Siła sióstr

Próbująca przebić się w show-biznesie piosenkarka, Deloris van Cartier (z akcentem na „e”, jak ten sklep z biżuterią, żeby nie było wątpliwości!) jest świadkiem morderstwa, którego dokonuje jej kochanek. Tropiona przez niego i jego szumowiny, chroni się na posterunku policji. Stróże prawa postanawiają ukryć ją w miejscu, gdzie z pewnością nikt nie będzie jej szukał. W ten sposób, bardziej nie chcąc niż chcąc, niedoszła gwiazda scen podrzędnych, zadymionych klubów trafia do… klasztoru. Wkrótce Matka Przełożona proponuje jej stanowisko dyrygentki chóru zakonnego. Zadanie niełatwe, bo słuchanie dotychczasowych dokonań wokalnych siostrzyczek chyba nawet dla Boga musiało być próbą charakteru… Deloris rozkręca chór, gromadzi fundusze na podupadający klasztor i ma szansę stać się idolką religijnych kanałów. Może nie jest to kariera, o jakiej marzyła, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Czy może raczej – na darowany habit nie narzeka, że szary i zbyt długi.

Komizm „Zakonnicy w przebraniu” zasadza się na konfrontacji dwóch kompletnie nieprzystających do siebie światów. Pomysł to nienowy, wielokrotnie w komediach eksploatowany, ale zazwyczaj się sprawdzający. Po jednej stronie – uduchowione, skupione na modlitwie, skromne zakonnice, po drugiej – żywiołowa, skupiona głównie na sobie i daleka od skromności aspirująca piosenkarka. Z czasem, jak nietrudno się domyślić, nastąpi pewne przesunięcie akcentów. Siostry okażą się mniej pokorne niż by się zdawało, a i jednolite jedynie zewnętrznie, ze względu na habity. Deloris zaś pod warstwą twardzielstwa i przebojowości skrywać będzie marzenie nie tylko o scenicznych triumfach.

W tym musicalu prym wiodą kobiety – dokonujące różnych wyborów, niekoniecznie zgodne co do wizji świata, która jest im bliska, jednak służące sobie wsparciem. Siła – nomen omen – sióstr jest niepodważalna.

Paulina Magaj jako próbująca zaistnieć piosenkarka jest wyzywająca, prowokacyjna, ale cechy te równoważy poczuciem humoru, sumiennością i prostolinijnością. Co prawda spotyka się z gangsterem, ale wciąż potrafi odróżnić dobro od zła. Z czasem odsłania też ukryte pokłady wrażliwości, strach przed samotnością, tęsknotę za tym, by komuś naprawdę na niej zależało. Jednak do końca pozostaje przebojową, niedającą sobie w kaszę dmuchać dziewczyną. Powierzenie głównej roli Paulinie Magaj to strzał w dziesiątkę. Swoją energią mogłaby zasilić niewielką elektrownię atomową. Jej intrygujący, mocny, czysty głos zdecydowanie wybrzmiewa w kolejnych songach. Ma być gwiazdą tego przedstawienia i jest nią – na sto procent.

Maria Meyer, Paulina Magaj, Tomasz Jedz, fot. Artur Wacławek

Zapadające w pamięć kreacje siostrzyczek tworzą uznane aktorki chorzowskiej sceny – Marta Tadla jako pogodna, serdeczna Maria Patryk czy Anna Ratajczyk – nieco zwariowana Maria Łazarz. Wioletta Białk w roli nowicjuszki, Marii Robert, która nie zna innego świata niż ten za klasztornym murem, urzeka delikatnością, niewinnością, ale też zaskakuje uporem. We wspólnych scenach Paulina Magaj i Wioleta Białk pięknie wygrywają opozycje zarówno w charakterach swoich postaci, jak i w wyglądzie czy głosie. Maria Klarencjusz, jak prawdziwa starsza siostra, daje Marii Robert siłę, by mogła dokonać wyboru. Nie narzuca jej niczego, pokazuje, jakie ma możliwości.

Zakonnice są zachwycone nową towarzyszką – wszystkie poza Matką Przełożoną. To kobieta żarliwej wiary i szczerej modlitwy, prawdziwie dbająca o klasztor. Odrzuca zły i niszczący świat zewnętrzny, którego Deloris jest aż nazbyt widocznym symbolem. Czeka na znak od Boga, a gdy w końcu taki otrzymuje – chociaż inny niż się spodziewała – posłusznie go akceptuje. Na początku kostyczna i cierpka, potwierdza głębię swojej wiary czynami. Pomoc bliźniemu jest dla niej sednem człowieczeństwa – nawet jeśli bliźni niekoniecznie przystaje do jej wyobrażeń o skromności i pokorze. Maria Meyer w tej roli zachwyca. Mogłoby się zdawać, że wózek inwalidzki na scenie ogranicza możliwości aktora. W tym przypadku dzieje się odwrotnie – z biegłością wykorzystując, to, co dostała, artystka buduje przekonujący portret bohaterki, której system wartości chwieje się w posadach. Jej końcowa przemiana wypada poruszająco i wiarygodnie.

Rafał Talarczyk, fot. Artur Wacławek

W rolę sierżanta Eddiego, od czasów szkolnych podkochującego się w przebojowej koleżance, wciela się Rafał Talarczyk. Dziewczyna długo go lekceważy, a on ma świadomość, że daleko mu do bycia superbohaterem. Jest za to ciepły i ujmujący. Szacunek i serce zarówno Deloris, jak widowni zdobywa wytrwałością i otwartością. Poza świetnym głosem aktor prezentuje niezwykły dystans do samego siebie. Umiejętnie równoważy komizm liryzmem, przerysowując swojego bohatera tylko tam, gdzie to konieczne.

Tomasz Jedz ze swobodą scenicznego wyjadacza pokazuje, jak grany przez niego ojciec O’Hara coraz bardziej odnajduje się w roli showmana i menadżera. Trudno wyrzucić z głowy wyrazisty epizod Dominika Koralewskiego. Bartłomiej Kuciel w postaci Curtisa kumuluje stereotypowe cechy gangstera. Luzacki i pewny siebie sposób poruszania się, trzymania broni, śpiewania… Jednak jego bohater, mimo nikczemnych czynów, nie przeraża. Przypomina raczej nieporadnych członków „Gangu Olsena” niż bezwzględnych ojców chrzestnych z filmów Coppoli i Scorsese.

Nie sposób nie wspomnieć o trzech oprychach – pomagierach Curtisa: hiszpańskojęzycznym Pablo (Maciej Kulmacz), lizusowatym krewnym szefa – TJ-u (Piotr Brodziński) i bajerancie Joeyu (Hubert Waljewski). Zdobni w złote łańcuchy, w ciuchach macho z podrzędnej speluny, cudownie karykaturalni i kiczowaci, wywołują salwy śmiechu za każdym razem, kiedy się pojawiają. Ukoronowaniem show w ich wykonaniu jest utwór nawiązujący do najlepszych tradycji Bee Gees – „Hej, siostro”.

Imponuje lista nazwisk twórców chorzowskiej wersji musicalu. Reżyser Michał Znaniecki w swojej biografii zawodowej na sporo „naj”. Jako najmłodszy reżyser debiutował w La Scali, był jednym z najmłodszych dyrektorów warszawskiej Opery Narodowej i Teatru Wielkiego. Współpracuje ze scenami operowymi na całym świecie, a z zespołem Teatru Rozrywki wyreżyserował wcześniej m.in. „Jekylla i Hyde’a” czy „Producentów”. Nic więc dziwnego, że zrealizowana przez niego z wprawą „Zakonnica w przebraniu” skrzy się dowcipem, a wartka akcja nie pozwala odetchnąć ani na chwilę. Energetyczna, pełna wdzięku muzyka w klimatach lat 70. „niesie” przedstawienie od sceny do sceny (warto nadmienić, że odpowiedzialny za nią Alan Menken to gość z całą baterią Oscarów i innych nagród na koncie, autor hitów z „Małej Syrenki”, Pięknej i Bestii” czy „Pocahontas”).

„Niosą” też spektakl polskie teksty, zgrabne i akuratne. Jacek Mikołajczyk, autor tłumaczenia libretta (i jednocześnie reżyser prapremierowej „Zakonnicy…” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu), jak mało kto „czuje” język musicalu. Jego wirtuozeria w operowaniu językiem polskim może być wzorem dla innych.

Twórca scenografii, Luigi Scoglio, mający doświadczenie zarówno w musicalu, jak i operze czy teatrze eksperymentalnym, w Rozrywce umiejętnie buduje przestrzeń dla spotkania dwóch światów. Najbardziej efektownym jej elementem jest finezyjne, ażurowe klasztorne ogrodzenie i witraże w tle. „Brudny” świat zewnętrzny symbolizuje graffiti, w których wykorzystano prace Banksy’ego. Podoba mi się zagospodarowanie sali teatralnej czy balkonów, gdzie urządzono np. komisariat policji.

Fot. Artur Wacławek

Choreograf Jarosław Staniek, współpracujący m.in. z Teatrem Syrena i krakowskim Variete, na stosunkowo niewielkiej scenie tworzy pełne rozmachu układy, tym bardziej widowiskowe, im większą karierę robią siostry. Z tego jednego względu żałuję mojego upodobania do pierwszego rzędu – z dalszych na pewno sceny zbiorowe prezentują się wyjątkowo.   

„Bo jeśli coś nas porusza, dlaczego mielibyśmy mówić o tym szeptem?”. Zgodnie z tymi słowami spektakularna chorzowska inscenizacja nie szepcze. Daje czadu w rytmie lat 70., błyszczy jak dyskotekowa kula, olśniewa i przyciąga wzrok. Widz ani na chwilę nie traci wiary (nie w takim spektaklu!), że wszystko skończy się dobrze (potrzebujemy dziś takich zakończeń). A zawsze aktualne przesłanie o tym, że warto szukać tego, co łączy, jest na tyle wyraziste, że wcale nie ginie wśród głośnych rytmów disco, r’n’b i soulu.

To było drugie przedstawienie „Zakonnicy w przebraniu” w Teatrze Rozrywki po otwarciu teatrów – kipiąca niezwykłą energią, nieokiełznana jazda bez trzymanki. Długie owacje na stojąco na zakończenie, ogromna radość i wzruszenie na twarzach aktorów udowodniły po raz kolejny to, co oczywiste – jesteśmy potrzebni sobie nawzajem. Teatr na żywo jest nieporównywalny z niczym innym.

Za udostępnienie i możliwość wykorzystania zdjęć serdecznie dziękuję Teatrowi Rozrywki.

„Zakonnica w przebraniu”, Teatr Rozrywki, 26 lutego 2021r.

Reżyseria – Michał Znaniecki

Deloris van Cartier – Paulina Magaj
Matka Przełożona – Maria Meyer
Maria Patryk – Marta Tadla
Maria Łazarz – Anna Ratajczyk
Maria Robert – Wioletta Białk
Maria Marcin z Tour – Ewa Grysko
Maria Teresa – Dagmara Żuchnicka
Ojciec O’Hara – Tomasz Jedz
Curtis – Bartłomiej Kuciel
Joey – Hubert Waljewski
Ernie – Rafał Gajewski
Pablo – Maciej Kulmacz
TJ – Piotr Brodziński
Tina – Aleksandra Dyjas
Michelle – Joanna Możdżan
Kelnerka – Magdalena Wojtacha
Sierżant Eddie – Rafał Talarczyk
Gliniarz – Marek Chudziński
Drag Queen – Dominik Koralewski
Reporter – Jakub Wróblewski


Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Dodaj komentarz

Każdy może mieć, co chce?

Trudne wybory, wielkie namiętności, bohaterowie uwikłani w sytuacje bez wyjścia – brzmi znajomo, prawda? Od dramatu antycznego po najsłynniejsze opery, od szekspirowskich tragedii po hollywoodzkie produkcje – wciąż tkwi w nas tęsknota za opowieściami większymi niż życie. Oglądamy je z bezpiecznej odległości, śledzimy losy bohaterów, żeby na chwilę uciec od rzeczywistości, przeżyć katharsis…

W nurt takich opowieści wpisuje się „Aida” – musical autorstwa Tima Rice’a i Eltona Johna, przeniesiony na scenę Teatru Muzycznego ROMA przez jego wieloletniego reżysera, Wojciecha Kępczyńskiego. Starożytność i konflikt pomiędzy Egiptem i Nubią służą jako pretekst do ukazania dramatycznej, pełnej skrajnych uczuć historii miłosnej.

