet, zespół wokalny i zespół muzyczny MTM

Zaszufladkowano do kategorii INNE SPEKTAKLE | Otagowano , | Możliwość komentowania Legenda ożywiona – „Żółta Dama” została wyłączona

Na głos i pianino – koncert Janka Traczyka

Koncert Janka Traczyka w Krakowie z wielu względów można określić mianem wyjątkowego. Jeśli ktoś był przynajmniej na jednym, wie, że występy tego artysty na żywo zawsze mają niecodzienną aurę. Teraz nowe było miejsce, przede wszystkim jednak to pierwszy koncert w tym mieście po wydaniu debiutanckiej płyty. Może się to wydawać zaskakujące, bo pojawiła się ona na rynku późną jesienią 2020 roku, więc już jakiś czas temu; ale istotnie – poprzedni odbył się dwa lata wcześniej, tuż przed wybuchem pandemii, toteż 13 lutego krakowska publiczność mogła wreszcie wysłuchać utworów składających się na solowy album „Nadal jestem”.

„Zaścianek”, dysponujący głównie miejscami stojącymi, z kilkoma pozostającymi w cieniu lożami, nie wydawał się najlepszym miejscem dla prezentacji tak nastrojowej twórczości. Zresztą z informacji dostępnych w mediach społecznościowych klubu wynika, że zazwyczaj występują tu zespoły grające cięższe odmiany rocka. Jednak Janek Traczyk bez trudu oswoił tę przestrzeń, gdy tylko pojawił się na scenie.

Fot. Julia Miksztal/ KSAF

Podczas występu zabrzmiały wszystkie utwory z debiutanckiej płyty. Nowocześnie, przestrzennie i „z oddechem” zrealizowane piosenki sprawdzają się zarówno w aranżacji na zespół, o czym mogłam się przekonać parę miesięcy temu w Warszawie, jak i w wersji bardziej lirycznej, tylko z akompaniamentem pianina.

Kilka kompozycji – powoli rozwijający się od pięknego intra „Bezpieczny ląd”, przewrotne „Smutne piosenki”, „Winylowy” – dało okazję do pobujania się w rytm muzyki. Janek często, nieco żartobliwie, wyrażał życzenie, by publiczność na jego koncertach tańczyła, można więc rzec, że przynajmniej w części jego marzenie się spełniło. Chóralne śpiewanie „Nadal jestem”, Na miłość przyjdzie czas” czy zagranego na bis „Chciałbym to być ja” wprawiało w taką samą radość widownię, jak i twórcę. Ale słuchacze potrafili się też doskonale odnaleźć, wysłuchując do ostatniej nuty utworów „Bursztynowy” czy „Możesz krzyczeć”, które ze względu na ciężar gatunkowy zawartych w nich historii wymagają większego skupienia.

Taki odbiór twórczości to niewątpliwie zasługa artysty, który potrafi nawiązać z publicznością wyjątkową więź. Płyta „Nadal jestem” jest mocno skoncentrowana na uczuciach. Jej autor w tekstach zazwyczaj bazuje na własnych doświadczeniach, chociaż zdarzają się też kompozycje napisane w oparciu o przeżycia innych. Każda z nich jest intymną opowieścią, której Janek nadaje jednocześnie uniwersalny wymiar. Podczas występu na żywo nieprzeciętną wrażliwość pokrywa czasem żartem czy anegdotą, ale w swojej twórczości jest szczery i prawdziwy. To powoduje, że wielu słuchaczy bez trudu odnajduje w jego utworach własne emocje, lęki i pragnienia.

Fot. Julia Miksztal/ KSAF

Janek Traczyk nie uwodzi wymyśloną kreacją siebie i scenicznym teatrem; chyba że za jego element uznamy przywdziewany podczas całej trasy bordowy garnitur – nawiązanie do okładki płyty i tonacji teledysków. Poza tym jest po prostu on – artysta, mężczyzna po uczuciowych przejściach, który charakterystycznym, pełnym głębi głosem opowiada mniej lub bardziej zwyczajne historie, a którego radość z tego, że publiczność jego utwory zna i śpiewa, jest autentyczna i namacalna.

Janek Traczyk oprócz działalności solowej znany jest ze sceny teatralnej – to niewątpliwie jeden z najbardziej rozpoznawalnych i interesujących aktorów musicalowych, kojarzony m.in. z rolą Poety w niezapomnianym gdyńskim „Notre Dame De Paris” czy kreacjami w Teatrze Muzycznym ROMA. Pytany o to, co dla niego najważniejsze, z jednej strony zawsze podkreśla, że nie umie wybrać i teatralne deski uwielbia, ale też niezmiennie zaznacza, iż osobista muzyczna wypowiedź jest dla niego najistotniejsza.

Zakończony trzema bisami koncert, a także rosnąca popularność twórcy „Nadal jestem” udowadniają, że (na szczęście) na muzycznej scenie wciąż jest miejsce na taką twórczość; na dopracowane, eleganckie kompozycje, wyjątkowy głos i piękne w swej prostocie teksty, na szczere emocje i wrażliwość. Warto odwiedzać miejsca, w które prowadzi Janek Traczyk.

13 lutego 2022r., Janek Traczyk – Koncert Walentynkowy, klub Zaścianek, Kraków

Zaszufladkowano do kategorii KONCERTY | Otagowano , , , | Możliwość komentowania Na głos i pianino – koncert Janka Traczyka została wyłączona

Podsumowanie roku – alfabetyczny i całkowicie subiektywny przegląd pierwszorzędnych kreacji aktorskich

W ubiegłym roku byłam w teatrze 35 razy (biorąc pod uwagę tylko spektakle, bez koncertów i recitali). Niektóre przedstawienia widziałam po kilka razy, inne raz. Nie było ani jednego, po którym wyszłabym z poczuciem zmarnowanego czasu. Po niektórych nosiłam w sobie przemyślenia przez wiele dni. A jeśli po jakimś nie byłam w stu procentach zachwycona, doceniałam scenografię, choreografię, kostiumy, a przede wszystkim – umiejętności artystów.

Z całym przekonaniem stwierdzam, że polskie teatry muzyczne to skarbiec – któregokolwiek się nie odwiedzi, trafia się na fantastycznych ludzi, profesjonalistów o niezwykłych talentach wokalnych, tanecznych i aktorskich. Ich umiejętności budzą mój nieustanny zachwyt. Wciąż jest wiele teatrów muzycznych, do których nie dotarłam, i artystów, których nie znam – cieszę się, że tyle jeszcze przede mną do odkrycia.

Kiedy wracam myślami do mojego roku teatralno-musicalowego, niektóre role przychodzą mi do głowy częściej niż inne. Dramatyczne, po zobaczeniu których trudno mi było ubrać emocje w słowa, a z teatru wychodziłam ze ściśniętym żołądkiem; zabawne – na ich wspomnienie śmieję się nawet teraz; takie, przy których nie można było powstrzymać łez wzruszenia.

Stąd poniższa lista – całkowicie subiektywny (bo jakiż inny mógłby być?), alfabetyczny przegląd pierwszorzędnych kreacji aktorskich. Bez porównywania czy numerowania. Nie tylko z nowych spektakli; były też takie, które premierę miały wcześniej, ale ja zobaczyłam je dopiero w tamtym roku.  


Kamil Franczak jako Diabeł, „Piekło i raj” w reżyserii Krzysztofa Prusa, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Kamil Franczak jako Mistrz Ceremonii, „Cabaret” w reżyserii Jacka Bończyka, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Marcin Januszkiewicz jako Richard Loeb, „Thrill Me” w reżyserii Tadeusza Kabicza, Mazowiecki Teatr Muzyczny

Paulina Magaj-Szpak jako Deloris Van Cartier, „Zakonnica w przebraniu” w reżyserii Michała Znanieckiego, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Wioleta Malchar jako Sally Bowles, „Cabaret” w reżyserii Jacka Bończyka, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Maria Meyer jako Fraulein Schneider, “Cabaret” w reżyserii Jacka Bończyka, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Maciej Pawlak jako Nathan Leopold, „Thrill Me” w reżyserii Tadeusza Kabicza, Mazowiecki Teatr Muzyczny

Agnieszka Przekupień jako Jenna, „Waitress” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, Teatr Muzyczny ROMA

Sylwia Różycka jako Becky, „Waitress” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, Teatr Muzyczny ROMA

Marcin Sosiński jako Joey Tribbiani, „Friends. The Musical” w reżyserii Agnieszki Płoszajskiej, Kujawsko-Pomorski Teatr Muzyczny w Toruniu

Marta Tadla jako Anioł, „Piekło i raj” w reżyserii Krzysztofa Prusa, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Janek Traczyk jako dr Jim Pomatter, „Waitress” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, Teatr Muzyczny ROMA

Hubert Waljewski jako Pinokio, „Pinokio. Il grande Musical” w reżyserii Magdaleny Piekorz, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Marcin Wortmann jako król August II Mocny, „Bitwa o tron” w reżyserii Jacka Mikołajczyka, Teatr Syrena

Piotr Brodziński, Maciej Kulmacz, Hubert Waljewski jako TJ, Pablo i Joey, „Zakonnica w przebraniu” w reżyserii Michała Znanieckiego, Teatr Rozrywki w Chorzowie

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , | Możliwość komentowania Podsumowanie roku – alfabetyczny i całkowicie subiektywny przegląd pierwszorzędnych kreacji aktorskich została wyłączona

„Gdy narasta zło, co byś zrobił?” – „Cabaret” w Teatrze Rozrywki

Zło jest dlatego banalne, że można go nie dostrzegać, można o nim nie myśleć, można je mnożyć w nieskończoność, koncentrując uwagę na czymś innym.
Hannah Arendt

Na „Cabaret” w Teatrze Rozrywki miałam pójść wczesną wiosną 2020 roku. Wielu z nas miało wtedy różne plany… W ciągu kolejnych miesięcy, kiedy „otwierano kulturę”, byłam na kilku koncertach i spektaklach, ale na ten musical czekałam prawie półtora roku. Gdy tylko pojawiał się w repertuarze, następowało zamknięcie, przesunięcie, odwołanie – jakby trwał jakiś przeklęty Dzień Świstaka. „Cabaret” stał się moją obsesją. Oglądałam nieliczne dostępne w Internecie materiały z prób, słuchałam wypowiedzi twórców, a oczekiwania puchły do niebotycznych rozmiarów. Kiedy ogłoszono terminy w nowym sezonie, nie miałam odwagi się cieszyć, odliczałam kolejne tygodnie, potem dni. Nawet siedząc na widowni, wciąż nie wierzyłam, że „staje się już”.