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA

Jedną z zalet kilkukrotnego oglądania tego samego musicalu jest to, że kiedy już zna się fabułę, można poświęcić czas na przyjrzenie się szczegółom. Nie dlatego, by szukać niedoróbek czy „pęknięć”, bo w tym spektaklu ich po prostu nie ma. Za to mnóstwo składowych czyni „Aidę” wyjątkową.  

Scenografia dyskretnie sugeruje miejsca akcji. Jest prosta, oszczędna i graficzna. Podest to brzeg rzeki, ogromna krata – obóz niewolników, wielkie bloki pokryte hieroglifami przenoszą widzów w mury pałacu. Stonowane tła wyświetlane na ledowych ekranach podpowiadają wschód słońca czy niebo usiane gwiazdami i współgrają z ruchomymi elementami dekoracji. W takiej oprawie pojawiają się malarskie sceny: niewolnice nubijskie idą z koszami prania nad rzekę; żołnierze wracają na statku z wojennej wyprawy. Trochę to teatr cieni, trochę – pasowe kompozycje przypominające egipskie  płaskorzeźby. Tak czy inaczej – prezentują się niezwykle efektownie.

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA

Kostiumy zapierają dech. Wyglądają na wygodne i „łatwe w obsłudze”, co tym ważniejsze, że bywają zdejmowane czy zmieniane na scenie. Są wielkimi sprzymierzeńcami aktorów – może poza butami na platformach księżniczki Amneris, ale przecież i te nie są przypadkowe. Warto zobaczyć, jak żołnierze, Radames czy Dżoser w tych strojach chodzą. Krój narzuca dumną, wyprostowaną postawę, zdecydowany krok. Z bliska zachwycają dopracowane detale.

Ale stroje te są nie tylko piękne. Niewolnicy noszą układające się miękko, opływające sylwetkę, bardziej „obłe” kostiumy. Władza Egipcjan – mężczyzn podkreślona jest surowymi formami. To dlatego Amneris w scenie sądu ma suknię o graficznej, przerysowanej górze – jest ona zewnętrznym znakiem tego, że księżniczka wchodzi w męską rolę.

A jak efektownie wirują stroje tancerzy w „Nowej piramidzie”! Jak doskonale podkreślają ekspresję ciała w „Tańcu sukni”! Sceny zbiorowe są mistrzowskie. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, ile godzin ciężkiej pracy zespołu za nimi stoi, ale mam świadomość, że właśnie dlatego wyglądają tak naturalnie i pięknie.  

Scenografia, światła, stroje, wykorzystane kolory (w większości przykurzone, rozmyte, nawiązujące do natury) w przemyślany sposób kreują świat przedstawiony i stanowią spójną koncepcję wizualną.

Przebojowe kompozycje Eltona Johna są niewątpliwym atutem „Aidy”. Czy to monumentalna „Miłość bogów”, czy przepełniona namiętnością „Zawiła gra”, liryczne i emocjonalne „Gwiazdy piszą los”, energetyczny „Taniec sukni”, bardzo „eltonowski” w klimacie „Jak ojciec, tak syn” – partii solowych i chóralnych słucha się z prawdziwą przyjemnością, a brzmią w uszach długo po zakończeniu przedstawienia. Warto też docenić dobre tłumaczenie, które nie utrudnia aktorom pracy na scenie.

Postaci wymyślone na potrzeby musicalu nie są szczególnie zniuansowane psychologicznie. Widz ma szybko zapamiętać, kto jest kim, toteż każda ma kilka wyraźnie zaznaczonych cech. „Reszta” jest zadaniem aktorów. To oni mają sprawić, że bohaterowie staną się prawdziwi, a ich losy przejmujące.

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA

Agnieszka Przekupień, którą wreszcie udało mi się zobaczyć jako Amneris, w łaźni czy scenie przywoływania Radamesa do sypialni nie bawi się w subtelności i bez pardonu ogrywa komediowe emploi swojej bohaterki. Księżniczka ma być krzykliwa, zwracać na siebie uwagę – i taka jest. Gra wyznaczoną rolę modnej celebrytki; otaczający świat jest malowniczym tłem dla jej urody i ekstrawaganckich kreacji. Przełomowe okazuje się jej spotkanie z Aidą, a potem rozmowa z Dżoserem. Amneris konfrontuje się z tym, czego dotychczas unikała, i zaczyna przekraczać ramy narzucone przez urodzenie i płeć. Największe wrażenie robi, gdy zdejmuje maskę pustej lalki. W „Znam prawdę” aktorka przejmująco oddaje cichą rozpacz niekochanej i zdradzonej przez wszystkich kobiety, której czas „przeminął, nim zacząć się mógł”. Płocha Amneris z pierwszego aktu ustępuje miejsca władczyni, która musi dotrzymać zobowiązań. Ale zanim to się stanie, będzie musiała utracić wszystko, co dotychczas było jej drogie. Posągowa, piękna i dumna, Agnieszka Przekupień jest księżniczką idealną.

Ciekawie wypada porównanie ojców – władców. Faraon przystaje na żądania córki, przekazuje jej władzę. Czy dlatego, że widzi, jak się zmieniła? A może pozwala na to, bo wie, że jego czas dobiega końca?

Krzysztof Cybiński jako nubijski król Amonastro z jednej sceny wyciska, ile się da. Zapamiętuje się jego wściekłość, rozgoryczenie, rozczarowanie Aidą. Przez łachmany i brud przebija złamana godność władcy, który ma „jeszcze jeden powód, by nienawidzić Egipcjan”. Rozumiem, że jego honor, a co za tym idzie – honor kraju są dla niego najważniejsze. Niemniej irytuje mnie to, jak szybko i powierzchownie ocenia córkę.

Przykuwająca uwagę jest też relacja ojcowsko-synowska między Dżoserem i Radamesem – w obu przedstawieniach, na których byłam, iskrząca od emocji. Kapitan unika ojca, długie wyprawy trzymają go z daleka od pałacowych intryg. W końcu jednak musi stanąć naprzeciwko niego. Kulminacja następuje w „Jak ojciec, tak syn”, kiedy kapitan ostatecznie przeciwstawia się Dżoserowi i jego planom.

Bo doradca faraona nigdy się nie waha. Księżniczka, władca, własny syn są tylko pionkami na szachownicy, które trzeba umiejętnie rozstawić, żeby wygrać partię planowaną od lat. Nie ma miejsca na sentymenty, liczy się cel. Janusz Kruciński tworzy kompletny portret czarnego charakteru. Służą temu głos, sposób śpiewania, chód. Każde skinienie ręki, pauza w wypowiedzi, spojrzenie są przemyślane i podane „w punkt”. Dżoser to postać, którą kocha się nienawidzić, ale trudno oderwać od niej wzrok. 

Mereba za to nie sposób nie lubić. Z kart literatury patronują mu Dyl Sowizdrzał i Sancho Pansa. Trochę chłopek-roztropek, a trochę prostaczek o złotym sercu, uosabia ludową mądrość, szczerość i zapobiegliwość. Pojawienie się tego bohatera pozwala na chwilę odetchnąć od dramatycznych wydarzeń. Od czasu, kiedy widziałam go ostatnio, Piotr Janusz dodał swojej postaci kilka smaczków. To drobiazgi – w gestach, mimice, inaczej zaakcentowanych zdaniach, które jednak dodają jej głębi i ukazują, jak ciekawie się rozwinęła w wykonaniu aktora. Sprawiają one też, że Mereb staje się widzowi jeszcze bliższy. Do niego należy jeden z moich ulubionych utworów musicalu – „Wiem, kim jesteś”.

Oczywiście „Aida” to przede wszystkim love story. Nic więc dziwnego, że uwaga skupiona jest na głównych bohaterach wątku uczuciowego. To oni mają przekonać odbiorców, że ich historia miłosna jest „ponadczasowa”.  

W dwóch spektaklach dzień po dniu widziałam dwie różne obsady głównych ról. Najpierw Basię Gąsienicę Giewont i Janka Traczyka, których miałam okazję podziwiać razem na scenie przed prawie rokiem.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Basię Gąsienicę Giewont, uderzył mnie kontrast jej drobnej postaci i ogromnej mocy głosu. Tym razem było podobnie – mimo że już wiedziałam, czego się spodziewać. Aida w interpretacji tej aktorki to idealnie wypośrodkowane połączenie siły i delikatności. Robi wrażenie pośród tłumu wpatrzonych w nią Nubijczyków. Szczupła i dziewczęca, nie jest w żadnym wypadku uległą, przestraszoną branką. W pierwszych scenach z Radamesem widać głównie jej upór i zaciętość; przeciwstawia się mu, nie zważając na konsekwencje. Nie daje się zapędzić w kozi róg. Jest spostrzegawcza, mądra i silna. Lepiej poznając kapitana, pozwala sobie na szczerość, rodzi się w niej czułość i namiętność. Basia Gąsienica Giewont tworzy wyrazistą, prawdziwą postać zakochanej dziewczyny, autentycznie rozdartej między powinnością a uczuciami. W „Tak łatwo żyć się da”, kiedy dokonuje wyboru, jej żal za tym, co traci, jest wręcz namacalny, a gorzka rezygnacja w głosie wywołuje ciarki.

U Janka Traczyka od pierwszych chwil widoczna jest niezwykła lekkość i swoboda bycia na scenie. Kiedy się pojawia, z bohunowym błyskiem w oku i łobuzerskim uśmiechem, nie można oderwać od niego wzroku. Jest zadziorny i nieodparcie charyzmatyczny. Nic dziwnego, że żołnierze reagują na każde jego skinienie. Na początku jest wyniosły i hardy. Bawi się strachem Aidy, by zaraz potem dać do zrozumienia, że dziewczyna go intryguje. I nie podoba mu się to. Szuka jej, chce być bliżej, ale wie, że kieruje zainteresowanie w niewłaściwym kierunku. Pyszałkowato stwierdza, że mógłby wydać rozkaz, by „była mu przychylna”. Z drugiej strony pragnie, by z własnej woli widziała w nim mężczyznę, nie tylko żołnierza wrogiej armii. Z czasem jego uczucie się rozwija, a on staje się bardziej świadomy tego, na czym mu naprawdę zależy. Janek Traczyk konsekwentnie pokazuje dojrzewanie Radamesa. Kulminacją jest jego ostatnia rozmowa z Amneris, kiedy wyjaśnia, dlaczego nie może zaprzeczyć sobie i swojej miłości. W sobotnim przedstawieniu zachwycił mnie wokalnie – głębią emocji w wielu scenach i „pazurem” w innych.

Podczas kolejnego przedstawienia trafiłam na Ewę Kłosowicz (tym samym udało mi się zobaczyć wszystkie Aidy) i Pawła Mielewczyka.

Ewa Kłosowicz dołączyła do obsady musicalu dużo później, ma za sobą tylko kilka przedstawień z długimi przerwami pomiędzy. Widać jednak, że dobrze czuje się w tej roli. Ładnie oddaje zagubienie Aidy w obozie niewolników czy w rozmowach z Merebem. Przekonująco pokazuje, jak rodzą się jej uczucia do Radamesa. Ma piękny głos, którym bez wysiłku oddaje różnorodne emocje. Jej postać z czasem będzie pewnie rozwijać się i ewoluować. Mam nadzieję, że aktorka będzie miała jeszcze wiele okazji, by zaprezentować swoją interpretację Aidy przed publicznością.

Na zobaczenie Pawła Mielewczyka w głównej roli męskiej bardzo długo czekałam. I muszę przyznać, że jego Radames bez większego wysiłku skradł moje serce. Jego fizyczność implikuje inne „podanie” roli. Aktor stworzył bohatera bardzo szorstkiego i „kanciastego” w początkowych scenach. Po żołniersku bezceremonialny, zmieszanie spowodowane rodzącą się sympatią do nubijskiej dziewczyny pokrywa ironicznym uśmieszkiem. Gdy jednak wreszcie poddaje się uczuciu, robi to bez reszty. Bardzo intensywnie odczuwa się jego gniew, wściekłość, żarliwość. Warto pamiętać, że Paweł, który bierze też udział w przedstawieniach jako członek zespołu, podczas przygotowań miał mniej czasu na wykreowanie swojego Radamesa. Udało mu się jednak stworzyć pełnowymiarowego i intrygującego bohatera, który przykuwa uwagę – i to jak!

Wiele scen pomiędzy głównymi bohaterami kipi od podskórnej czy też całkiem jawnej namiętności. W takich momentach często się mówi o przysłowiowej „chemii” między aktorami. Trzeba przyznać, że tu jej nie brakuje. Pomiędzy obiema parami aż iskrzy i są w nich niezwykle sugestywni.