To niewątpliwie jeden z najbardziej znanych musicali, a do jego zaistnienia w powszechnej świadomości przyczyniła się ekranizacja z 1972 roku, wyreżyserowana przez Boba Fosse’a. Ale najpierw, sześć lat wcześniej, sukces odniosła wersja broadwayowska. Libretto na podstawie powieści „Pożegnanie z Berlinem” Christophera Isherwooda oraz sztuki „I Am a Camera” Johna Van Drutena napisał Joe Masteroff, zaś słowa piosenek do muzyki Johna Kandera – Fred Ebb.

Wersja Teatru Rozrywki, którą premierowo zaprezentowano 30 i 31 marca 2019 roku, jest dwunastą w Polsce, a drugą na deskach tej instytucji. O realizacji z 1992 roku w reżyserii Marcela Kochańczyka, z Jacentym Jędrusikiem w roli Mistrza Ceremonii, było bardzo głośno. Decydując się na ponowne wystawienie spektaklu, chorzowska scena podjęła wyzwanie, by zmierzyć się z legendą tamtego przedstawienia, docenionego zarówno przez krytyków, jak i widzów.

Fot. Artur Wacławek

Publiczność wchodzącą do sali witają przyciemnione światła wielkich lampionów, lustrzane ściany na bocznych balkonach, dobiegający skądś szept „Willkommen”. Jesteśmy w kabarecie, czekamy na show. Orkiestra zaczyna charakterystycznym ostinato, reflektor punktowo oświetla fragment sceny. Spod błyszczącej kotary wynurza się wysoki, smukły mężczyzna. Mocny makijaż, elegancki frak, botki na dziesięciocentymetrowych obcasach. „Willkommen, bienvenue, welcome” – oto Mistrz Ceremonii, nasz przewodnik po międzywojennym nocnym Berlinie.

Do tego miasta zmierza też młody Amerykanin, aspirujący pisarz – Clifford Bradshaw. W pociągu spotyka nad wyraz miłego Niemca, Ernsta Ludwiga, który w podziękowaniu za przypadkową przysługę oferuje mu pomoc w wynajęciu pokoju. Toteż w kolejnej odsłonie poznajemy obrotną Fräulein Schneider oraz jednego z mieszkańców kamienicy, wytwornego Herr Schultza. Przypadkiem natykamy się też na inną lokatorkę, prawdziwe utrapienie gospodyni domu. Fräulein Kost nieustannie gości u siebie nader licznych przedstawicieli płci męskiej – jak twierdzi, kolejnych członków rodziny z Hamburga. Co zaskakujące, wszyscy są marynarzami…

Fot. Artur Wacławek

Czas jednak wrócić do kabaretu. Bo co prawda rok 1930 dobiega kresu, ale przecież zabawa w Kit Kat nie kończy się nigdy. Prowadzeni przez charyzmatycznego Mistrza docieramy do zakamarków klubu. Erotyczne napięcie aż kipi, a goście nurzają się w oparach alkoholu, dymie papierosów i innych używek. Kit Kat, w swym wyuzdaniu i ekstatycznym ferworze, jest jak kropka nad „i” Republiki Weimarskiej. Tu każdy znajdzie miejsce – niezależnie od płci, orientacji seksualnej czy pochodzenia. Niechby tylko miał pieniądze – wszak „forsa świat porywa w wir”. Na głównej scenie i balkonach rozgrywa się szereg scenek rodzajowych. Ileż tam można dostrzec smaczków, ile intrygujących postaci wyłapać w tle (ach, ten Victor! I Bobby, i girlsy…)! Z jaką maestrią jest to podane, jak zatańczone w takt porywającej muzyki! Efektowna scenografia Grzegorza Policińskiego tworzy dla tych epizodów doskonałą, wielopłaszczyznową przestrzeń. Za chwilę nieco zagubiony pisarz in spe i kabaretowa piosenkarka Sally Bowles wpadną sobie w oko, a my poznamy w ten sposób wszystkich najważniejszych bohaterów snutej opowieści.

Fot. Artur Wacławek

W przesiąkniętym dekadencją oraz zabawą do utraty tchu (i forsy) świecie mimochodem pojawiają się nowe składowe. Ktoś wyjeżdża w sprawach politycznych do Paryża. Ktoś czyta „Mein Kampf”. Kilku mężczyzn w pięknym kanonie śpiewa „Dzisiaj świat będzie nasz”, a Mistrz złowrogo powtarza tę kwestię. Jeszcze trwa bal i pary tańczą, jeszcze gra orkiestra, jak na tonącym „Titanicu” – ale spod cekinów i piór przezierają już liszaje brunatniejącej rzeczywistości. Dotychczasowy świat rozpada się w kaskadach histerycznego śmiechu Mistrza Ceremonii. Niebawem usłyszymy wykrzyczane z nienawiścią „Jude Raus” i zobaczymy brunatne stroje tych, którzy wcześniej się bawili. Dostrzeżemy w pośpiechu nakładane na ramię opaski (z przekonania czy ze strachu?). Tylko patrzeć, jak zabawna Fräulein Kost szepnie miłemu panu Ludwigowi o tych, którzy rządzą światem…

Koło dziejów zaczyna miażdżyć wszystkich. Możemy myśleć, że nas to nie dotyczy, a polityka nie jest naszą sprawą, bo chcemy mieć jedynie święty spokój, jak Fräulein Schneider. Możemy powtarzać za Herr Schultzem, że krzykacze to tylko rozwydrzone chłystki, a on przecież „ostatecznie jest przede wszystkim Niemcem”; że to wszystko minie. Ale my, widzowie zaproszeni do kabaretu… – my przecież wiemy, jak to się skończy. Dlatego finał długiego pierwszego aktu wbija w fotel, a oklaski wydają się tak bardzo nie na miejscu.

A potem zaczyna się akt drugi i znów pojawia się Mistrz Ceremonii – owszem, niemoralny i perwersyjny, ale jednocześnie fascynujący. Trudno nie ulec jego czarowi, z którego doskonale zdaje sobie sprawę. Kiedy już wie, że ma publiczność na każde skinienie, staje się coraz bardziej przerażający, nawet odrażający. A widownia? Nadal klaszcze…

Tysiące stron zapisano, by odpowiedzieć na pytanie, jak to się mogło stać. Jak cały naród mógł ulec zbiorowemu szaleństwu? Ano właśnie tak. Nie da się bardziej dosadnie ukazać psychologicznych sposobów manipulacji tłumem. Nagły przebłysk świadomości sprawia, że śmiech zamiera w gardle, a dłonie w połowie oklasków…

Twórcy przedstawienia z rozmachem portretują malowniczy berliński półświatek, a w kontraście do niego pozwalają wybrzmieć scenom kameralnym. To dzięki nim bohaterowie stają się widzom niezwykle bliscy. Pomiędzy starszą parą rozkwitnie niedługo nieśmiałe uczucie, ukazane prosto i bez zbędnej ckliwości. Sally i Cliff w rozbrajająco uroczy sposób będą próbowali znaleźć coś, co ich łączy – mimo że są tak bardzo niedobrani.

Fot. Artur Wacławek

Tu nie ma słabych ról, a materia libretta pozwala aktorom stworzyć nietuzinkowe postaci. Świetny Marek Chudziński jako Ernst Ludwig powoli ujawnia prawdziwą twarz swojego bohatera, kryjącą się za miłą powierzchownością i poczuciem humoru. Nawet kiedy już wszystkie karty są na stole, trudno mu odmówić swoistego sznytu i klasy. Miłosne podboje Fräulein Kost w interpretacji niezawodnej Anny Ratajczyk budzą powszechną wesołość. Ale wystarcza jedno jej zdanie, by świat się zatrzymał, a uśmiech zastygł jak grymas. Artur Święs to niezrównany Herr Schultz – dystyngowany i po staroświecku zabawny. A kiedy ten ufny mężczyzna z rosnącym zdumieniem i niezrozumieniem patrzy na to, co dzieje się wokół niego – możemy być tylko bezsilnymi świadkami.

Maria Meyer jako Fräulein Schneider subtelnie wygrywa dramat samotności swojej bohaterki. Na początku ostrożna, z prawie dziewczęcą nieśmiałością przyjmuje awanse Herr Schultza, nie wierząc, że dana jest jej ostatnia szansa na miłość. Tym boleśniejszy okazuje się powrót do rzeczywistości. Kiedy ze smutną rezygnacją mówi, że poradzi sobie i przetrwa jak zawsze, każdym nerwem czuje się jej cichą rozpacz. Elżbieta Okupska pokazuje tę postać mocniej zarysowaną, skupioną na codzienności. Podkreśla jej pewność siebie, jest charakterna i uparta, ale w obliczu uczucia ujawnia skrywaną łagodność. Obie niekwestionowane diwy chorzowskiej sceny są równie wiarygodne i przejmujące. Można na nie patrzeć i słuchać ich bez końca.  

Podwójna obsada roli Cliffa Bradshawa pozwala przyjrzeć się, jak aktorzy podejmują dialog z postacią, którą tworzą. Cliff Macieja Kulmacza jest cichszy, nieco melancholijny, ten Huberta Waljewskiego – bardziej śmiały, dynamiczny. Obaj ujmują dobrodusznością i odrobiną naiwności, przekonują wytrwałością. Kiedy deklarują: „Nigdy bym cię nie zostawił” – wierzy się im bez zastrzeżeń.