W kontekście opowiadanej historii słowa jednego z utworów brzmią jak ponury żart. „Każdy może mieć, co chce”? Tu nikt nie dostaje tego, czego pragnie. A gorzkie zakończenie daje jedynie namiastkę happy-endu. Jednak „Aida” nie jest burzącą mury, filozoficzną przypowieścią o szukaniu prawdy – tak, jak nie są nią „Romeo i Julia”, „Tristan i Izolda” czy „Titanic”. To po prostu historia miłosna w wyrafinowanej oprawie wizualnej. Lubię takie i daję się im porwać bez zastrzeżeń – szczególnie jeśli zrealizowane są na takim poziomie jak produkcja ROMY. Kiedy się kończy, mam ochotę natychmiast znowu znaleźć się nad brzegiem Nilu, by usłyszeć „opowieść o miłości, która kwitła w erze zła”.  

„Aida”, Teatr Muzyczny ROMA

Reżyseria – Wojciech Kępczyński
II reżyser – Sebastian Gonciarz
Współpraca reżyserska – Ewa Konstancja Bułhak

20 lutego 2021r.:
Aida – Basia Gąsienica Giewont
Radames – Janek Traczyk
Amneris – Agnieszka Przekupień
Dżoser – Janusz Kruciński
Mereb – Piotr Janusz
Nehebka – Katarzyna Kanabus
Faraon – Wojciech Paszkowski
Amonastro – Krzysztof Cybiński

21 lutego 2021r.:
Aida – Ewa Kłosowicz
Radames – Paweł Mielewczyk
Amneris – Agnieszka Przekupień
Dżoser – Janusz Kruciński
Mereb – Piotr Janusz
Nehebka – Katarzyna Kanabus
Faraon – Wojciech Paszkowski
Amonastro – Przemysław Redkowski

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | 1 komentarz

„Proszę zostawić troski w szatni…” – „Hity musicali” w Teatrze Rozrywki

Spośród propozycji online, które podczas ostatniej nocy sylwestrowej zaprezentowały teatry muzyczne, jedną z najciekawszych okazał się koncert musicalowy z Teatru Rozrywki. Mimo że spektakl nagrywany był bez widowni, jego twórcy postanowili nie rezygnować z rozmachu, z którego słyną chorzowskie sylwestrowo-karnawałowe widowiska. Nie zabrakło więc rozbudowanej choreografii, barwnych, efektownych strojów, rekwizytów i elementów scenografii.

Po tym, jak gruchnęła – dość nieoczekiwana, przyznać trzeba – wieść o otwarciu teatrów, postanowiono zaprezentować „Hity musicali” na żywo. Większość biletów rozeszła się bardzo szybko. I nic dziwnego. Czy można sobie wyobrazić coś lepszego po kilku miesiącach teatralnej posuchy?

Aleksandra Dyjas, Anna Surma, Joanna Możdżan, zespół baletowy; fot. Artur Wacławek

Chociażby wcześniej widziało się wersję online, występ na żywo to zupełnie inna jakość. Nie do uzyskania, nawet przy najlepszym łączu internetowym, jest to, co wydarza się na styku sceny i widowni – wzajemne oddziaływanie między artystami i publicznością. A dodatkowo (lub raczej: przede wszystkim) Teatr Rozrywki skupia fantastyczną grupę ludzi. Oglądanie – nareszcie bez pośrednictwa ekranu – wspaniałej orkiestry pod batutą Mateusza Walacha, utalentowanego zespołu wokalnego, baletowego i aktorskiego wywołuje nadzwyczajne emocje.

W „Hitach musicali” można podziwiać doświadczonych scenicznych wyjadaczy, młodą gwardię o ustalonej już renomie, a także teatralną „młodzież”.

Elżbieta Okupska pojawia się tylko w jednym numerze solowym, za to wykonana przez nią hipnotyzującym, niskim głosem „Ballada o Mackiem Majchrze” zachwyci najbardziej wybrednych odbiorców. Cudowna Marta Tadla porywa widownię po kilku taktach w rytm „Oh happy day” czy „This is me”. Utwory przez nią śpiewane mają w sobie swoiste ciepło (to pewnie zasługa wyjątkowej barwy głosu) i dokładnie tyle dramaturgii, ile trzeba. Dominik Koralewski, prawdopodobnie zaginiony brat Jake’a i Elwooda, brawurowo wykonuje „Everybody Needs Somebody”. Wioleta Malchar z zadziorem w głosie udowadnia, że „to jej czas”.

Wioleta Malchar, fot. Artur Wacławek

Mam wrażenie, że w Rozrywce częściej niż w innych teatrach muzycznych słychać rockowego ducha – jak u wspomnianych Dominika Koralewskiego, Wioli Malchar, a także Anny Surmy czy Pauliny Magaj, fantastycznej w „Na orbicie serc”. Ale jest też miejsce na czysty, pełen emocji sopran Wiolety Białk, klasę i piękny umiar Przemysława Witkowicza śpiewającego „Moonriver” czy na szaleństwo z nutą kampu w „Mamma Mia” Huberta Waljewskiego.

Spośród „młodziaków” nie można nie wspomnieć o świetnym Rafale Talarczyku, który daje prawdziwy popis w utworze „Przyjdzie czas”. Beata Rzeźnik i Tomasz Wojtan z wielkimi emocjami i wyczuciem śpiewają piękny duet „Ostatnia noc świata” z „Miss Saigon”. Joanna Możdżan, Aleksandra Dyjas i Anna Surma uwodzą i błyszczą w „Lady Marmalade”.

Jest też – last but not least – Kamil Franczak. “Willkomen”, od którego zaczyna się koncert, zawiesza poprzeczkę niewiarygodnie wysoko. I to nie tylko ze względu na dziesięciocentymetrowe szpilki – chociaż zobaczenie na żywo, jak Franek porusza się w nich na scenie, to jest jednak coś! Moje kolejne wpisy na temat tego artysty to połączenie hymnu pochwalnego z laurką walentynkową, ale nic na to nie poradzę. Jego głos i sposób interpretacji zachwycają mnie absolutnie, jego bycie na scenie zdaje się organiczne i tak naturalne jak oddychanie. Już nie wyobrażam sobie innego von Krolocka (podpowiadam ekipom castingowym, gdyby ktoś jednak zdecydował się na ponowne wystawienie „Tańca wampirów”, nie trzeba dziękować ;)). I nie mogę doczekać się „Cabaretu”.

Fot. Artur Wacławek

Nie sposób napisać o każdym utworze i wykonawcy dwuipółgodzinnego koncertu. To zresztą popsułoby przyjemność tym, którzy dopiero go zobaczą. Wypada za to wspomnieć o prowadzących (w tej roli aktorzy: Magdalena Wojtacha i Jakub Wróblewski), którzy z lekkością i swadą spinają widowisko w zgrabną całość. Chcę też wyrazić podziw dla tych wszystkich, których nie widać na scenie – garderobianych, charakteryzatorek, fryzjerek. Przy tym tempie zmian stroju, fryzur i makijażu całego zespołu mają ręce pełne roboty. Należą im się ogromne brawa.

Na Sylwestra 2020 planowano 25. Przebojową Noc Sylwestrową z utworami wybieranymi przez widzów w kilkuetapowym plebiscycie. W związku z obecną sytuacją świętowanie jubileuszu przesunięto na rok 2021. Dla tego, co przygotowano, określenie „zamiast” byłoby nieodpowiednie. Koncert zachwyca profesjonalizmem pod każdym względem. Dopracowane w najdrobniejszych szczegółach elementy czynią „Hity musicali” prawdziwie karnawałową ucztą – tym bardziej wyborną, że po 97 dniach teatralnego postu.

Jeśli „życie (…) rozczarowało – tym gorzej dla życia”. Na szczęście jest też teatr.

Warto jak najprędzej złapać bilety na dwa planowane w marcu spektakle. W chwili publikowania tego tekstu są jeszcze dostępne…

13 lutego 2021r, g. 19.00, „Hity Musicali”, Teatr Rozrywki, Chorzów

Reżyseria: Tomasz Steciuk

Obsada: zespół aktorski, wokalny, baletowy, orkiestra Teatru Rozrywki

Za udostępnienie i możliwość wykorzystania zdjęć serdecznie dziękuję Teatrowi Rozrywki.

Zaszufladkowano do kategorii KONCERTY | Dodaj komentarz

Sól ziemi czarnej, czyli Franek znowu śpiewa…

Odrobina sztuki w zwykłym dniu? Na najwyższym poziomie? Po prawie trzech miesiącach znowu w Teatrze Rozrywki na koncercie Kamila „Franka” Franczaka? Trzy razy TAK!

Cóż można jeszcze powiedzieć? Franek w środku tygodnia to dyskretna chwila refleksji nad codziennością. Franek w środku tygodnia to zastrzyk energii, bomba witaminowa i promień słońca. Im ciemniej i chłodniej robi się za oknem, tym częściej wracam myślami do tamtego wieczoru.

Podczas recitalu artysta zaprezentował ważny dla swojej muzycznej drogi zestaw utworów – podobnie jak w czerwcu. Ale przecież, kiedy ma się do czynienia z występem na żywo, nigdy nie jest tak samo. A gdy koncert stanowi tak spójną i konsekwentną całość, trudno wybrać fragmenty, które zachwyciły najbardziej. Czy to podróż „Czerwonym autobusem”, czy współczesna Polska z pytaniami o wolność i jej cenę w „Nie pytaj o Polskę”, osobiste „Freedom”? A może przenikające po raz kolejny do głębi „Przyszli o zmroku”, „Czas nas uczy pogody”? Ostra „Mamona”, cudowna, delikatna „Kruchość”, którą zaśpiewał z towarzyszeniem jej twórcy – Radka Michalika – przy fortepianie? Jedno powtórzę bez wahania – „Lubię wracać tam, gdzie byłem” w wykonaniu Franka to najlepsza wersja, jaką słyszałam.

W scenicznej twórczości wokalisty funkowe aranżacje i nowoczesne pomysły idą w parze z ogromną świadomością każdej wyśpiewywanej nuty. Całkowicie panuje nad głosem i emocjami, które dzięki niemu wyraża. Wykonywany materiał traktuje z należytym szacunkiem, ale bez niepotrzebnej czołobitności. Prezentuje wielką dojrzałość, a żaden z utworów nie jest przypadkowy. Starsze teksty: Gałczyńskiego czy Szpilmana, a także nowsze: Cygana, Ciechowskiego – w jego interpretacji nabierają nowego charakteru. Artysta w mądry sposób przywraca je publiczności – często młodej, która dopiero dzięki niemu je poznaje.

Fot. Artur Wacławek

Niespodzianką podczas koncertu była obecność gościa. Na deski chorzowskiej sceny Franek zaprosił wyjątkową wokalistkę – Katarzynę Łaskę. Jak sama zaznaczyła, czuła sporą tremę, bo był to jej pierwszy występ na żywo od lutego. Nie przeszkodziło jej to jednak w zaczarowaniu widowni hitem (nie lubię tego słowa, ale inaczej trudno ten utwór nazwać) „Mam tę moc”. A potem wspólnie z Frankiem zaśpiewali „All I’ve Never Known” z musicalu „Hadestown”. I było to wykonanie jednocześnie mistrzowskie pod względem technicznym, jak i pełne emocji. To, że Kasia i Kamil znaleźli nić porozumienia, było widoczne już podczas ich pierwszego spotkania on-line na mybroadway.pl. Wspólny występ na żywo jedynie to potwierdził. Takich duetów można by słuchać bez końca.

“Voir les comediens, voir les musiciens, voir les magiciens, qui arrivent” – śpiewał Charles Aznavour. Kiedy myślę o Kamilu Franczaku, nie mogę uciec od słów tego utworu. To wodzirej i sztukmistrz, który uwodzi publiczność i nie pozwala jej ani na chwilę wyzwolić się spod swego uroku. Klasę i kulturę bycia na scenie łączy w poczuciem humoru i lekkością. Ma niebywały talent i głos, którym zachwyca „od szeptu do krzyku”.

„Jeśli spytacie mnie, po co przyszedłem na ten świat, ja, artysta, odpowiem wam: Jestem tutaj, aby żyć na głos.”. Nie wiem, czy podpisałby się pod tymi słowami. Ale jeśli kiedykolwiek i gdziekolwiek zobaczycie zapowiedź, że „Franek śpiewa…” – koniecznie się wybierzcie, by posłuchać, jak „żyje na głos” na scenie.

16 września 2020r., koncert „Franek śpiewa…” (Kamil Franczak – śpiew, Radosław Michalik – fortepian, Michał Karbowski – gitara, Mateusz Szmigel Honisz – gitara basowa, Bartłomiej Herman – perkusja), Teatr Rozrywki, Chorzów

Zaszufladkowano do kategorii KONCERTY | Możliwość komentowania Sól ziemi czarnej, czyli Franek znowu śpiewa… została wyłączona

Spotkanie z widzem jest istotą teatru

Z pewnością można go zaliczyć do grona kilku największych w Polsce ekspertów od musicalu. Ma ogromną wiedzę teoretyczną, ale jest też niezwykle wszechstronnym praktykiem.

Moim rozmówcą jest Jacek Mikołajczyk – dyrektor artystyczny obchodzącego właśnie 75-lecie istnienia Teatru Syrena, a także teatrolog, doktor nauk humanistycznych, wykładowca uniwersytecki, tłumacz librett musicali i książek, reżyser oraz – co nie mniej ważne – pasjonat musicalu.


Gosia JG: Właśnie mijają trzy lata, odkąd został Pan dyrektorem artystycznym Teatru Syrena. Może to czas na małe podsumowanie? Co uznałby Pan za największy sukces?

Jacek Mikołajczyk: Trzy lata to minimalny okres trwania kadencji dyrektorskiej. Myślę, że dają one możliwość pewnego podsumowania. Obecnie mamy już w naszym teatrze repertuar musicalowy, stworzony właściwie od zera. Wcześniej grane były dwa polskie musicale – „Hallo Szpicbródka” i „Kariera Nikodema Dyzmy” – oba bardzo dobre i bardzo przeze mnie lubiane; były to jednak przedstawienia mniejsze, z muzyką z taśmy, skrojone zgodnie z możliwościami ówczesnej Syreny. My postanowiliśmy stworzyć machinę, która pozwoli wyprodukować spektakle na większą skalę, jeśli chodzi o każdy aspekt – liczbę kostiumów, rekwizytów, wielkość scenografii. Skompletowaliśmy orkiestrę, żeby wykonywać muzykę na żywo. Zorganizowane przez nas castingi wyłoniły dość szeroki zespół aktorski. To jest zupełnie inny rodzaj pracy niż ta, która dominowała tu wcześniej. A mówiąc to – nie wartościuję. Teraz, po zbudowaniu tej machiny od zera, możemy przygotowywać kolejne realizacje.

Skoro założyliśmy, że Syrena będzie repertuarowym teatrem musicalowym, musieliśmy ten repertuar stworzyć. Stąd bardzo duża liczba premier przez te trzy lata. To był celowy zabieg, by w jak najkrótszym czasie zrealizować cztery-pięć przedstawień, które można grać naprzemiennie i wypełnić musicalami afisz. To się nam udało. Po trzech latach możemy powiedzieć, że Syrena jest kojarzona w Polsce jako teatr musicalowy – przez twórców, aktorów, publiczność, szeroko pojęte środowisko teatralne.

Udało nam się też wypośrodkować linię repertuarową. Z jednej strony są to musicale, z drugiej – mniejsze formy, w których też bardzo dobrze się czujemy; nieoczywiste projekty, jak „Nogi Syreny”, improwizowany kryminał „Morderca jest wśród nas”, działalność koncertowa. Tę wielotorowość działań również można uznać za sukces.

Nie ulega wątpliwości, że Syrena stała się znaczącym miejscem na musicalowej mapie Warszawy i Polski. Ale przewrotnie chcę zapytać o porażki.

To nie tyle porażka, ile coś, z czym ciągle walczymy – czyli kwestie finansowe. Po ustaleniu repertuaru artystycznego trzeba dostosować liczbę i wielkość produkcji do zasobów finansowych, do dotacji, którą otrzymujemy. To zawsze ogromne ryzyko. Właściwie co roku ledwie domykaliśmy budżet, udawało się dzięki pomocy miasta, jednak moment bezpieczeństwa finansowego był ciągle przed nami. Chociaż malutkimi krokami się do niego zbliżaliśmy… Ale pandemia to zakłóciła. Mamy pewien plan, dokonujemy restrukturyzacji teatru, jeśli chodzi o organizację, wielkość zatrudnienia, finanse, oszczędności itd. Jest jeszcze sporo do zrobienia, zanim będziemy mogli z czystym sumieniem powiedzieć, że większość założeń w tej kwestii udało się zrealizować.

Próbuję sobie wyobrazić, jak godzi się kwestie finansowo-organizacyjne z artystycznymi.  

Przez dwa lata zajmowałem się teatrem zarówno od strony menadżerskiej, jak i artystycznej. Taki model jest możliwy, jednak w pewnym momencie doszliśmy do ściany. Wiosną tego roku dokonaliśmy więc zmian w organizacji. Pełniącą obowiązki dyrektor naczelnej została Monika Walecka, ja objąłem stanowisko dyrektora artystycznego.

Dzięki temu będzie można sprawniej godzić działalność artystyczną z ramami organizacyjno-finansowymi. W sytuacji kryzysowej, związanej z pandemią, ułatwiło nam to też dosyć szybkie przestawienie się na inne projekty: edukacyjne czy koncerty on-line.

Pandemia spowodowała zawieszenie zwykłej teatralnej działalności…

Tak, na początku nawet nie przychodziliśmy do teatru, pracowaliśmy zdalnie i całą aktywność przerzuciliśmy do Internetu. Sam oddałem się z wielką pasją tworzeniu „Historii musicalu w 5 minut”, na początku bardzo intensywnie, bo w pierwszym okresie te filmiki powstawały trzy razy w tygodniu. Zrealizowanie krótkiego materiału wymaga przygotowania merytorycznego, pomysłu, nagrania, zmontowania. Wszystko robiłem sam. Ale muszę powiedzieć, że wtedy cały teatr bardzo intensywnie pracował.

Najpierw szukaliśmy zajęć dla aktorów i nie tylko dla nich, żeby w czasie, kiedy nie prowadziliśmy normalnej działalności, dać ludziom możliwość zarobienia. Szybko okazało się, że owszem, praca to jedno, ale chcemy też, by projekty przez nas robione były ciekawe i znaczące.

Teraz, kiedy powoli wracamy do naszego zwykłego funkcjonowania, część projektów zostanie z nami. Mowa przede wszystkim o tych edukacyjnych, które bardzo się w tym czasie rozkręciły, ale też o przeniesieniu części działalności do sieci. Nie rezygnujemy z niej. Jest rozwijająca dla artystów, spotkała się ze świetnym przyjęciem przez naszą publiczność. Poza tym takie działanie uzupełnia misję teatru, który z założenia jest instytucją adresowaną do lokalnej grupy odbiorców – do miasta, w którym funkcjonuje, ewentualnie do regionu. Aktywność w sieci sprawiła, że trafiamy do wszystkich, którzy tego chcą i którzy nie mieli wcześniej możliwości zapoznania się z tym, co robimy – ta grupa jest całkiem spora.

Powiedział Pan w jednej z rozmów, że teatr, w którym się śpiewa i podryguje, traktowany jest niezbyt serio, toteż paradoksalnie można w nim sobie pozwolić na więcej. Myśli Pan, że publiczność w Polsce jest gotowa na „więcej” i trudne tematy?

Ta refleksja wynikała z moich doświadczeń jako historyka teatru, a potem jako praktyka. Poza Stanami Zjednoczonymi, gdzie gra bardzo ważną rolę w życiu społecznym, kulturalnym, a nawet politycznym, często teatr muzyczny był traktowany jako ten drugiej kategorii. A skoro tak – nie trzeba go pilnie nadzorować i zbytnio się nim przejmować. Zdarzało się, że artyści wykorzystywali to jako pewnego rodzaju furtkę – mogli przemycić nieco więcej niż ci, którym narzucono jakiś gorset. Tak było w czasach PRL-u, tak się dzieje również dziś. Chociaż czasem działa to w drugą stronę i przestaje być zaletą, bo choćbyśmy nie wiem, co robili i jak bardzo starali się komentować rzeczywistość np. społeczną, religijną – nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Bardzo trudno jest w musicalu kogokolwiek do czegokolwiek sprowokować czy obrazić (śmiech), bo nikt tej formy nie traktuje całkiem poważnie.

Jeśli chodzi o podejmowanie trudnych kwestii, odbiór „Next to Normal” pozytywnie nas zaskoczył. Chociaż spotkałem się z opinią człowieka teatru, że zrobiłem bardzo dobry spektakl, ciekawie opowiedziany, w którym wszystko jest na swoim miejscu… ale takim tematem lepiej zająłby się teatr dramatyczny. To dla mnie niezrozumiałe – można poddać ocenie to, czy dobrze lub nie zajęliśmy się problemem choroby dwubiegunowej, ale zakładanie, że to nie temat na musical? Ośmielę się powiedzieć, że w przypadku „Next to Normal” medium, którym dysponuje teatr muzyczny, czyli muzyka, świetnie przecież oddziałująca na emocje, zostało wykorzystane w bardziej interesujący sposób, niż mogłoby to być w dramacie. Z jednej strony jest trudna kwestia choroby afektywnej dwubiegunowej, z drugiej – rockowe dźwięki, które stały się przekaźnikiem. W konwencji teatru muzycznego zawiera się swoista prostota emocji. Można sobie na nią pozwolić, bo muzyka działa jako podkład, pogłębia, zastępuje słowa czy stany trudne do wypowiedzenia wprost. Pozwala podejść do pewnych rzeczy bez ironicznego cudzysłowu, ale w sposób, który jest wciąż znośny dla widza, pozbawiony ckliwości. Twórcy amerykańscy pokazali, że to możliwe, że musical może zajmować się najbardziej poważnymi zagadnieniami i potrafi to zrobić w sposób specyficzny, wykorzystując zestaw środków i narzędzi charakterystycznych tylko dla niego.

Co do reakcji widzów – okazało się, że jak najbardziej, są gotowi na trudne tematy, nie mamy problemu z zapełnieniem sali podczas spektaklu. Publiczność bardzo go przeżywa, jest wzruszona, przerażona, płacze w trakcie. Bywają sytuacje, że ktoś z dużą rezerwą podchodzi do musicalu, ale „Next to Normal” to zmienia. Zresztą nie jest to jedynie przypadek tego spektaklu. „Rodzina Addamsów” także oswaja gatunek dla bardzo szerokiej publiczności. Jako pomysłodawca wystawienia tego musicalu w Polsce, tłumacz i reżyser nie do końca wiem, dlaczego, ale to przedstawienie ma w sobie coś takiego, że podoba się wszystkim. Być może chodzi o pewien dystans w nim zawarty, rodzaj humoru? To naprawdę dobrze napisany pod względem muzycznym i literackim spektakl. I ten fakt rozbraja potencjalną krytykę.

A przy okazji „Addamsowie” komentują rzeczywistość w sposób, o którym Pan wspominał – nikt się nie obraża.

Tak. Tam został zastosowany bardzo prosty zabieg – zastąpienie jednego kontrowersyjnego tematu innym. To przedstawienie o tym, że powinniśmy być tolerancyjni. „Inni” tutaj to dziwna grupa freaków, którzy lubią wszystko, co mroczne i makabryczne. A chociaż na początku problemem jest, by zaakceptowała ich „mainstreamowa” Ameryka, nie przejmują się tym, co się o nich mówi, trzymają się razem, nie chcą się zmieniać. W pewnym momencie to oni przekonują „mainstream”, że nie różnią się zbytnio od reszty społeczeństwa. A nawet jeśli – mają do tego prawo. Pod tę inność widz może sobie podstawić cokolwiek, np. kwestie, które są ostatnio gorącymi tematami dyskusji opinii publicznej. Ale gdyby ktoś się czepiał, ostatecznie można powiedzieć, że to przecież tylko spektakl o truposzach – żywych, martwych i tych niezdecydowanych (śmiech).

Wspomniał Pan o ciągle pokutującym podziale na „lepszy” teatr dramatyczny i „gorszy” – muzyczny. Z drugiej strony jest sporo głosów, że przeżywamy obecnie złoty wiek musicalu. Premiery jedna po drugiej, wiele teatrów gra taki repertuar, powstają szkoły, a bilety na przedstawienia znikają bardzo szybko. Jak Pan ocenia tę sytuację?