Fot. Artur Wacławek

Wioleta Malchar jest Sally Bowles doskonałą. Określenie, że rola została dla kogoś stworzona, to najczęściej pusty frazes, ale gdybym miała go świadomie użyć – to właśnie w tym przypadku. Sally jest irytująca, zabawna, przekorna i zadziorna. Pewna siebie i świadoma swoich atutów. Tylko czasem pozwala sobie na to, by w jej spojrzeniu pojawiło się pragnienie bycia kochaną, tylko czasem widać smutek i obawę, że nie sprosta oczekiwaniom. Kiedy śpiewa „Życie kabaretem jest”, w jej głosie jest wszystko, co za sobą zostawia; wszystko, co zniszczyła – celowo bądź nieświadomie. I wszystko, o czym marzy, a co już nie wróci. Siła tego wykonania, za każdym razem nagradzanego burzą oklasków, to poruszające zwieńczenie brawurowej kreacji artystki.

Mistrz Ceremonii spina w całość opowieść o Berlinie tuż przed wybuchem nazistowskiego obłędu. Jest jej bohaterem, łącznikiem między widownią a postaciami oraz kimś na kształt greckiego koryfeusza, który komentuje akcję. Rola to niewątpliwie dająca ogromne pole do popisu, ale też wymagająca, bo „ustawiająca” w dużej mierze odbiór przedstawienia; mogąca kogoś, kto jej nie uniesie, przytłoczyć. Kamil Franczak mierzy się z tym zadaniem swobodnie i z finezją. Tworzy postać przemyślaną, doszlifowaną technicznie, kompletną, nieodparcie charyzmatyczną i hipnotyzującą. Jest obsceniczny, drapieżny, uwodzi inteligencją i poczuciem humoru. A kiedy na chwilę przestaje kokietować i śpiewa „Idź lub zostań”, w jego interpretacji kryje się cały dramat świata, który właśnie runął. Takie kreacje aktorskie zostają w głowie na zawsze.

Fot. Artur Wacławek

Jacek Bończyk zrealizował widowisko doskonale oddające ducha epoki. Zachwyca bogactwo kostiumów wymyślonych przez Annę Chadaj. Są tu eleganckie garnitury oraz płaszcze, piękne sukienki i futra, fantazyjne nakrycia głowy, skąpe stroje kabaretowych tancerek i tancerzy. Osobny wpis (czy raczej pean pochwalny) można by poświęcić kreacjom Mistrza Ceremonii. Oszałamia żywiołowa i zróżnicowana choreografia Ingi Pilchowskiej, w której można znaleźć elementy kankana, charlestona, stepu i tańca na rurze. Sekwencja taneczna w „Money, money”  to mistrzowski popis kreatywności i precyzji. Przebojowa muzyka w wykonaniu teatralnej orkiestry oraz damskiego stage bandu przenosi natychmiast do czasów międzywojnia.

„Cabaret” to misternie skonstruowana, koncertowo zagrana opowieść ze sporą (naprawdę!) dawką humoru. Ale jest jeszcze coś, co ten bardzo dobry spektakl czyni znakomitym: fakt, że nie można się od niego uwolnić. Wychodzi poza teatralną rzeczywistość i zmusza do refleksji. Uwiera. Każe zadawać pytania. „Czy Ty nie rozumiesz, że jak nie jesteś przeciw temu wszystkiemu, to jesteś za?” – wykrzykuje Cliff. Zło nie jest demoniczne, ale zwyczajne i banalne. Wdziera się w codzienność ukradkiem, krok po kroku. Czeka, by wybuchnąć, zamienić sympatycznych sąsiadów, nocnych utracjuszy w oskarżycieli i oprawców.

Na ile małe ustępstwa lub zwykła obojętność przyczyniają się do jego zwycięstwa? Ile wolności jesteśmy w stanie oddać dla „świętego spokoju”? Te pytania są dotkliwie aktualne i rozbrzmiewają w głowie na długo po zakończeniu przedstawienia. Udowadniają, że problematyka ukazana w „Cabarecie” się nie przedawnia – niestety.

„Zostawcie troski w szatni, tu życie jest piękne” – wabi na początku Mistrz Ceremonii. Jednak to ułuda. Możemy powtarzać mechaniczne ruchy chocholego tańca, z którego nikt nas nie obudzi. Ale to już nie Republika Weimarska na początku lat 30. Rozejrzyj się wokół… „Gdy narasta zło – co byś zrobił”?

Co robisz?

„Cabaret”, Teatr Rozrywki, 23, 31 października 2021r.

Reżyseria: Jacek Bończyk
Choreografia: Inga Pilchowska

Kierownictwo muzyczne: Mateusz Walach
Kierownictwo wokalne: Ewa Zug
Scenografia: Grzegorz Policiński
Kostiumy: Anna Chadaj

Mistrz Ceremonii – Kamil Franczak
Sally Bowles – Wioleta Malchar
Clifford Bradshaw – Maciej Kulmacz/ Hubert Waljewski
Fräulein Schneider – Maria Meyer/ Elżbieta Okupska
Herr Schultz – Artur Święs
Ernst Ludwig – Marek Chudziński
Fräulein Kost – Anna Ratajczyk
Celnik – Jakub Wróblewski
Max – Kamil Drężek
Bobby – Dawid Pilszek/ Maciej Kulmacz
Victor – Piotr Brodziński
Dwie damy – Katarzyna Hołub, Anna Surma
Taksówkarz – Robert Talarczyk
Gorylka – Zuzanna Marszał

Girlsy – Barbara Ducka, Katarzyna Hołub, Paulina Magaj-Szpak, Joanna Możdżan, Anna Surma, Magdalena Wojtacha
Chór kelnerów – Jakub Wróblewski, Michał Gucma, Dominik Koralewski, Rafał Talarczyk, Przemysław Witkowicz, Tomasz Wojtan
Bywalcy kabaretu Kit Kat – Natalia Gajewska, Izabella Malik, Ewa Niemotko, Ewa Grysko, Marta Tadla, Rafał Gajewski, Bartłomiej Kuciel/ Mirosław Książek

oraz zespół baletowy, stage band (gościnnie), orkiestra Teatru Rozrywki

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , , , , | Możliwość komentowania „Gdy narasta zło, co byś zrobił?” – „Cabaret” w Teatrze Rozrywki została wyłączona

Tarte à la carte! „Waitress” w Teatrze Muzycznym ROMA

Czy komuś się to podoba, czy nie, Teatr Muzyczny ROMA traktowany jest w naszym kraju jako wizytówka musicalu. Na scenie przy Nowogrodzkiej w ciągu ponad dwudziestu lat pojawiły się najbardziej znaczące tytuły z klasyki gatunku, a wiele inscenizacji przeszło do legendy. Obrotowa scena w „Nędznikach”, padający deszcz w „Deszczowej piosence” – kolejne przedstawienia zachwycały pomysłami, olśniewały scenografią i kostiumami. Nic więc dziwnego, że teatr pod kierownictwem Wojciecha Kępczyńskiego wyrobił sobie opinię najbardziej widowiskowego.

Jeśli ktoś nie jest zagorzałem fanem musicali, a będzie chciał zobaczyć taki spektakl, często zdecyduje się właśnie na ROMĘ – ze względu na wspomnianą spektakularność. Bo przecież skoro musical, musi być efektownie. Jednak wśród wielbicieli gatunku pojawiały się w ostatnich latach głosy, że w kolejnych produkcjach nadużywa się ekranów ledowych, a technologia bliska kinowej wypiera teatralnego ducha.

Czy spektakl „Waitress”, który po perypetiach wynikających z sytuacji pandemicznej ostatecznie miał polską premierę 30 maja 2021 roku, jest w stanie spełnić oczekiwania różnych grup odbiorców? Co kryje się za drzwiami knajpki „U Joego” (z trudem przechodzi mi przez klawiaturę neologizm „tartownia”)?

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Przedstawienie jest adaptacją amerykańskiej komedii z 2007 roku pod tym samym tytułem, napisanej i wyreżyserowanej przez Adrienne Shelly (ten filmowy rodowód będzie miał swoje konsekwencje, o czym nieco później). Dzięki „Waitress” gwiazda wokalistki, kompozytorki i pianistki Sary Bareilles zajaśniała wyjątkowo mocno na musicalowym firmamencie. Artystka stworzyła muzykę i teksty piosenek do libretta Jessie Nelson, a później także zagrała w spektaklu główną rolę – chociaż nie w premierowej obsadzie. Warszawska wersja została zrealizowana pięć lat po broadwayowskiej, co, jak podkreślają jej twórcy, jest rekordowym czasem, jeśli chodzi o pojawienie się kasowego musicalu na rodzimej scenie.

W opowieści splatają się losy trzech pracujących „U Joego” kelnerek. Jenna, specjalistka od wymyślania i pieczenia uwielbianych przez klientów knajpki tart o poetyckich nazwach, na co dzień bierna i przygaszona, lekceważona przez męża, tkwi w przemocowym związku i ledwie wiąże koniec z końcem. Nieplanowana ciąża zdaje się dalszym ciągiem jej kłopotów, chociaż nieoczekiwanie okazuje się też początkiem namiętnego romansu… z ginekologiem. Pozbawiona perspektyw, ale odrywająca od trudnej rzeczywistości relacja jest swego rodzaju katalizatorem zmian. Jenna dostrzega, że nie musi tkwić w schemacie, w którym powtarza życie swojej matki, dręczonej przez ojca. Na horyzoncie, jak prezent od losu, pojawia się konkurs pieczenia tart, a wszyscy wokół powtarzają, że powinna wziąć w nim udział.