Myślę, że ma Pani całkowitą rację. Chyba rzeczywiście to najlepszy, jak dotychczas, okres musicalu w jego historii w Polsce. Właściwie już wszystkie teatry muzyczne specjalizują się w różnych formach tego gatunku, można powiedzieć, że zawojował sceny. Także te dramatyczne skłaniają się ku musicalowi jako urozmaiceniu repertuaru.

Ale najważniejsze, że zdobył on sobie w naszym kraju szeroką i wierną publiczność, grono wyznawców, które często krąży pomiędzy różnymi teatrami. Nagle, zapewne w dużej mierze dzięki rozpowszechnieniu Internetu i mediów społecznościowych, okazało się, że musical przestał być u nas gatunkiem nieznanym. Fani jeżdżą do Londynu, by tam oglądać spektakle, znają je z YouTube, z pełnych rejestracji, które są dostępne, znają muzykę z nagrań, których zdobycie nie jest teraz żadnym problemem. Pojawiła się grupa, która doskonale się w tym gatunku orientuje, uwielbia go, ma ukochane tytuły, na które jest gotowa jeździć, nawet jeśli trzeba pokonać kilkaset kilometrów. To fantastyczne – nigdy wcześniej czegoś takiego w Polsce nie było. W latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych było kilku historyków, recenzentów, paru ludzi teatru, którzy ten gatunek lubili i coś o nim wiedzieli, natomiast nie było to zjawisko masowe. Obecnie świadomość popularnego teatru muzycznego jest o wiele większa.

Konsekwencją tego zjawiska jest to, że coraz więcej ludzi chce występować w musicalu. Szkoły wyższe o profilu artystycznym znajdują tutaj dodatkowy rynek kandydatów, otwierają specjalności musicalowe. Stąd również zainteresowanie teatrów.

Dwie czy trzy dekady wcześniej goniliśmy klasyczny repertuar, pewne tytuły trzeba było wystawić, bo nie wypadało inaczej. „Skrzypek na dachu” miał premierę w 1983 roku, „Jesus Christ Superstar” w 1987. Teatr Roma zapoznał publiczność z megamusicalem. „Miss Saigon”, „Upiór w operze”, „Koty” to tytuły, którymi ten gatunek na świecie stoi. U nas udało się je zrealizować, przyciągnąć na nie wielotysięczną publiczność. Dzięki Romie zaległości dotyczące najważniejszych tytułów z pewnością zostały odrobione. Z tych wielkich zostało już niewiele, na pewno „Wicked”… Pewnie za jakiś czas ktoś tę produkcję też wystawi. Teraz możemy spoglądać w przyszłość, pokazywać rzeczy nowsze, nie tylko spektakle, od premiery których minęło wiele lat. Cieszę się, że udało nam się dotrzeć do tego punktu.

Jako dyrektor artystyczny Syreny zdecydował Pan z jednej strony o realizacji „Next to Normal”, z drugiej –„jadącego po bandzie” „Rock of Ages”. Według jakiego klucza wybiera Pan musicale? Słucha Pan doradców?

Większość spektakli, na podstawie których robimy nasze produkcje, widziałem w Londynie albo Nowym Jorku. Z jakiegoś powodu one mnie zachwyciły lub do siebie przekonały. Toteż jeśli chodzi o wybór musicali, najczęściej słucham samego siebie. A potem pozwalamy widzom odtworzyć tę drogę, którą sam przeszedłem jako odbiorca tych przedstawień.

„Next to Normal” był dla mnie tytułem kompletnie nieznanym. Poszedłem do teatru, bo zaintrygował mnie plakat, i byłem zszokowany, że mogło powstać coś tak dobrego, mądrego i niejednoznacznego. Od początku marzyłem, żeby pokazać ten spektakl w Polsce. W przypadku „Rock of Ages” było nieco inaczej. Wydawało mi się, że będzie to jukebox, w którym chodzi tylko i wyłącznie o wywołanie nostalgii za „starymi dobrymi czasami”. A chociaż znałem te przeboje, nie byłem już nimi szczególnie zainteresowany. Aż kiedyś kupiłem bilet i od razu się zachwyciłem. Moje przewidywania były całkowicie mylne. Stwierdziłem, że skoro ja, negatywnie nastawiony, od pierwszej sekundy bawiłem się świetnie, widzowie też to kupią. Bo w „Rock of Ages” nie chodzi o jakąś wyjątkowo mądrą historię. Najważniejsza jest energia, która pozwala na wyzwolenie pewnego rodzaju szaleństwa, oderwanie się od tego, kim jesteśmy, od ról społecznych, w których funkcjonujemy. Dzięki rockowej jeździe po bandzie możemy na chwilę zapomnieć, jacy jesteśmy grzeczni, poukładani, sympatyczni.

Najczęściej taki właśnie jest klucz – wybieram rzeczy, które poznałem i które według mojej wiedzy mogą przekonać naszego widza. To najważniejsze kryterium. Oczywiście trzeba pamiętać, że musical jest spektaklem komercyjnym, musi mieć potencjał, by się spodobać widowni, bo nie ma na razie u nas miejsca na tworzenie takich, które byłyby dla nikogo.

A jeśli chodzi o rozbieżność pomiędzy „Next to Normal” a „Rock of Ages” – to swego rodzaju higiena dla twórcy i teatru. Oba zupełnie odmienne musicale zrealizowaliśmy w Syrenie jeden po drugim, przy obu pracowaliśmy zupełnie inaczej aktorsko i reżysersko. W „Next to Normal” była to w dużej mierze praca intelektualna. A po tym, co udało się tam osiągnąć, pewnego rodzaju frywolność i łatwość „Rock of Ages” dała nam odskocznię. Takie zróżnicowanie nie pozwala na rutynę. Wymaga zupełnie innych narzędzi i dla aktorów, i dla mnie jako reżysera.

Jak pogodzić własne ambicje artystyczne z oczekiwaniem, że musical ma się sprzedać, zapełnić widownię?

To nigdy nie była sprzeczność. Teatr w swoją istotę na wpisane spotkanie z publicznością. Iść wbrew widzowi, nie przejmować się nim – to stosunkowo świeży wynalazek. Największe rzeczy w teatrze zawsze było blisko widza. Jeśli chodzi o musical, również tak jest. My zawsze odwołujemy się do widza, chcemy w nim wywołać emocje. Największa satysfakcja jest wtedy, gdy publiczność reaguje śmiechem czy wzruszeniem w dokładnie tych momentach, które sobie z aktorami zaplanowaliśmy.

Fot. Maciej Stobierski

Czyli przygotowując premierę, myśli Pan o tym, jak widzowie odbiorą spektakl?

Oczywiście! Po to robi się przedstawienia przedpremierowe, by przetestować reakcje widzów. Bo jeśli nie dla nich, dla kogo mielibyśmy tworzyć? Dla samych aktorów, realizatorów, recenzentów? Musical musi się sprawdzać w codziennej eksploatacji, tym bardziej, że wystawia się go u nas kilkadziesiąt czy nawet kilkaset razy. Widzowie muszą mieć szansę, żeby pozytywnie odebrać przedstawienie; to część zadania, które się reżyserowi wyznacza w tym gatunku. W amerykańskich podręcznikach reżyserii podkreśla się, że jest on po to, by dobrze opowiedział historię. Teatr muzyczny to wielopoziomowe tworzywo, wszystko musi się składać w ten sposób, żeby odbiorca mógł za tym nadążyć i by historia go pochłonęła. Każdy element jest temu podporządkowany. Zdarzały się w Polsce oszałamiające, wizualnie przepiękne realizacje, w których nie zadbano o odpowiednią dramaturgię – i one szybko padały. Zarówno widz, jak i aktorzy muszą wiedzieć, o czym przedstawienie jest, postaci w spektaklu muszą w wiarygodny sposób dążyć do jakiegoś celu. Uważam to za absolutnie podstawowe zadanie reżysera.

Czego w takim razie szuka Pan u aktora, z którym Pan współpracuje?

Kreatywności, otwartości na to, co niesie materiał. Nie jestem reżyserem, który by mówił każdemu, gdzie ma podejść, co ma zrobić itd. Cała radość pracy polega na tym, żeby wiedzieć, czego się chce od musicalu, danej sceny; by mieć pewną wizję i wspólnie do tego efektu zmierzać. Ale by pojawiały się też momenty, że to aktor odkryje w postaci coś, co dla mnie jest zaskakujące. Cieszę się, jeśli jego myślenie w danej scenie czy w ogóle w spektaklu wyprzedza to, co ja widzę na jakimś etapie. Bardzo lubię aktorów, z którymi taka współpraca jest możliwa, z którymi można się dzielić przemyśleniami, refleksjami, a którzy nie wstydzą się przychodzić do reżysera ze swoimi rozwiązaniami.

Jest Pan zapraszany do realizacji spektakli poza Syreną…

Rzeczywiście. Jeśli chodzi o Operę Nova w Bydgoszczy, to jej dyrektor Maciej Figas zaprosił mnie do realizacji konkretnego tytułu – „Sunset Boulevard”. Z powodu sytuacji, z którą ciągle się borykamy, przenieśliśmy premierę na kwiecień przyszłego roku – rok po planowanej. W przypadku Teatru Zagłębia w Sosnowcu było tak, że otrzymałem zamówienie na spektakl sylwestrowo-karnawałowy i wpadłem na pomysł rewii robotniczo-socjalistycznej.

Bywa też, że dyrektorzy po zobaczeniu któregoś z reżyserowanych przeze mnie spektakli zapraszają mnie do współpracy, pytają, czy mam coś do zaproponowania. Reżyser najlepiej czuje, co może zaproponować, jaki spektakl zrobić w danym momencie czy miejscu – i dlaczego akurat ten, a nie inny.

Jakie ma Pan plany jako dyrektor Syreny?

Przesunęliśmy premierę „Matyldy”, do której mamy prawa, o kilka miesięcy, żeby móc się do tego bardzo trudnego przedstawienia dobrze przygotować. Obecny sezon jest dziwny, niepewny finansowo, bo nie mamy wpływów z biletów, nie całkiem wiemy, jaka czeka nas przyszłość… Dlatego staramy się myśleć też o mniejszych projektach. Pojawił się zupełnie nowy pomysł, żeby zrobić popowy koncertomusical o Zygmuncie III Wazie i innych królach elekcyjnych.

Jak „Six”?

To jest dobre skojarzenie. Ta produkcja zainspirowała nas i pokazała, że może właśnie to jest sposób, by mówić o historii.

Ważnym aspektem Pana działalności jest praca tłumacza. Przełożył Pan kilkanaście musicali, m.in. „Rodzinę Addamsów”, „Hair”, „Zakonnicę w przebraniu”, „Jak odnieść sukces w biznesie, zanadto się nie wysilając”. To Pan je wybierał?

W ostatnich latach najczęściej tłumaczę te spektakle, które reżyseruję. I to jest bardzo dobre rozwiązanie. Kiedy przez kilka miesięcy obcuję z materiałem, każda intencja w tekście piosenki czy dialogach jest mi doskonale znana. Z drugiej strony – nie mam problemów podczas pracy nad scenami z aktorami, żeby coś zmienić, skorygować, gdy okazuje się, że moja intencja nie całkiem działa. To komfortowa sytuacja dla mnie jako reżysera i tłumacza, że mogę to robić jednocześnie. Przekłady piosenek robiłem od dawna, uwielbiam to i czuję się w tym znakomicie.

Natomiast jeśli chodzi o inne teatry, to najczęściej współpracuję z którymś jako reżyser i wtedy robię przekład. Inaczej było przy „Kobietach na skraju załamania nerwowego” w Teatrze Rampa – dostałem propozycję przełożenia sztuki, którą reżyserowali inni twórcy. To odmienny rodzaj wyzwania – trzeba przewidywać, jak inni odbiorą moją pracę literacką.

Muszę przyznać, że kiedy sam zacząłem reżyserować, uruchomiło mnie to i otworzyło jako tłumacza. Przestałem się przejmować tym, że reżyserowi się nie będzie podobało, że ktoś coś pozmienia albo nie odczyta moich intencji (śmiech). Przekład mojego autorstwa oceniam tylko ja oraz właściciele praw – to sprawiło, że zacząłem je robić swobodniej i odważniej. Potem zobaczyłem, że publiczność też dobrze reaguje na te teksty. A to spowodowało, że gdy Teatr Rampa zaprosił mnie do współpracy wyłącznie jako tłumacza, postanowiłem, że nie będę przejmował się tym, jak ktoś może moją twórczość odebrać. Wyszedłem z założenia, że skoro zwrócono się do mnie z prośbą o przekład, to prawdopodobnie dlatego, że moje wcześniejsze tłumaczenia dyrektorowi teatru czy zleceniodawcy się spodobały. Wybieranie bardziej zachowawczej ścieżki byłoby dużym błędem – więc idę swoją.

Jak to się robi, żeby musical dobrze brzmiał po polsku?

Jeśli chodzi o tłumaczenie piosenek, język polski jest nie tyle trudny, co ekstremalnie trudny. Gdyby ktoś wymyślił ten język, podejrzewałbym go, że bardzo nie lubi musicalu (śmiech). Jest dużo szeleszczących spółgłosek, które powodują problemy artykulacyjne. Słowa mają zazwyczaj większą ilość sylab niż w języku angielskim. Podstawę rymów w angielskim stanowią wyrazy jednosylabowe, tworzące rymy męskie, akcentowane – na tym zasadza się specyfika piosenek musicalowych. Wymyślenie, jak to zrobić w języku polskim, jest bardzo trudne i stanowi wyzwanie przy ograniczonej ilości wyrazów jednosylabowych. Trzeba działać tak, żeby nagle nie zacząć rymować tych samych wyrazów w kółko. Natomiast, jak to bywa w wypadku wyzwań – wyzwalają. Poziom trudności uruchamia pokłady kreatywności.

Moim zdaniem zawsze powinno być tak, że jeśli ktoś słucha tekstu musicalowego, ma mieć wrażenie, że został napisany po polsku, że to nie przekład, przy którym ktoś się męczył. I ta zasada jest ważniejsza niż tzw. wierność. Jednak jeśli chodzi o mój warsztat pracy, mogę powiedzieć, że staram się zachować tyle wierności – również dosłownej – ile się da. Uważam, że autorzy piosenek broadwayowskich są najlepszymi w swoim fachu na całym świecie, ich piosenki są zawsze o czymś; nie jest to śpiewanie, jak często w muzyce pop, bardzo płytkie, banalne, które ma wypełnić muzykę. Teksty są bardzo konkretne, mają określony temat. I jeśli jesteśmy w stanie to zachować oraz podążać za myślą autora, zazwyczaj wygrywamy.

Czytałam, że bardzo ceni Pan „Hamiltona”. Gdyby Pan dostał takie zadanie, odważyłby się Pan go przetłumaczyć? Niektórzy twierdzą, że jest nieprzekładalny.

Gdyby ktoś mi zaproponował, to pewnie bym się odważył, natomiast rzeczywiście jest bardzo trudny do przełożenia. Teksty w „Hamiltonie” są niezwykle wyrafinowane formalnie, językowo, ich muzyczność jest niesamowita. Kiedy się w to wsłuchać, wczytać, to się rymuje na wszystkie strony, a walory dźwiękowe są jednym ze środków, którymi się posługuje Lin-Manuel Miranda. Należałoby wymyślić strategię, jak do tego podejść. Czy skupić się na rapowym tempie, czy na hip-hopowości materiału? A może chodzi raczej o to, żeby przekazać treść i dobrać środki, które są właściwe dla polskiego języka hip-hopu? Trzeba byłoby pewnie zdecydować, bo według mnie nie da się zachować wszystkiego, co jest w tekstach „Hamiltona”. Należałoby znaleźć sposób na to, żeby przy strategii, którą się obierze, zadbać też o zwykłą urodę tekstu w języku polskim. I to być może najistotniejsze w przypadku tak trudnego przekładu – nie zatracić się w dążeniu, by było jak najwierniej; żeby pozostało to, co jest walorem tekstów „Hamiltona” – że świetnie brzmią, ale są też po prostu piękne i mądre.

Życzę Panu w takim razie, by kiedyś musiał Pan stanąć przed tym wyzwaniem i jego dylematami. Bardzo dziękuję za rozmowę.


Oficjalne profile Jacka Mikołajczyka:

Oficjalne profile Teatru Syrena:

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Możliwość komentowania Spotkanie z widzem jest istotą teatru została wyłączona

Robię swoje i wychodzę

Pełen sprzeczności. Wychowanek „Baduszkowej” i Teatru Muzycznego w Gdyni, który, jak mówi, do musicalu trafił przypadkiem. Wywiad stresuje go bardziej niż występ przed setkami ludzi. Twierdzi, że w musicalach woli grać niż je oglądać. Za to grono jego wielbicieli wśród odbiorców tego gatunku rośnie. Nic dziwnego – talent i wszechstronne umiejętności, które pokazuje, grając w zespole, a także w głównych rolach, są warte docenienia.

Moim rozmówcą jest Paweł Mielewczyk – aktor Teatru Roma, odtwórca roli Sky’a w „Mamma Mia”, Jana Czaplewskiego w „Pilotach”, Radamesa w „Aidzie”, a ostatnio – Faceta w „Once”.


Gosia JG: Bardzo dziękuję, że zgodził się Pan na rozmowę.  

Paweł Mielewczyk: A ja gratuluję wytrwałości! (śmiech)

Jest Pan bardzo tajemniczą postacią w musicalowym świecie. Nie ma Pana w mediach społecznościowych, trudno Pana spotkać po spektaklu. To świadomy wybór?

Zdaję sobie sprawę, że dla ludzi przychodzących do teatru kontakt z artystami, także poza sceną, może być istotny. Natomiast ja podchodzę do tego jak do mojej pracy. I chyba już zawsze tak będzie. Ktoś pracuje na budowie, ktoś inny uczy dzieci, a ja idę do teatru, robię swoje i wychodzę. Praca w zawodzie, który wykonuję, łączy się ze sporym rozgardiaszem. Poza teatrem jego magia już nie obowiązuje. Staram się całą energię skupić na tym, by wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafię. Na scenie. I tym dawać świadectwo.

Zdziwiło mnie, że był Pan stremowany rozmową. Przecież występuje Pan przed tysięczną publicznością!

Tak, w Romie na widowni zasiada tysiąc osób, ale stres związany z występem przed publicznością to nieodłączny element, niezależnie, ile tych osób jest. Myślę, że jeżeli ten stres kiedyś minie, to będzie najwyższy czas, żeby zmienić zawód. On jest potrzebny. Im bardziej aktorowi „niewygodnie” na scenie, tym lepiej to wpływa na odbiór i na całą sztukę.

Natomiast wracając do kwestii wywiadów – faktycznie powodują tremę. Kiedy występuję na scenie, nie jestem osobą prywatną, ale odtwórcą roli. Wiem, co mam robić, mam konkretne zadania do wykonania, zamknięte w pewnych ramach – i już. Natomiast kiedy wychodzę do człowieka i rozmawiam z nim bezpośrednio, nawet jeśli rozmowa dotyczy spraw zawodowych – to jednak staję jako osoba prywatna. I to już się wiąże z pewnym ryzykiem (śmiech).

Słyszałam, że jest Pan nieco zdziwiony zainteresowaniem wokół swojej osoby…

Bardzo!

Opowiem, skąd się ono bierze. Zdarzało mi się słyszeć lub czytać, jak ktoś po spektaklu, w którym grał Pan główną rolę, wracał oczarowany i przekonany, że następny chce zobaczyć właśnie z Panem w obsadzie. A kiedy okazało się, że zagra Pan główną rolę w „Once”, wiele osób poszło po raz kolejny – specjalnie dla Pana. Tak to narastało… Można to uznać za pochwałę Pana pracy.

Bardzo mi miło, że moja praca wywołuje takie reakcje. Proszę uważać, bo się zaraz zaczerwienię (śmiech).

Fot. Miron Chomacki

W takim razie już bez pochwał – zapytam o Faceta. Ile czasu miał Pan na przygotowanie się do roli?

Najpierw zapowiadano wznowienie działań teatralnych na 5 lipca. Zostałem powiadomiony na miesiąc przed tym. Dostaliśmy zielone światło, a potem okazało się, że zaczynamy tydzień wcześniej, 26 czerwca. Miałem więc jakieś trzy tygodnie. Większość czasu musiałem poświęcić na odkurzenie instrumentu (śmiech).

W szkole muzycznej uczył się Pan właśnie gry na gitarze?

Tak, chodziłem do niej przez sześć lat, ale od tamtego czasu praktyka poszła trochę do lamusa, więc musiałem sobie przypomnieć parę rzeczy.

Czyli granie na gitarze było najtrudniejsze, jeśli chodzi o spektakl?

Na pewno zajęło mi najwięcej czasu. Scenariusz – przewrotnie – nie sprawił mi aż takiego problemu, bo byłem jedyną nową osobą w składzie w tym secie i otrzymałem mnóstwo pomocy od kolegów na scenie. Oni doskonale wiedzieli, co mają robić, więc mnie było dużo łatwiej wejść w rolę. Natomiast jeśli chodzi o grę na instrumencie, to czuwał nade mną świetny gitarzysta, Artur Gierczak, grający Bankiera, ale wiadomo, że ostatecznie w przedstawieniu musiałem radzić sobie sam. Trzeba było poćwiczyć, żeby zdobyć jakąś wprawę i by nie wyglądało to śmiesznie. Tym bardziej, że w spektaklu jest sporo numerów, część solowych – toteż było to duże wyzwanie.

Muzyki w „Once” jest sporo, ale rola też przecież niemała, bo główna… Dużo przygotowań jak na trzy tygodnie.

Zastanawiam się, czy mogę o tym powiedzieć… (śmiech). W piątek graliśmy pierwszy spektakl po przerwie, a we wtorek w tym samym tygodniu mieliśmy pierwszą próbę na scenie. Była to nie tylko próba dla całej obsady, ale też działania związane z adaptacją spektaklu z mniejszej sceny na większą. Wiązało się to z przestawianiem sytuacji, rozszerzaniem scenografii, przesuwaniem fragmentarycznej choreografii, próbami światła. Wszystko zajęło cały dzień. Wtedy też uczyłem się pierwszego aktu. W środę go powtórzyłem i zacząłem się uczyć drugiego. W czwartek rano zaczęliśmy grać drugi do końca. Wieczorną pierwszą generalną udało mi się zagrać bez scenariusza w ręku. Uważam, że duża w tym zasługa moich kolegów (śmiech). No i w piątek trzeba było już wyjść i zrobić tak, żeby widz był usatysfakcjonowany. Mam nadzieję, że to się udało. Od znajomych wiem, że moja piątkowa premiera została dobrze odebrana – podobnie jak cały spektakl.

Znajomi w niedzielę byli zachwyceni…

W niedzielę grałem już na dużym luzie (śmiech).

Jak postrzega Pan Faceta? Co Pana w nim ujęło?

Po próbie generalnej, na której była moja żona, zapytałem ją, ile procentowo z postaci, którą zobaczyła na scenie, widzi we mnie na co dzień. Powiedziała, że teraz niewiele, ale wyobraża sobie, że parę lat temu, przed przyjazdem do Warszawy, mogłem taki być. Myślę, że jest w tym nieco prawdy. Facet i ja… Mam inny temperament niż on. Przez ten pierwszy tydzień walczyłem z nim trochę i grałem na biegu wstecznym. Kiedy się czuję pewnie, potrafię krzyknąć, jest mnie pełno. Natomiast Facet jest osobą bardzo wycofaną, skrzywdzoną przez los, walczącą o marzenia. Dużym wyzwaniem było, żeby tego nie spłaszczyć, by pod skórą tego bohatera było trochę więcej warstw niż tylko wstyd czy zranione przez miłość serce. Bardzo pomogły mi moje partnerki w roli Dziewczyny – Monika Rygasiewicz i Marta Masza Wągrocka. Granie z nimi było ogromną przyjemnością, a ich wsparcie ułatwiło tę moją walkę.  

Nie miałem okazji obejrzeć spektaklu wcześniej, bo byłem zajęty na Dużej Scenie, więc nie widziałem ani Mariusza Totoszki, ani Adama Krylika. Z jednej strony to dobrze, bo nie sugerowałem się sposobami, które znaleźli na tę rolę moi koledzy. Z drugiej – wykonywałem pracę u podstaw, „rzeźbiłem” od początku, tu i teraz.

Podobno ścieżka teatralno-musicalowa w Pana życiu to przypadek. A jednak zdecydował się Pan nią iść.