Agnieszka Przekupień to wymarzona Jenna. Przejmująco prawdziwie pokazuje pozbawioną fajerwerków codzienną egzystencję swojej bohaterki, która na początku nie widzi szansy na jakikolwiek przełom. Przekonująco, bez cukierkowej słodyczy oddaje dojrzewanie Jenny do bycia matką. Niezwykłe wrażenie robi, gdy pozostaje na scenie sama. Mimo dużej przestrzeni wokół potrafi swoją kameralną grą stworzyć nastrój intymności i niezwykłej bliskości z pojedynczym widzem. „Miałam jej twarz”, najpiękniejszy song spektaklu, to w jej wykonaniu konglomerat ogromnych emocji, których nie sposób nie poczuć: bólu, rozpaczy i rozczarowania.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Druga z kelnerek, Becky, o swoim niełatwym życiu mówi z dużą dozą autoironii. Jest bezpośrednia, nawet krzykliwa, a jej przebojowość świetnie podkreśla charakteryzacja prowincjonalnej ślicznotki. Ma dobre serce i nie skarży się na swój los. Kiedy ten podsuwa jej możliwość chwilowej odmiany i zaznania odrobiny namiętności, skwapliwie z tego korzysta. Bo życie doświadczyło ją na tyle, że nie ma zamiaru za nic przepraszać.

Sylwia Różycka, dla której rola w „Waitress” to debiut na scenie ROMY, jest objawieniem. Konkretna, mocną kreską rysowana postać Becky nie jest karykaturalna, aktorka potrafi ją ocieplić drobnym gestem, uśmiechem czy spojrzeniem. Zachowania bohaterki wywołują salwy śmiechu, ale mimochodem także wzruszają (jak wtedy, kiedy opowiada, dlaczego nie zostawi męża). Artystka zachwyca wokalnie, a „Jakoś tak wyszło” uderza imponującą siłą głosu i odważną interpretacją.

Dawn, trzecia kelnerka, nieco zdziwaczała wielbicielka History Channel i historycznych rekonstrukcji, gorączkowo poszukuje tego jedynego. Za namową koleżanek postanawia założyć profil na portalu społecznościowym. Tak Lasencja poznaje Spoxa – mieszkającego wciąż z mamusią, rymującego przy każdej okazji wielbiciela amerykańskiej konstytucji… i historii, któremu udało się nawet zagrać na scenie Hamiltona. Co prawda nie w tej inscenizacji, którą mieliście na myśli, ale czy to ważne? Istotne, że tych dwoje pasuje do siebie jak gwiazdy i pasy na amerykańskim sztandarze.

W tym momencie warto wrócić do filmowej genezy musicalu, bo implikuje ona takie, a nie inne przedstawienie postaci. Wątek Spoxa i Dawn jest po amerykańsku „rozkrzyczany”, a jego bohaterowie przejaskrawieni do granic, jak w sitcomach. Za pierwszym razem ich historia bawi zaskakującymi żartami sytuacyjnymi i dialogami, ale oglądana po raz kolejny – już dużo mniej. Nie upatruję w tym winy aktorów. W taki sposób została skonstruowana. Jednak zestawienie jej z dramatycznymi obrazami przemocy domowej powoduje dysonans odbiorczy.

Wspomnianego wyżej Spoxa, gdyby nie był bohaterem wątku komediowego, można by określić mianem stalkera, ale innym mężczyznom w „Waitress” również daleko do bycia książętami z bajki. Earl jest archetypicznym przykładem męża przemocowca. To prostacki, arogancki, przekonany o własnej wyjątkowości egoista i manipulant, stosujący wobec żony emocjonalny szantaż. Żaden szef nie dorasta mu do pięt, żadna praca nie jest odpowiednia, za to bez skrupułów zabiera Jennie z trudem zarobione pieniądze. Janusz Kruciński portretuje Earla bez cienia taryfy ulgowej. To nie atrakcyjny bad boy (a przecież aktor miałby po temu warunki), ale całkowicie odpychająca kreatura.

Fot. Karol Mańk / Archiwum Teatru Muzycznego ROMA

Komediowo poprowadzone relacje między Jenną a doktorem Pomatterem są zabawne, ale bardziej wyważone w proporcjach niż wątek Dawn i Spoxa, dlatego ogląda się je bez poczucia rozdźwięku w głowie (pod warunkiem, że zapomni się o leżącej u podstaw związku małżeńskiej zdradzie, nad którą to kwestią fabuła musicalu bez zająknięcia się prześlizguje). Janek Traczyk jako Jim Pomatter tym razem ma okazję zaprezentować komediowe emploi – odmienne od wcześniejszego, dramatyczno-lirycznego, ale równie jak tamto przekonujące. Jest w nim lekkość, swoboda i sporo zabawy rolą. Warto oglądać go z bliska, wtedy doskonale widać mimikę i drobne gesty, z których aktor tworzy postać.

Najbardziej wyjątkowym mężczyzną okazuje się zgryźliwy starszy pan, właściciel knajpki, maruda i malkontent, za to zaskakująco spostrzegawczy i niespodziewanie wielkoduszny. W Joem granym przez Wojciecha Machnickiego można się zakochać. Co za klasa i styl! Jest ujmujący, kiedy tańczy z Jenną i śpiewa „Z doświadczenia to wiem”, a scena z jego udziałem pod koniec spektaklu należy niewątpliwie do tych najbardziej wzruszających.

Przy okazji premiery „Waitress” pojawiały się wypowiedzi twórców, że to spektakl o sile kobiet, wręcz feministyczny. I owszem, pokazuje kobiety biorące sprawy w swoje ręce, bo nie mają innego wyjścia. Ale rozwiązania fabularne, zgodnie z którymi odnajdują one szczęście albo u boku mężczyzny, albo w macierzyństwie, wpisują się w utrwalony patriarchalny model i nie mają w sobie nic wywrotowego. Opowieść ani na chwilę nie wychodzi poza ramy typowego amerykańskiego scenariusza. Oferuje wspaniałe zbiegi okoliczności i cudowne wyjścia z sytuacji. Czy to źle? Wszyscy czasem potrzebujemy pokrzepiających happy endów, nawet jeśli wiemy, że w życiu zdarzają się rzadziej niż byśmy chcieli.

„Waitress” zachwyca profesjonalizmem, do którego ROMA swoich widzów przyzwyczaiła, ale może nie zadowolić tych, którzy będą oczekiwać spektakularności i blichtru. W oryginale spektakl pozbawiony jest elementów tanecznych – tu je dodano (można się zastanawiać, czy we wszystkich scenach było to uzasadnione), jednakże daleko im do porywających grupowych układów znanych z innych przedstawień. Nie ma olśniewających kostiumów (trudno, by zwyczajne kelnerki ubierały się w oszałamiające kreacje). Za to przeciwnicy używania ledowych ekranów powinni być zadowoleni, bo tutaj z nich zrezygnowano, a tradycyjna scenografia została funkcjonalnie i pomysłowo wykorzystana. Spektakl nie zawodzi, jeśli chodzi o bardzo dobre aktorstwo, a artyści zachwycają nawet w niewielkich rolach (nie wspomniałam wcześniej o wspaniałej Normie Izabeli Bujniewicz).

Na tle niektórych współczesnych musicali, niestroniących od ukazywania w pogłębiony sposób trudnych kwestii, takich jak choroba psychiczna czy samobójstwo, „Waitress” pozostaje głównie rozrywką. Dobrej jakości, sprawnie zrealizowaną, świetnie zagraną; owszem, dotykającą skomplikowanych ludzkich relacji i problemów, ale w podsuwanych rozwiązaniach niewychodzącą poza schemat słodko-gorzką opowieścią ku pokrzepieniu serc. I jako taką z pewnością warto ją zobaczyć.  

„Waitress”, Teatr Muzyczny ROMA, 9 pażdziernika 2021r.

Reżyseria: Wojciech Kępczyński

Jenna – Agnieszka Przekupień
Becky – Sylwia Różycka
Dawn – Ewa Kłosowicz-Bociąga
Doktor Pomatter – Janek Traczyk
Cal – Krzysztof Cybiński
Spox – Wiktor Korzeniowski
Joe – Wojciech Machnicki
Earl – Janusz Kruciński
Norma – Izabela Bujniewicz
Francine Pomatter – Patrycja Mizerska
Ksiądz – Krzysztof Bartłomiejczyk
Lulu – Zuzanna Bącal

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , , | 1 komentarz

Baśniowa mądrość i czary teatru – „Pinokio. Il Grande Musical”

Dla dzieci trzeba tworzyć tak samo jak dla dorosłych – tylko lepiej; niewątpliwie wzięli to sobie do serca twórcy „Pinokio. Il Grande Musical”, którego polska prapremiera odbyła się 22 września w Teatrze Rozrywki. Spektakl ma wszystko, by skupić uwagę i zachwycić młodszych widzów. Ale od razu warto zaznaczyć, że nie tylko ich. Wraz z nim wraca na chorzowską scenę Magdalena Piekorz, której nikomu, kto mieni się wielbicielem teatru czy filmu, nie trzeba przedstawiać. Dwanaście lat wcześniej wyreżyserowała tu świetnie przyjętego „Olivera!”. Co prawda sama podkreśla, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, a jej najnowsza realizacja to już inna opowieść na inne czasy. Ale niezmienne pozostają pasja, skupienie na procesie twórczym oraz wyczulone na detal spojrzenie.

Napisana w II połowie XIX wieku powieść Carlo Collodiego (wł. Carlo Lorenziniego) zajmuje poczesne miejsce w panteonie włoskiego pisarstwa, a jej tytułowy bohater to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci literatury dziecięcej. Przyznaję – nie była to nigdy moja ulubiona książka. Z dzieciństwa zapamiętałam przerażających Kota i Lisa w zbójeckim odzieniu, wieszanie pajaca na drzewie, kolejne śmierci baśniowych bohaterów. Przygnębiająca, właściwie pozbawiona radośniejszych fragmentów fabuła, nie zachęcała do powtórki. Kiedy po latach, z obowiązku, wróciłam do lektury, jej nachalne moralizatorstwo okazało się dla mnie trudne do zniesienia.

Mieszkańcy Italii mają jednak do swojej drewnianej marionetki wyraźną słabość, bo gdy postanowiono wystawić pierwszy oryginalny musical włoski, wybór padł właśnie na adaptację powieści Collodiego. W wersji scenicznej przygotowanej przez Compagnia della Rancia nastąpiło jednak znaczące przesunięcie akcentów. Opowiadana historia stała się mniej mroczna i przesycona dydaktyzmem, a bardziej ludzka.

Fot. Artur Wacławek

Akcja musicalu przenosi widzów do niewielkiego miasteczka. Wśród gwarnego tłumu mieszkańców poznajemy Gepetta; już nie „rumianego staruszka”, jak w powieści, ale dojrzałego, pragnącego miłości mężczyznę, który ma trudności z ujawnieniem swoich uczuć i wykonaniem decydującego kroku wobec zakochanej i wiernie przy nim trwającej Angeli. Pewnego dnia w jego ręce trafia zaczarowany kawałek drewna, z którego rzeźbi pajacyka. Ożywiona zabawka na zawsze odmieni jego życie. Dzięki niej Gepetto nauczy się, jak okazywać uczucia, otaczać kogoś opieką i troską. Odnajdzie w Pinokiu syna, a kiedy ten zniknie, będzie go wytrwale poszukiwał, nie szczędząc czasu i narażając się na wielkie niebezpieczeństwa.

W rolę Gepetta wciela się Dariusz Niebudek – aktor, którego nazwisko jest gwarantem najwyższego poziomu sztuki scenicznej i który nie zawodzi także tym razem. Prowadzi swoją postać precyzyjnie, pokazując udawaną obojętność Gepetta, jego niepewność, potem troskliwość, a także rosnącą świadomość, że bycie rodzicem jest czasem niezmiernie trudne i rani. Jeden z najbardziej wzruszających momentów spektaklu to ten, w którym do bohatera dociera, że dziecku należy pozwolić wyfrunąć z gniazda, by mogło iść swoją drogą i popełniać własne błędy. Na tym polega miłość. Utwór „Dzieci” poruszy serce niejednego widza.

Jako Angela towarzyszy Niebudkowi Katarzyna Hołub. To ona otwiera Gepettowi oczy na to, że nie powinien budować wokół siebie muru. Pięknie łączy ciepło i delikatność ze stanowczością. Głos aktorki doskonale współbrzmi z głosem Dariusza Niebudka, a ich liryczne duety są niezwykle poruszające.

Tytułowy Pinokio, najpierw irytująco naiwny i krnąbrny, złośliwy, łatwo ulegający podszeptom (rzec by można, że o zaskakująco miękkim, jak na drewnianą lalkę, kręgosłupie), z czasem dostrzega swoje błędy. Aby się zmienić i stać prawdziwym chłopcem, przejdzie niełatwą, pełną cierpienia i strachu drogę. Zrozumie, że można „iść, gdzie się chce”, ale dokonywanie samodzielnych wyborów pociąga za sobą konsekwencje, od których nie da się uciec.

Poza oczywistym wątkiem przemiany wyraźnie zaakcentowany jest w tej realizacji motyw wolności, a jedną z najbardziej znaczących scen – uwolnienie marionetek ze sznurków („Bez nitek”).

Fot. Artur Wacławek

Postać Pinokia jest wymagająca pod każdym względem – aktorsko, wokalnie i tanecznie, a ciężar spektaklu spoczywa w dużej mierze na niemal nieschodzącym ze sceny wykonawcy tytułowej roli. Hubert Waljewski, który w ciągu kilku ostatnich lat dał się poznać w różnych wcieleniach, zarówno w spektaklach dla dzieci, jak i dla dorosłej publiczności, jest Pinokiem doskonałym. Jak sam przyznaje, przesunięcie premiery (pierwotnie miała być w czerwcu) pozwoliło mu lepiej „osadzić się” w roli. Za jego grą, śpiewem, sposobem wypowiadania kwestii, poruszania się stoją z pewnością godziny mrówczej pracy, ale efekt jest znakomity, robi wrażenie całkowicie naturalnego i niewymuszonego. To naprawdę trzeba zobaczyć – na dwie i pół godziny aktor po prostu przeobraża się w marionetkę (w innych warunkach jakiekolwiek nawiązanie do „drewnianości” nie byłoby pewnie dobrze przyjęte, ale w tym przypadku wyraża jedynie najwyższe uznanie).

Musical pozwala aktorom Teatru Rozrywki zabłysnąć w skondensowanych czasowo, ale wyrazistych kreacjach (warto nadmienić, że w wielu rolach będzie można zobaczyć dwie obsady). Po włosku ekspresywny duet Marty Tadli i Rafała Talarczyka jako matki i syna wprowadza elementy humorystyczne, w powieści właściwie nieobecne. Aleksandra Dyjas (Lis) i Piotr Brodziński (Kot) tworzą intrygującą i zabawną (tak!) parę arcyprzecherów. Karolina Sypniewska grająca Błękitną Wróżkę zachwyca głosem i ulotnym czarem. Uwagę skupia Tomasz Wojtan jako odrzucony przez Pinokia, samotny Świerszcz, sumienie pajacyka. Zapamiętuje się Puszczyka Izabeli Malik, Wronę Anny Ratajczyk, Ogniojada Dominika Koralewskiego czy przerażającego właściciela cyrku (Kamil Drężek).

To niewątpliwie przygotowany z największym rozmachem spektakl, który zdarzyło mi się ostatnio oglądać. Nie da się przecenić roli muzyki na żywo w takim przedstawieniu, a orkiestra Teatru Rozrywki po raz kolejny udowadnia swoją klasę. Wiele piosenek ma w oryginale nieco eurowizyjny sznyt i brzmią, jakby były skomponowane dla Ala Bano i Rominy Power, ale pojawiają się też rytmy bardziej rockandrollowe czy latynoskie. Wszystkie utwory w aranżacjach Remigiusza Bonka nabierają prawdziwie musicalowego klimatu, a słuchanie piosenek w wykonaniu artystów Rozrywki to prawdziwa uczta. Atutem są też ich zgrabne tłumaczenia (co ciekawe – autorstwa dyrektorki teatru, Aleksandry Gajewskiej).

„Pinokio. Il Grande Musical” jest absolutnie zjawiskowy od strony wizualnej. W pełni wykorzystano możliwości obrotowej sceny, dzięki której widz płynnie przenosi się z jednego miejsca akcji do kolejnego. Pieczołowicie przygotowana tradycyjna scenografia i dekoracje pozwalają poczuć klimat gwarnego włoskiego miasteczka, wejść do mieszkania Gepetta, Błękitnej Wróżki czy do Krainy Zabawek. Wiele fragmentów jest poprowadzonych wręcz filmowo (co nie dziwi przy doświadczeniu reżyserki), na kilku planach, na których cały czas coś się dzieje.

Fot. Artur Wacławek

Od choreografii stworzonej przez Jakuba Lewandowskiego nie można oderwać wzroku. Widowiskowe sceny zbiorowe – ta w Krainie Zabawek, przed lustrami czy na dnie morza – zapierają dech w piersiach. Mistrzowski taniec marionetek – bohaterów włoskiej commedii dell’arte – na nitkach („Mamma Mia”, „Bez nitek”) łączy dynamizm i precyzję wykonania. Nie bez powodu wszystkie zbierają zasłużone owacje.

Wisienką na torcie są kostiumy autorstwa Lidii Kanclerz. „Pinokio” nie jest osadzony w żadnej konkretnej epoce, więc kostiumografka mogła puścić wodze fantazji. Można w nich odnaleźć inspirację naturą, latami 40., jednak najważniejsza jest ich baśniowość. Stroje biją na głowę te z oryginalnej produkcji. Połączone z fantastycznymi charakteryzacjami, robią wrażenie w scenach zbiorowych, ale też olśniewają poszczególnymi elementami i detalami. Trudno nie zachwycać się kostiumami nocnych ptaków, Błękitnej Wróżki, Świerszcza, Kota czy Lisa. Osobne brawa należą się za strój tytułowego bohatera, „drugą skórę” z odwzorowaniem drewnianych słojów (długo byłam przekonana, że to charakteryzacja). Dla siebie ukradłabym spodnie, które nosi w przedstawieniu Paulina Magaj-Szpak (oczywiście trzeba by je było sporo skrócić ;)).

Fot. Artur Wacławek

„Pinokio. Il Grande Musical” to uczta dla zmysłów, której poszczególne elementy tworzą harmonijną całość. Reżyserka, konstruując baśniowy świat, wydobyła z niego to, co najbardziej ponadczasowe i poruszające. W jej interpretacji „Pinokio” staje się z jednej strony opowieścią o dorastaniu, przekraczaniu granic, wolności, z drugiej – o rodzicielstwie i przemianie. Umiejętne przeplatanie nitek (nomen omen) teatralnej materii czyni z chorzowskiego przedstawienia niezwykłą historię z uniwersalnym przesłaniem, którą zachwycą się młodsi, a w której ci nieco starsi odnajdą sceniczną prawdę oraz mądrość w efektownym opakowaniu.

PS Słowa uznania należą się Teatrowi Rozrywki za to, że po raz kolejny zdecydował się na współpracę z Akademią Sztuk Pięknych w Katowicach, wybierając plakat do spektaklu spośród prac semestralnych wykonanych w Pracowni Wizerunku, Promocji i Identyfikacji w Katedrze Projektowania Graficznego na Wydziale Projektowym tej uczelni. Autorem wybranego projektu jest Michał Goliszewski. Inne prace można zobaczyć w teatralnym foyer. Warto!