Aktorstwo pojawiło się w moich myślach w okresie liceum – za sprawą pedagogów, ale też znajomych. Pamiętam, że był maj i przeszło mi przez głowę, żeby wybrać się na egzaminy do łódzkiej Filmówki. Wtedy odbywał się też nabór do Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Ale w tym samym czasie miałem kontrakt z pewnym zespołem, w którym grałem na gitarze, więc nie mogłem pojechać. Obudziłem się z ręką w nocniku pod koniec czerwca. Na szczęście Baduszkowa ogłosiła drugi nabór we wrześniu. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. W ten sposób uciekłem przed wojskiem. A poza tym – to, czego miałem się uczyć, nie było tak bardzo odległe od moich dotychczasowych zainteresowań. Muzyka była dla mnie ważna, aktorstwo wydarzyło się niejako przy okazji, ale jakoś mi szło, więc zostałem. Na trzecim roku dostałem sygnały od kierownictwa, że teatr widzi mnie w swoim zespole, toteż już nie miałem właściwie czego szukać gdzie indziej. Tym bardziej, że zdążyłem się zaaklimatyzować i zakochać w tym, co się tam robi. W związku z tym zostałem tam po studium i nawet dwa lata miałem etat. Znalazłem w Gdyni swoje miejsce, co nie jest takie proste, bo to bardzo duży zespół. Jestem wdzięczny, że dostałem tę szansę. Natomiast później, przy okazji różnych zmian w teatrze postanowiłem odejść. Zrobiłem sobie przerwę od zawodu, która trwała dwa lata. Nie robiłem nic w tym kierunku, aż ktoś mi powiedział, że w Romie jest casting do „Mamma Mia”. Postanowiłem pojechać i zobaczyć, co będzie. No i siedzę tu do teraz. Jak widać, wszystko jest przypadkiem – lecę z prądem (śmiech).

Fot. Miron Chomacki

Czyli luka pomiędzy 2012 a 2015 rokiem, która się pojawia w Pana zawodowej biografii, to właśnie ta przerwa?

Tak. Chciałem sprawdzić, czy to jest to, czego pragnę. Miałem mały kryzys, postanowiłem zupełnie odsunąć się od teatru – chyba z dobrym skutkiem. Przydało mi się to, nabrałem dystansu. Po tych dwóch latach wróciłem na chwilę do Gdyni, gdzie zostałem poproszony o zagranie Motla w „Skrzypku na dachu”, bo akurat żaden z kolegów nie mógł. Pewnego razu rozmawiałem z Tomaszem Foglem, którego bardzo lubię. Spojrzał na mnie i powiedział w pewnej chwili: No i TERAZ się pracuje! Pomyślałem wtedy, że taki oddech jest czasami potrzebny.

To, że postanowił Pan zostawić gdyński Teatr Muzyczny, wynikało z przesytu, chęci sprawdzenia się w czymś innym?

Wcześniej nie miałem nawet czasu się zastanowić, czy to aby na pewno to, co chcę robić. Musiałem pędem gonić, żeby uciec przed wojskiem. Potem stwierdziłem, że może jednak nie, że może urodzi mi się jakiś inny pomysł? Trochę po hippisowsku zupełnie uciekłem. Ale jednak zatęskniłem za sceną, więc casting w Teatrze Roma i rola Sky’a w „Mamma Mia” pojawiły się w idealnym momencie.

Gdyby jednak nie musical i scena, to co?

Do tej pory się zastanawiam (śmiech). Co jakiś czas pojawia się taka myśl, żeby gdzieś skręcić, dokształcić się w jakimś kierunku… Ale tak naprawdę siedzę w artystycznym światku od 15. czy 16. roku życia, nie licząc wcześniejszej edukacji muzycznej, i nie bardzo wiem, co miałbym robić. Nie potrafię niczego innego (śmiech).

Myślę, że póki czerpię z tego przyjemność – a czerpię ogromną – na razie będę to robił. Mam nadzieję, że żadne czynniki niezależne ode mnie temu nie przeszkodzą.

W temacie castingów – nie wiem, czy dotarł do Pana jęk zawodu, kiedy okazało się, że nie zagra Pan Edwarda w „Pretty Woman”?

(Śmiech). Bardzo jest mi miło, ze ludzie tak reagują. Wiadomo, że castingi rządzą się własnymi prawami, to nie jest tylko sprawa reżysera, ale też kwestii produkcyjnych… Niejedna osoba ma coś do powiedzenia na temat obsady.

W Romie gra Pan zarówno w zespole, jak i w głównych rolach. Jak łączy się pracę nad jednym i drugim? Jest na to jakiś patent?

Nie wiem. Ja mam własny. Trzeba zaznaczyć, że jeśli angażuje się do produkcji osobę, która występuje w zespole, i jest ona ewentualnie w trzeciej obsadzie – ewentualnie, bo to nie jest gwarantowane – zespół to absolutny priorytet. We wszelkich próbach, gdzie koledzy mający role aktorskie mieli uczestniczyć, ja zostawałem w tle z wiadomych przyczyn – byłem potrzebny gdzie indziej. Tak było np. w „Aidzie”. Ale parę razy udało się być na próbie, poobserwować, nawet podłubać z kolegami nad rolą. Czasu nie było dużo, ale nigdy nie jest go zbyt wiele. To nie tak, że są trzy miesiące i pełen spokój. Nieee, gdyby to do kupy złożyć, to takiej „rzeźby” nad rolą jest może tydzień. Tak naprawdę dochodzi się do pewnej wprawy i jakiejś idei po zagraniu paru przedstawień. Dopiero wtedy to obrasta we właściwą formę.

Co do łączenia pracy w zespole i roli… Niektórzy mówią, że jak jedzą obiad i deser, to mają osobne żołądki na jedno i drugie (śmiech). Jedno nigdy nie wchodzi drugiemu w paradę. Czasem niektórzy się zastanawiają, jak to się robi, że trzeba się nauczyć tyle tekstu. Ale to nie tak jak w podstawówce, że staje się przed ludźmi i recytuje wierszyk. Tu jednak sytuacja bardzo pomaga. Uczymy się fragmentami, mamy kierunek, partnera, do niego idziemy, coś mówimy. Mamy konkretne akcje, do których tekst jest przypisany. To jest bardzo organiczne, nie trzeba mieć żadnej podziałki w głowie; po prostu dzieje się samo.

Czy już wiadomo, kiedy planowane są próby wznowieniowe do „Aidy”?

Jeżeli sytuacja na to pozwoli, próby zaczną się od 8 czy 9 września. Sam spektakl miałby ruszyć pod koniec września.

„Aida” jest bardzo absorbującym spektaklem. Jak to zrobić, by być zawsze oddanym na sto procent? Jest to w ogóle możliwe?

Myślę, że to kwestia indywidualna; moja perspektywa jest taka – publiczność chce obejrzeć bardzo konkretną i świeżą jakość. Jeżeli nie będziemy wychodzić na scenę, jakbyśmy wychodzili pierwszy raz, tej jakości nie będzie. A przecież dzisiejszy widz nie jest gorszy niż jutrzejszy czy wczorajszy. Wiadomo – są różne dni: czasami przeszkadza ciśnienie, czasami ktoś jest zmęczony, bo dzieci płakały. Ale to nie zmienia oddania. Ja staram się zawsze być stuprocentowo zaangażowany i robić tyle, ile jestem w stanie – nawet jeśli nie jestem w stanie. Kieruję się prostą zasadą – podchodzę uczciwie do mojej pracy po to, żeby widz był zadowolony, bo to on jest najważniejszy. Moje samopoczucie jest drugorzędne.

Trzeba też nadmienić, że mimo iż gramy ten tytuł non stop, siedem razy w tygodniu poza poniedziałkiem, to i tak każdy spektakl jest inny. Są oczywiście elementy powtarzalne, wiadomo: choreografia się powtarza, trzeba trzymać dźwięki. Ale są też drobne sytuacje, rzadko widoczne z perspektywy widza, które powodują, że to się nie nudzi, za każdym razem jest inaczej.

Ile postaci gra Pan w zespole w „Aidzie”? Jest chwila na oddech w trakcie trwania spektaklu?

Dzielę to na sekwencje: jest żołnierz przyboczny kapitana Radamesa, potem „dżoserowiec”, niewolnik, sędzia przy faraonie – taka „paprotka” (śmiech). Podczas pierwszych spektakli faktycznie było tak, że po zejściu ze sceny szybko biegliśmy się przebierać, bo to zajmowało najwięcej czasu. Tych przebiórek jest około jedenastu. Ale to też wchodzi z czasem w krew. Chwila na oddech się wydłuża, jest coraz spokojniej, możemy nawet kawę wypić w międzyczasie  (śmiech).

W jednej z wypowiedzi na temat „Pilotów” zwracał Pan uwagę, że Jan jest za mało sprawczy. O Radamesie chyba nie można tego powiedzieć?

Tak, to prawda. Na tego bohatera nie można patrzeć z jednego punktu widzenia. Mam nadzieję, że widoczne jest to, iż spotykamy jedną postać, a kiedy opowieść się kończy, jest ona zupełnie odmieniona. Na pewno chciałem, żeby Radames był żołnierzem, to znaczy żeby widz widział i czuł, że on naprawdę lubił najeżdżać inne kraje – jakkolwiek to brzmi. Chciałem, by ta sekwencja – jedyna w musicalu – była bardzo wyraźna. Kolejna istotna rzecz to konflikt z ojcem – należy go podkreślić, bo ma duży wpływ na przebieg fabuły, a także na relacje z główną bohaterką. Z kolei w spotkaniu z nią bardzo chciałem uzyskać efekt powolnego procesu, do którego Radames dochodzi w swoim wnętrzu; by nie było tak, że jest od razu porażony przez urodę i charakter Aidy. Mam nadzieję, że to widać; a jeśli nie, będę próbował dalej.

Ogromnym plusem spektaklu są trzy obsady. Każdy jest inny, każdy dodaje swoje trzy grosze i to wartość sama w sobie. Warto zobaczyć ten sam tytuł pod różnym kątem. Chociaż właściwie tak mi się tylko zdaje, bo nie wiem, nigdy nie oglądałem (śmiech).

Myśli Pan, że Radames po tej półrocznej przerwie będzie innym bohaterem?

Będę próbował wrócić do pierwowzoru. Ale sądzę, że po Facecie i po tak dużej przerwie będę mógł w nim odnaleźć więcej nowych, subtelnych elementów do zagrania. Jednak tak naprawdę to tylko rozważania – trzeba poczekać do momentu wejścia na scenę i spróbowania.

W Radamesie tkwi trochę „złego chłopca”. Czy jest jakiś negatywny bohater, którego chciałby Pan zagrać?

Zawsze chciałem spróbować sił w zagraniu kogoś do szpiku kości złego, kogoś z nutą szaleństwa. Natomiast nigdy nie rozpatrywałem ról w musicalu pod tym kątem. Mówiąc wprost – biorę, co dają. Każda rola czegoś uczy, z każdej staram się wycisnąć, ile się da; czasami dodając zbyt wiele, jak potem reżyserzy twierdzą (śmiech).

Natomiast rzeczywiście Radames dał mi okazję, żeby zagrać trochę grubiej ciosanego faceta, żołnierza, który lubi to, co robi, a kobiety traktuje przedmiotowo. Ciekawym doświadczeniem jest możliwość bycia na scenie zupełnie kimś innym, oderwania się od rzeczywistości. Nigdy nie doszedłem do takiego etapu, jak aktorzy hollywoodzcy, którzy wychodząc z próby, nie opuszczają postaci, nierzadko są tą osobą do momentu zakończenia zdjęć. W musicalu takiej potrzeby raczej nie ma. Myślę, że gdyby była, w przypadku grania negatywnego bohatera mogłoby to być groźne dla wszystkich wokół.

Jest jakiś typ męskich ról, których Panu brakuje na musicalowej scenie?

Wie Pani, dlaczego gram w musicalach? Żeby nie musieć ich oglądać (śmiech). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to typ rozrywki bardzo ludziom potrzebny i wielu go uwielbia. Ale moim zdaniem musical w Polsce, mimo że przeżywa złoty wiek, jeszcze nie dogania zachodnich produkcji. Zaangażowanie wszystkich powinno być nieco większe, żeby nabrało to prawdziwego impetu. To także kwestia pieniędzy, ale dużo zależy też od naszej mentalności, podejścia, że „jakoś to będzie”. Ono ciągle jest zbyt częste.

Według mnie zbyt mało robi się rzeczy, które niekoniecznie ogląda się łatwo i przyjemnie. Nie tyle o rolach bym mówił, co o samej tematyce musicali. Chciałbym, żeby były trochę bardziej angażujące, skłaniające do refleksji na wiele tematów; żeby można było nie tylko świetnie się bawić, bo to oczywiście też jest potrzebne, ale żeby było więcej „brudu”. Myślę, że to jest do osiągnięcia. Mamy zresztą w Polsce ciekawych reżyserów, którzy się taką tematyką zajmują i ją adaptują, np. Wojciecha Kościelniaka, który nigdy nie idzie na łatwiznę i zawsze drąży w poszukiwaniu drugiej strony medalu. Uważam, że takich rzeczy powinno być więcej.