„Pinokio. Il Grande Musical”, Teatr Rozrywki, 22 września 2021r. (prapremiera)

Reżyseria: Magdalena Piekorz
Choreografia: Jakub Lewandowski
Kierownictwo muzyczne: Mateusz Walach
Kierownictwo wokalne: Ewa Zug
Scenografia: Dagmara Walkowicz-Goleśny, Dominika Żłobińska
Kostiumy: Lidia Kanclerz

Pinokio – Hubert Waljewski
Gepetto – Dariusz Niebudek
Angela – Katarzyna Hołub
Lucignolo – Rafał Talarczyk

Matka Lucignola – Marta Tadla
Świerszcz – Tomasz Wojtan
Błękitna Wróżka – Karolina Sypniewska
Kot – Piot Brodziński
Lis – Aleksandra Dyjas
Ogniojad – Dominik Koralewski
Arlekin – Jakub Wróblewski
Pantalone – Maciej Kulmacz
Colombina – Karolina Sypniewska
Clarise – Beata Wojtan
Narrator – Piotr Brodziński
Herold – Paweł Stefan
Policjant – Mirosław Książek
Dyrektor Szkoły, Dyrektor Cyrku – Kamil Drężek
Sprzedawca arbuzów – Bartłomiej Kuciel
Puszczyk – Izabella Malik
Sowa – Beata Wojtan
Wrona – Anna Ratajczyk
Nietoperz, Kupiec – Maciej Kulmacz
Mały Pinokio – Patryk Dyjas

oraz zespół aktorski, wokalny, baletowy, orkiestra Teatru Rozrywki


Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , | 2 komentarze

„I’ll be there for you”, czyli dlaczego warto zajrzeć do „Przyjaciół” w Toruniu?

Wspólna drzemka Rossa i Joeya, najsłynniejsza piosenka Phoebe, bohaterowie w swoich wcieleniach z lat 80. czy wymieniający się kubkami z napojami po tym, jak Rachel myli zamówienia – kto spośród wielbicieli „Przyjaciół” nie kojarzy powyższych scen, niech pierwszy rzuci pilotem od telewizora.

Ten niebywale popularny sitcom stacji NBC powstawał w latach 1994-2004, był pokazywany w ponad stu krajach i zdobył ponad 60 różnych nagród. Dwadzieścia siedem lat po zakończeniu produkcji można z całą pewnością stwierdzić, że to fenomen popkultury. Oglądają go nie tylko sentymentalni millenialsi, ale także nastolatkowie zafascynowani latami 90., a ich zainteresowanie sprytnie wykorzystują sieciówki, sprzedając bluzy czy t-shirty z najsłynniejszą grupą przyjaciół na świecie. Na temat serialu powstały książki, co i rusz pojawiają się także jego rozbudowane analizy, których autorzy zastanawiają się, w których momentach wyprzedzał on epokę, a których scen dziś by już nie nakręcono.

Nic więc dziwnego, że na warsztat wzięli go Bob i Tobly McSmith, specjalizujący się w tworzeniu scenicznych parodii różnych znanych produkcji (zrealizowali m.in. musicalową wersję „Beverly Hills 90210” czy serialu „The Office”). „Friends. The Musical Parody” powstał w 2017 roku. Do autorów tekstów dołączył ich stały współpracownik, kompozytor i aranżer Assaf Gleizner, który stworzył muzykę. A od czerwca 2021 roku polską wersję przedstawienia można oglądać w Kujawsko-Pomorskim Teatrze Muzycznym w Toruniu.

Odsłaniająca się kurtyna ujawnia doskonale znaną przestrzeń. Pomarańczowa pluszowa kanapa, liliowe drzwi ze złotą ramką wokół wizjera, okrągły stół… Scenografia Wojciecha Stefaniaka odtwarza dwa najbardziej charakterystyczne pomieszczenia – wnętrze kawiarni Central Perk oraz mieszkanie Moniki. Zaproponowane rozwiązania techniczne pozwalają w ekspresowym tempie zmieniać jedno miejsce w drugie – na dodatek na oczach widzów, którzy mogą bezkarnie podejrzeć tajniki teatralnej kuchni.

Fabuła opiera się na najważniejszych wydarzeniach – od chwili, kiedy do Central Perk wpada Rachel Green w ślubnej sukni – i łączy je w taki sposób, by były bez problemu zrozumiałe dla widza, który serii nie zna. Czego zaś nie da się pokazać w krótkim czasie na scenie (w końcu czymże są dwie i pół godziny wobec 236 odcinków po ponad 20 minut każdy?), można przecież streścić i dośpiewać, chociażby w piosence po antrakcie („Mieliśmy przerwę”).

Mnóstwo składowych przesądziło o sukcesie telewizyjnej produkcji, ale sekret tkwi przede wszystkim w bohaterach. Są czasem irytujący, popełniają błędy, jednak ich lojalność wobec siebie jest godna pozazdroszczenia, a poszukiwanie szczęścia i prawdziwego uczucia odzwierciedla niewątpliwie pragnienia znakomitej większości widzów. Przyjaciele bardzo się różnią, jeśli chodzi o charakter i podejście do życia; dzięki temu każdy z oglądających może znaleźć swojego ulubieńca, kogoś, z kim będzie się utożsamiać lub komu chciałby kibicować.

Fot. Ania Doleba

Ta wybuchowa i intrygująca mieszanka charakterów to z pewnością smakowity kąsek dla aktorów ubiegających się o role w spektaklu, ale zadania nie ułatwia ani odrobinę – wręcz przeciwnie. Przez lata oryginalna obsada tak bardzo zrosła się ze swoimi bohaterami, że casting do musicalu musiał uwzględnić oczekiwania publiczności znającej serial. Artyści nie mogli stworzyć bohaterów całkowicie autonomicznych. Chcąc nie chcąc, musieli zmierzyć się z legendami: odtworzyć gesty, sposób chodzenia czy powiedzonka, a przy tym sprawić, by kreowane postaci nie pozostały pustymi wydmuszkami; miały ożyć na konkretnej scenie i wywołać nieudawane emocje.

Do zmagań castingowych przystąpiło prawie pięciuset artystów z całej Polski, spośród których ostatecznie wyłoniono czternaście osób (dwie obsady). To z pewnością nie było łatwe zadanie, ale podjętym decyzjom pozostaje tylko przyklasnąć. Odtwórcy wszystkich ról ukazali przyjaciół z wielką sympatią i intuicyjnym wyczuciem, wprawnie łącząc to, co znane z serialu, z tym, co postanowili dać „od siebie”.

Kamil Zięba nie tylko cudownie odwzorował ruchy oraz mimikę Rossa; dał mu też, oprócz nieporadności, mnóstwo ciepła. Marcin Sosiński okazał się idealnym Joeyem. Byłam przekonana, że okaże się obsadowym strzałem w dziesiątkę, odkąd zobaczyłam w mediach społecznościowych zapowiedź, że wybiera się na przesłuchanie. Joey może i nie jest zbyt rozgarnięty, ale aktor nie pokazał go jako kompletnego głupka (a tak go prezentowano w niektórych późniejszych odcinkach i musical to też punktuje). Za to zaakcentował jego pozytywne podejście do życia i wielkie serce. Natan Nogaj, bardzo podobny fizycznie do Chandlera Matthew Perry’ego (w jego szczuplejszej wersji), pod wesołkowatością i skłonnością do nieustannego rozbawiania innych ukrył niepewność i potrzebę uczuć. Oksana Terefenko jako szalona, nieco oderwana od rzeczywistości i ekscentryczna Phoebe niewątpliwie była w swoim żywiole. Małgorzata Regent świetnie wypadła jako owładnięta manią sprzątania i poszukiwania drugiej połówki Monica. A Iga Rudnicka sprawiła, że bardzo łatwo kibicowało się żywiołowej Rachel, uczącej się żyć na własny rachunek, bez karty kredytowej tatusia. Nie można również nie wspomnieć o świetnym Guntherze Michała Zacharka. Nieszczęśliwie i nieustannie zakochany w Rachel barman co prawda miał w spektaklu niewiele kwestii, ale nie dał się odsunąć na boczny tor, a ostatecznie mógł nawet zabłysnąć w tęsknym solowym numerze („Być jednym z nich”).  

Warto podkreślić taneczne umiejętności występującej ekipy – wykonywanie wcale niełatwej choreografii zaproponowanej przez Michała Cyrana na niedużej scenie, której większość zajmuje scenografia, wymagało naprawdę świetnej koordynacji i porozumienia.

Wielkie brawa należą się reżyserce, Agnieszce Płoszajskiej. Grupę aktorów pochodzących z różnych miejsc i teatrów przemieniła w zgrany kolektyw, który sprawia wrażenie, jakby naprawdę lubił być ze sobą na scenie. A to istotna wartość dodana, ponieważ ich werwa i entuzjazm bardzo szybko udzieliły się zgromadzonej w niewielkiej sali publiczności. Granica między sceną a widownią znikła. W takich okolicznościach przestało być istotne, że na co dzień nie lubię takiego rodzaju humoru, który pojawił się w scenach z „doktorem Burke’em” czy Janice. Bawiłam się wyśmienicie.

„Friends. The Musical Parody” niczego nie analizuje. Jest swego rodzaju ucieczką. W Nowym Jorku Rossa, Moniki, Rachel, Chandlera, Phoebe i Joeya nie ma terroryzmu (mimo że w czasie powstawania serialu runęły wieże WTC), wojny w Afganistanie, zamachów, dochodzących do władzy faszyzujących populistów, pandemii. Spektakl zasadza się na tęsknocie za minionym, przenosząc widzów w czasy pozornie niedawne, jednak z obecnej perspektywy bardzo odległe. Jest w tym świecie bez mediów społecznościowych i Internetu, za to z prawdziwymi, niezakłamanymi relacjami „w realu” jakaś niewinność i nadzieja, dająca dwie i pół godziny oderwania od rzeczywistości i niepohamowanego śmiechu.

Twórcy polskiej wersji (a właściwie w znakomitej większości twórczynie, co warto podkreślić, bo to wcale nie takie częste w musicalowym świecie) wydobywają z przedstawienia wszystkie jego atuty. Bawią się na nim doskonale wielbiciele musicali, którzy wyłapują nawiązania do klasyków (np. „Rent”), zagorzali fani serialu oraz ci, którzy nigdy nie widzieli ani odcinka i nie kojarzyli wcześniej żadnego z bohaterów (sprawdzone).

Warto wpaść do Kujawsko-Pomorskiego Teatru Muzycznego w Toruniu na „Friendsów”. They’ll be there for us.

„Friends. The Musical Parody”, Kujawsko-Pomorski Teatr Muzyczny, 31 lipca 2021r.

Reżyseria – Agnieszka Płoszajska

Rachel – Iga Rudnicka
Monica – Małgorzata Regent
Phoebe – Oksana Terefenko
Ross – Kamil Zięba
Chandler – Natan Nogaj
Joey – Marcin Sosiński
Gunther – Michał Zacharek

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , | Możliwość komentowania „I’ll be there for you”, czyli dlaczego warto zajrzeć do „Przyjaciół” w Toruniu? została wyłączona

„Hold me, thrill me, kiss me, kill…”

Większości z nas na myśl o musicalu pojawia się przed oczami wizja wystawnego, efektownego show. Nieważne, czy kojarzymy ten gatunek tylko powierzchownie, czy bardziej zgłębiliśmy temat – spektakularne realizacje z wielką obsadą i zapierającymi dech numerami tanecznymi są tymi najbardziej dla niego reprezentatywnymi. Kameralne, poruszające trudniejsze tematy produkcje funkcjonują raczej na obrzeżach gatunku, a informacje o nich nieczęsto przedostają się do powszechnej świadomości.

Do tej drugiej grupy należy „Thrill me. Historia Leopolda i Loeba” autorstwa Stephena Dolginoffa. To off-broadwayowski spektakl z udziałem dwóch tylko aktorów pojawiających się na scenie i utworami rozpisanymi na ich głosy oraz pianino. Został zaprezentowany po raz pierwszy w 2003 roku i odniósł dość nieoczekiwany sukces.

Po siedemnastu latach od premiery reżyser młodego pokolenia, Tadeusz Kabicz, postanowił przybliżyć go polskiej publiczności. Pandemia i związana z nią trudna sytuacja, w której znalazł się teatr, sprawiła, że szukał czegoś, co nie angażowałoby dużej grupy artystów i co można by pokazać także w okresie obowiązywania ograniczeń epidemicznych. W projekt zaangażował się Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury. To na jego deskach 16 października 2020 roku miała miejsce prapremiera „Thrill me”.

Fot. Archiwum MTM/M.Popowski

Richarda Loeba i Nathana Leopolda, dwóch chłopaków tuż przed studiami, łączy niejednoznaczna relacja. Przyjaźń, miłość, uzależnienie? Niewątpliwie Nathan dla jej utrzymania jest w stanie zrobić wiele. Bierze udział w kolejnych wybrykach Richarda, któremu jednak ekscesy takie jak podpalenie opustoszałego magazynu, przestają wystarczać. Jest zafascynowany ideami Nietzschego. Nie chce, by dotyczyły go normy i ograniczenia, kwestie dobra i zła. Poza nimi jest doświadczenie – bez kategoryzacji i etykiet. Toteż planuje następne posunięcie, które okaże się krańcowym.

Bo „są granice, których przekroczenie jest niebezpieczne; przekroczywszy je bowiem, wrócić już niepodobna”. Oglądając „Thrill me”, nie da się uciec od Dostojewskiego – trop Raskolnikowa jest aż nazbyt oczywisty.

Zbrodnia staje się pretekstem do rozważań, na ile okoliczności determinują to, kim jesteśmy. Richard Loeb (Marcin Januszkiewicz) dotkliwie odczuwa swoją sytuację finansową. A skoro społeczeństwo pozwala na to, by pieniądze były kluczem do wszystkiego – czy trzeba przestrzegać jego zasad? Richard stawia się ponad prawem. To, co robi, jest próbą wymierzenia sprawiedliwości światu, który sprawiedliwy nie jest. Krótko ostrzyżonego, nieco kanciastego w ruchach młodego mężczyznę charakteryzuje pewność siebie i zdecydowanie. Jego kolejne, coraz bardziej ekstremalne pomysły są dążeniem do przekroczenia samego siebie, ale także sposobem na przyciągnięcie uwagi ojca, który bardziej kocha młodszego brata. A może chodzi też o zaznaczenie swojego istnienia? Odprysk sławy, który pozwoli na ucieczkę od przedmieścia – dosłownie i przenośnie? Gdzieś w tle majaczy casus „Urodzonych morderców” Olivera Stone’a. Ale nie da się uwolnić od własnych myśli. Otaczające scenę ekrany wyznaczają zamknięty krąg świata, coraz bardziej duszną przestrzeń, w której bohaterowie się poruszają. Cokolwiek zrobią, gdziekolwiek się znajdą – od samych siebie nie uciekną.

Nathan (Maciej Pawlak) – lekko przygarbiony, grzecznie uczesany, o niepewnych gestach i krystalicznie niewinnym głosie, w tej relacji wydaje się uległy, delikatniejszy, bardziej przestraszony. Podąża za silniejszym Richardem. Co prawda protestuje, zadaje pytania, jednak ostatecznie przystaje na odpowiedzi (lub ich brak). Jego uczucie nie odnajduje wzajemności, bo spotyka się z wykalkulowaną manipulacją. Ale czy na pewno?

Fot. Archiwum MTM/M.Popowski

Reżyser mocno trzyma w ryzach opowieść, która przecież łatwo mogłaby popłynąć w stronę ckliwego moralizatorstwa i ferowania wyroków. Zamiast tego zaskakuje rozkładem akcentów i niedopowiedzeniem. Aktorzy tworzą niejednoznaczne postaci, unikając tanich chwytów. Nie zabiegają o sympatię publiczności. Ujawniając motywy, które kierują ich bohaterami, by za chwilę im zaprzeczyć, prowadzą grę zarówno między sobą, jak i z widownią.

Obecna przez cały czas na scenie pianistka Karina Komendera i jej instrument są pełnoprawnymi uczestnikami przedstawienia. Mocne, intensywne dźwięki potęgują emocje. Piękne melodie songów powodują dysonans – przecież to, o czym opowiadają, budzi coraz większą grozę. Animacje autorstwa Karoliny Jacewicz (mnie kojarzące się z serialem „Twin Peaks”) punktują to, co dzieje się między bohaterami i tworzą sugestywne, niepokojące wizje.

Oświetlenie (czy raczej „niedoświetlenie”) często wydobywa z mroku tylko twarze lub kontury postaci. Reżyser świateł Dariusz Albrycht w wielu momentach zawęża przestrzeń, już przecież zamkniętą poprzez ustawienie scenografii. Pogłębia w ten sposób metaforyczne i dosłowne uwięzienie bohaterów. W im mroczniejsze zakamarki ich duszy dopuszczani są widzowie, tym ciemniej jest na scenie.

Siłą tego spektaklu jest brak jednoznacznych odpowiedzi. Wspomniany wcześniej bohater „Zbrodni i kary” ostatecznie odnajduje odkupienie. A czy ubiegający się o zwolnienie warunkowe Nathan Leopold, który zarzeka się, że tym razem przedstawi prawdziwą wersję wydarzeń, potrzebuje przebaczenia? Czy jest tym, za kogo go uważaliśmy? Jak bardzo jesteśmy w stanie uwierzyć pozorom? Ile możemy poświęcić dla drugiego człowieka, by dostać, czego pragniemy?

Oszczędne w środkach, kameralne „Thrill me” jest jednym z największych musicalowych objawień sezonu. Wątek kryminalny i klimat jak z filmu noir są pretekstem do ukazania intymnego, zniuansowanego portretu dwóch ludzi. Są też przyczynkiem, by przyjrzeć się, jak zarówno okoliczności, jak i własne decyzje wpływają na ich losy. Z zegarmistrzowską precyzją prowadzona historia intryguje i wciąga do ostatniej minuty. Zachwyca przejmująca muzyka oraz znakomite aktorstwo.

Twórcy zachęcają do rozważań, ale niczego nie narzucają. Pozwalają, by ostatecznie wybrzmiały ciemność i cisza, w których każdy dopisze własną refleksję.

„Thrill me”, Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury, 27 czerwca 2021r.

Libretto, teksty utworów i muzyka – Stephen Dolginoff
Reżyseria – Tadeusz Kabicz
Koncepcja sceniczna – Tadeusz Kabicz, Maciej Pawlak
Fortepian – Karina Komendera
Animacje – Karolina Jacewicz
Reżyseria świateł – Dariusz Albrycht
Przekład – Małgorzata Lipska

Richard Loeb – Marcin Januszkiewicz
Nathan Leopold – Maciej Pawlak
Gościnnie – Mirosław Zbrojewicz i Filip Kosior

Za możliwość wykorzystania zdjęć serdecznie dziękuję Mazowieckiemu Teatrowi Muzycznemu im. Jana Kiepury.

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Dodaj komentarz

Pióra, cekiny, naziści i camp, czyli jak odnieść sukces w biznesie (musicalowym), robiąc klapę?

Zadebiutować na Broadwayu w wieku 75 lat, wyśmiać i obrazić wszystkich, których się da, naruszyć mnóstwo tabu… i nie tylko nie zostać za to wyklętym, ale odnieść sukces, którego nikt do dziś nie przebił? Może, żeby to zrobić, trzeba być po prostu Melem Brooksem.  

Ten reżyser, scenarzysta, aktor i producent, twórca charakterystycznego kina komediowego, zrealizował „Producentów” na podstawie własnego kasowego filmu, powstałego ponad trzydzieści lat wcześniej. Sceniczna wersja musicalu okazała się niebywałym triumfem, zdobyła 12 nagród Tony i do dziś zajmuje pierwsze miejsce pod względem ilości tych statuetek.

Prapremiera w Polsce odbyła się w 2009 roku, osiem lat po broadwayowskiej. Na scenę Teatru Rozrywki przeniósł „Producentów” Michał Znaniecki. Podobno żaden teatr wcześniej nie odważył się na wystawienie musicalu, postrzeganego jako zbyt kontrowersyjny. Poniekąd słusznie – w recenzjach popremierowych zdarzały się opinie pełne świętego oburzenia, że to jednak przekroczenie granic; można odnieść wrażenie, iż nie wszyscy odnaleźli się w charakterystycznej dla Brooksa konwencji. Znaniecki zaryzykował – i wygrał.

Max Białystok (Dariusz Niebudek) – niegdyś uznany broadwayowski producent, utracił swoją artystyczną intuicję, a wraz z nią – płynność finansową. Jego kolejny spektakl jest fiaskiem, a kiepskie recenzje pojawiają się, zanim publiczność zdąży opuścić salę po premierze. Nic dziwnego zresztą – jak komentuje Max – skoro krytycy wychodzą w antrakcie. Jedynym ratunkiem dla podupadłych finansów są czeki od zamożnych dam, „kwiat wieku” dawno mających za sobą, otrzymywane za usługi… hmmm… zgoła nie producenckie.

Fot. zbiory Teatru Rozrywki

Pewnego dnia w zapyziałym biurze Maxa pojawia się fajtłapowaty zahukany księgowy, Leopold Bloom (Kamil Franczak). Sprawdzając rachunki, mimochodem odkrywa, że w pewnych okolicznościach na klapie można się obłowić bardziej niż na hicie.

Wyprodukować najgorszy musical i zarobić krocie? Tego właśnie potrzebuje Białystok! A cóż może być gorszego niż opowieść o Hitlerze, gloryfikująca przywódcę III Rzeszy? Trzeba tylko zdobyć do niej prawa od hodującego gołębie neonazisty grafomana, znaleźć najgorszego reżysera, aktorów, tancerzy… I fundusze oczywiście. Na szczęście są znajome jurne staruszki (bo przecież pierwsza i najważniejsza zasada brzmi: „Nigdy nie inwestuj własnych pieniędzy!”). Murowana klapa nadciąga!

„Producenci” są spektaklem nieliczącym się z nikim i niczym. Subtelna ironia, zawoalowane przytyki? To nie ten adres. Kpina jednak, co warto podkreślić, dotyka nie tyle poszczególnych grup, ile raczej stereotypów na temat tych grup zakorzenionych w społeczeństwie. Środowisko artystyczne? Obowiązkowo przekonane o własnej genialności, złożone prawie co do jednego z przerysowanych, zniewieściałych gejów (męski pierwiastek wnosi jedynie pani oświetleniowiec). Aktorki? Głupie blondynki, a jakże, brak talentu nadrabiające innymi „atutami” oraz całkowitym brakiem kompleksów i zahamowań. Żydzi? Cwani i skupieni na interesach. Kontrowersyjne? Być może, ale nie ma tu miejsca na wzgardę. Reżyser ma dla swoich niedoskonałych bohaterów sporo czułości i pozwala też dostrzec ich dobre serce czy umiejętność wybaczania. Satyra pełną gębą pojawia się za to w scenach wystawienia „Wiosny Hitlera”.

Fot. zbiory Teatru Rozrywki

Opowieść pomyka z szybkością rakiety od jednego pieprznego żartu do drugiego, jednocześnie nie rezygnując ani na chwilę z bycia efektownym, pełnoprawnym musicalem. Klasyczne broadwayowskie utwory solowe („Wolę być producentem”) czy zbiorowe („Wiosna Hitlera”) mają chwytliwe melodie, numery taneczne olśniewają choreografią i kostiumami. Zespół Teatru Rozrywki po raz kolejny udowadnia, że nie ma w nim ludzi przypadkowych. Realizatorzy przedstawienia wykorzystują nie tylko scenę, ale także schody prowadzące na widownię czy balkony boczne (przy faszystowskiej polce w wykonaniu Liebkinda, Białystoka i Blooma po prostu nie da się nie ryczeć ze śmiechu). Wrażenie robi tradycyjna scenografia, np. biuro rachunkowe, więzienie czy gabinet Maxa obwieszony plakatami przypominającymi o dawnej świetności miejsca i właściciela. Warta osobnego wspomnienia jest oprawa wizualna „najgorszego musicalu”. Połączenie błyszczących światełkami swastyk, nazistowskich mundurów, bawarskich kostiumów i rewiowego tańca to coś, co trudno wyrzucić z głowy.

Twórcy nieustannie puszczają oko do widza. Jednym z nie dość złych scenariuszy przeglądanych przez Blooma jest „Przemiana” Kafki. Kiedy Roger de Bill zastanawia się nad tym, czy wyreżyserować spektakl, w tle słychać fragment słynnego motywu ze „Stawki większej niż życie”. Policjant mówi gwarą (co z oburzeniem komentuje Białystok, który stwierdza, że dał radę znieść na scenie nawet akcent irlandzki, ale to już przesada). Inspirację dla kreacji Rogera rozpozna każdy mieszkaniec Śląska.

Główni bohaterowie zbudowani są na zasadzie kontrastu. Różnią się wiekiem, wyglądem i charakterem. Max to dojrzały, zdecydowany na wszystko człowiek, który z niejednego pieca chleb jadł (a właściwie – w niejednym wygasłym piecu ogień rozpalił – pozostając bliżej metaforyki musicalu). Z kolei Leo jest chorobliwie nieśmiałym debiutantem nie tylko w profesji producenckiej, ale także miłosnej. Odzyskiwanie poczucia własnej wartości Blooma oraz jego uczuciowo-erotyczna inicjacja dadzą oczywiście okazję do kolejnej serii dosadnych żartów i gagów.

Fot. zbiory Teatru Rozrywki

Dariusz Niebudek i Kamil Franczak tworzą koncertowy duet, zagrany i zgrany jak perfekcyjnie funkcjonująca maszyna do wywoływania salw śmiechu (aż trudno uwierzyć, że to był pierwszy i drugi spektakl po ponad rocznej przerwie). Przez niecałe trzy godziny są na scenie prawie nieustannie, w ciągłym ruchu, śpiewają, tańczą, przerzucają się kwestiami i zdają się napędzać nawzajem własną niespożytą energią. Tego nie da się opisać – ich po prostu trzeba zobaczyć!

Barbara Ducka wzorowo wykorzystuje swój potencjał komediowy. Grana przez nią aspirująca gwiazdka, Ulla, bawi licznymi przejęzyczeniami; i może nie jest wybitną artystką, ale ma dobre serce, a poza tym w niektórych dziedzinach wykazuje spore zacięcie edukacyjne. Jarosław Czarnecki z dużym wdziękiem i przymrużeniem oka portretuje reżysera de Billa, a wespół z Kamilem Baronem (Carmen Jola) tworzy wyborne campowe kombo, któremu nie można się oprzeć. Podobnie zresztą jak całej fantastycznej ekipie Rogera, w której bryluje Izabella Malik – na scenie jest króciutko, ale tworzy rolę-perełkę. Tych „perełek” jest zresztą więcej. Anna Ratajczyk czy Dominik Koralewski, nawet jeśli pojawiają się na chwilę, skupiają uwagę i bawią do łez.

Śmiejemy się z jurnych „babci piekieł” na wózkach czy z balkonikami. Z karykaturalnego reżysera i jego świty. Z teutońskiego dramaturga tańczącego wraz z producentami na cześć Hitlera. Z tancerek obwieszonych preclami i wurstem. Z całego szeregu dowcipów w złym guście. Śmiech z rzeczy objętych tabu oczyszcza i wyzwala.

Fot. zbiory Teatru Rozrywki

Ale przecież „Producenci” to także „metamusical” – dworujący właśnie z broadwayowskich producentów, aktorów (-„Aktorzy to ludzie!” -„Tak? A widziałeś ich na bankietach?”), kreślący ze śmiechem oraz dużą dozą nostalgii świat, który wraz z epoką ogromnych korporacji odszedł do lamusa.

Chorzowski spektakl, mimo że wystawiany od dwunastu lat, nie traci ikry, a kolejne sety są owacyjnie przyjmowane przez widzów. Słowa Maxa: „Cholera, to mamy hit! I pewnie jeszcze będą go grali przez dziesięć lat!” dla realizacji Michała Znanieckiego okazały się prorocze.

PS Warto byłoby uzupełnić program spektaklu o wkładkę z nowszymi zdjęciami, a przede wszystkim informacjami o obsadzie, bo jednak na przestrzeni lat sporo się zmieniło.

„Producenci”, Teatr Rozrywki, 17, 18 czerwca 2021r.

Reżyseria – Michał Znaniecki

Max Białystok – Dariusz Niebudek
Leo Bloom – Kamil Franczak
Ulla Swanson – Barbara Ducka
Roger de Bill – Jarosław Czarnecki
Carmen Jola – Kamil Baron
Franz Liebkind – Tomasz Jedz
Macaj Obracaj – Anna Ratajczyk
Ekipa Rogera – Izabella Malik, Marek Chudziński, Bartłomiej Kuciel, Andrzej Lichosyt
Trzy jurne staruszki – Ewa Grysko, Anna Ratajczyk, Dagmara Żuchnicka
Marks, Sędzia, Johann, Zarządca więzienia – Mirosław Książek
Policjant – Dominik Koralewski
Żołnierz – Maciej Kulmacz
Pianistka – Lena Minkacz

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Otagowano , , , , | Możliwość komentowania Pióra, cekiny, naziści i camp, czyli jak odnieść sukces w biznesie (musicalowym), robiąc klapę? została wyłączona