Swego czasu w Gdyni, a teraz w Romie gra Pan w spektaklach dla młodych widzów. Czym różni się granie w przedstawieniu dla dzieci od pracy przy produkcji dla dorosłych?

One nie wybaczają – to najważniejsze. Czasem ludziom się wydaje, że grając dla dzieci, można trochę poskakać, powydurniać się, poudawać i one będą zafascynowane. Nieprawda – dzieci to najbardziej wyrafinowany odbiorca. Opowiem na przykładzie „Przypadków Robinsona Crusoe”, które gramy w Romie na Małej Scenie. To długi spektakl, a nierzadko na widowni są bardzo młodzi widzowie. Żeby przykuć ich na dwie i pół godziny, trzeba się naprawdę mocno zaangażować. Nie ma możliwości, żeby na chwilę odejść od postaci, odpuścić, dzieci od razu to wyłapują. Przestaje być to dla nich zajmujące, ziewają, kładą się itp. Nam się póki co udawało – ogromna w tym zasługa reżysera, Jakuba Szydłowskiego, który świetnie „Robinsona” wymyślił. Często się zdarza, że nie słyszymy, co robimy na scenie, bo dzieciaki nam dogadują, przekrzykują nas. Z jednej strony to trudne, ale z drugiej bardzo miłe, bo wiemy, że są uczestnikami zaangażowanymi całkowicie. To największa satysfakcja i nagroda.

Jest Pan kolejną osobą, która podkreśla, jak dobrze się współpracuje z Jakubem Szydłowskim.

To człowiek teatru. Jeśli coś tworzy, wchodzi w to na sto procent. Doskonale wie, czego oczekuje od aktora. Pewnie bierze się to stąd, że wie, czego mu przez te lata, kiedy pracował jako aktor, brakowało we współpracy z reżyserem. Nie ma problemu, żeby obdarzyć Kubę całkowitym zaufaniem. Jeśli współpracuje się z kimś, komu nie do końca się ufa, mocno się to przekłada na rolę, na całość przedstawienia. W przypadku Kuby, niezależnie do tego, co każe mi wykonać, wiem, że to jest po coś i że będzie to dobre. Dzięki temu szybciej się uczę, rozwijam się w ten sposób, a spektakl na tym zyskuje. On doskonale wie, co robi. Stoję za nim całym sercem.

Która z dotychczasowych ról była dla Pana największym wyzwaniem?

Na pewno najbardziej angażujący fizycznie jest Robinson – to dwie godziny ostrego zasuwania po scenie, mimo że to przecież spektakl familijny. Tam nie ma czasu na odpoczynek. Wraz z Januszem Krucińskim, z którym dzielę rolę, mamy podobne doświadczenia – po przedstawieniu schodzimy jak z krzyża zdjęci (śmiech). Jeśli chodzi o kwestie charakterologiczne, Radamesa chyba bym tu nie przywoływał, bo miałem dużą radość z wcielania się w tę postać ze względów, o których już rozmawialiśmy – po prostu jestem zły, zły i czarny od środka (śmiech).

I nareszcie można było to pokazać…

Chociaż przez krótką chwilę, tak (śmiech).

Natomiast Facet mógłby być tutaj przykładem, chociażby dlatego, że musiałem go bardzo mocno hamować. Jestem jednak trochę innym charakterem, bardziej „do przodu”, tu sobie przeklnę, tam krzyknę, a jednak w tej roli nie o to chodziło. I ta gra na wstecznym biegu była dla mnie uciążliwa, przynajmniej na początku.

Zdarza się Panu słuchać muzyki z musicali?

Wielu moich znajomych to muzycy i często słucham tego, co mi podrzucają. To zespoły grające nowoczesny jazz, muzykę instrumentalną, czasami jakieś nowe r’n’b, zdarza się muzyka elektroniczna. Musicali słucham głównie wtedy, kiedy się trzeba do czegoś przygotować albo wtedy, kiedy któryś ze znajomych czy kolegów z garderoby przyniesie coś ciekawego, nowego, czym się zachwycę. Ale nie jest to muzyka, której słucham na co dzień.

Kojarzy mi się Pan też z cięższymi brzmieniami.

Tak, to prawda, o tym nie mówiłem, ale dość często słychać u mnie brzmienie gitar, czasami metalowe, czasami trochę lżejsze. Lubię taką muzykę.

Co jest najtrudniejsze w codziennym funkcjonowaniu rodziny związanej z teatrem?

Trzeba zaznaczyć, że od kiedy urodził się nasz syn, moja żona jest trochę dalej od teatru, więc sytuacja się diametralnie zmieniła. To, co najtrudniejsze, jest jednocześnie najpiękniejsze i najbardziej tę sytuację ułatwia. Poznaliśmy się w Romie i parę lat pracowaliśmy ze sobą codziennie, byliśmy razem dwadzieścia cztery godziny na dobę. To bywa niełatwe, trzeba poszukać buforu bezpieczeństwa… Jednak z drugiej strony dzięki temu doskonale rozumiemy specyfikę naszego zawodu. Obecnie, w sytuacji, kiedy moja żona nie pracuje już ze mną, mogę wrócić do domu i porozmawiać z nią o tym, co się wydarzyło, o tym, jakie mam przemyślenia dotyczące pracy. I ona to doskonale rozumie. To zdecydowanie najpiękniejsze.

Jednak organizacja dnia może być trudna.

Tak, i tutaj ogromna zasługa i nieoceniona pomoc moich teściów, którzy są na miejscu. Na początku najbardziej przerażające było to, że żona po urlopie macierzyńskim zaczęła pracować w firmie. Od ósmej do szesnastej była w pracy, z kolei ja o 16.30 wyjeżdżałem do teatru. Spędzałem ranek z dzieckiem, ona wracała, przejmowała je, ja jechałem do pracy. To było trudne, bo widywaliśmy się właściwie tylko w weekendy, i to też przez chwilę.

Praca aktora musicalowego jest bardzo „fizyczna”. W jaki sposób utrzymuje Pan formę? Słyszałam, że m.in. dzięki boksowi.

To faktycznie jest praca fizyczna. Część mojej rodziny, kiedy pierwszy raz wpadła na spektakl do Romy, komentowała: Eeee, masz taką fajną robotę, tu sobie potańczysz, tu sobie pośpiewasz, super! A ja wtedy myślałem: Chcesz się zamienić na tydzień? Jest trochę tak, że jeśli codziennie robimy to, co robimy, forma utrzymuje się sama. Wystarczy tydzień czy dwa kwarantanny, żeby to zaprzepaścić (śmiech). Natomiast w boksie odnalazłem dużo radości. Nie trenuję po to, żeby bić ludzi na ulicach. Tak zmęczony, jak po treningu, nie byłem chyba nigdy, po żadnej choreografii. To zupełnie inny rodzaj wysiłku. Boks to uzupełnienie, traktuję go hobbystycznie, natomiast forma utrzymuje się sama przez chodzenie do pracy. Wrócą próby, wróci forma (śmiech).

Gdzie widzi się Pan zawodowo za pięć lat?

Jak się zdążyła Pani zorientować, nie jestem człowiekiem, który daleko wybiega w przyszłość. Natomiast czasem myślę o tym, by wyjść ze strefy komfortu, jaką jest musical. Może stanąć przed kamerą? To jest oczywiście bardzo odległe i wymaga poświęcenia czasu i energii. Ale spróbować – dlaczego nie? Jeżeli będę miał taką okazję, chętnie z niej skorzystam. Natomiast jeśli chodzi o musical – nie mam zielonego pojęcia. Wiadomo, że miejsca w Romie nie mam dożywotnio, być może będę musiał szukać innego. Liczę się z tym. Dzięki Bogu Jakub Szydłowski został dyrektorem artystycznym Teatru Muzycznego w Łodzi, więc mam chyba miejsce, do którego mogę się zwrócić, jak już mu posmarowałem (śmiech). Nie mam w dorobku zbyt wielu miejsc, bo tak naprawdę to tylko Gdynia i Roma, więc zostało mi jeszcze kilka teatrów do zwiedzenia.

„Tylko” Gdynia i Roma, było nie było, największe musicalowe sceny w Polsce…

Oczywiście, nie chcę tego umniejszać. Natomiast sporo powstało tych scen w Polsce przez ostatnie dziesięć lat. To bardzo dobry sygnał, bo jest nas, „specjalistów” w zawodzie, coraz więcej, i wielu kolegów może szukać pracy w różnych miejscach. Mam nadzieję, że mnie też się uda w niedalekiej przyszłości zwiedzić te, w których jeszcze nie dane mi było grać, przedstawić się trochę szerszemu gronu.

Tego Panu życzę i bardzo dziękuję za rozmowę.


Serdeczne podziękowania dla pani Magdaleny Mielewczyk za pomoc w przeprowadzeniu rozmowy.

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Możliwość komentowania Robię swoje i wychodzę została wyłączona

Zawsze można się zatrzymać

Doskonałą technikę łączy z umiejętnością przekazywania różnorodnych emocji. Zawsze stara się dostrzegać jasne strony życia. Przeszkody i trudności mobilizują ją i sprawiają, że jeszcze bardziej konsekwentnie dąży do celu. Lubi swoje koczownicze życie między różnymi teatrami, a akumulatory ładuje w rodzinnym Kościelisku.

Wokalistka, aktorka, trenerka wokalna, organizatorka i… polonistka; laureatka wielu nagród, m.in. Teatralnej Nagrody Muzycznej im. Jana Kiepury dla najlepszej wokalistki musicalowej. Szanowni czytelnicy – oto Agnieszka Przekupień.

Gosia JG: Ile czasu minęło od Twojego ostatniego występu w „Aidzie”? Jak on wyglądał?

Agnieszka Przekupień: Ostatni spektakl zagrałam 11 marca. To był jeden z najdziwniejszych występów w moim życiu. Mimo wszystko nie byliśmy przygotowani na to, że część publiczności przestraszy się komunikatów w mediach i nie przyjdzie. Kiedy po prologu, w trakcie pierwszego utworu odwróciłam się, żeby spojrzeć na widownię, i zobaczyłam, że nie jest wypełniona po brzegi, jak zwykle, ale są ogromne luki – poczułam ból. Oczywiście śpiewałam dalej, ale w głowie kołatały mi się myśli; jedna, że chyba jutro rzeczywiście nie przyjdziemy już do teatru; i druga – że ludzie już nas nie chcą, jesteśmy niepotrzebni… Wiadomo, takie myślenie nie było racjonalne, chodziło o strach przed zakażeniem, troskę o zdrowie. Ale to było doświadczenie jak z koszmaru, w którym publiczność nie pojawia się na przedstawieniu.

Kolejne spektakle zostały odwołane…

Jeśli chodzi o marcowe przedstawienia „Aidy”, miałam sporo planów, mieli mnie odwiedzić ważni goście… Ale najtrudniejsza była niewiadoma. Najpierw dwa tygodnie, potem pojawiły się wiadomości o odwołaniu kolejnych spektakli, następnie o odwołaniu wszystkiego do 30 czerwca. Za każdym razem nastawiałam się, że niedługo wracamy. W pewnym momencie powiedziałam sobie: stop – to podejście mi szkodzi, muszę się odciąć. Wrócimy, kiedy wrócimy, teraz albo we wrześniu… Widocznie tak ma być.

Fot. Piotr Komoń

Postanowiłaś się odciąć – i co dalej?

Pozwoliłam sobie wykorzystać ten czas na zupełnie inne tematy niż mój zawód. Żartuję nawet, że wszystkie nuty razem z ambicją zostawiłam w Warszawie i zamknęłam je na klucz. Wyjechałam do mojego Kościeliska, żeby odpocząć. Postanowiłam potraktować ten okres jako dar. Czas, o który tak wszyscy zabiegaliśmy, został nam dany. Mogę pobyć w mojej prywatnej, najważniejszej w życiu roli – Agnieszki Przekupień. Mogę być ze swoją rodziną. Daję sobie czas na gotowanie, sadzenie ziółek na balkonie, chodzenie po górach, rozmowy z bliskimi. Jestem przekonana, że odpoczynek zaowocuje tym, że będę mieć jeszcze więcej energii na realizowanie mojej pasji.

Niedawno miałaś przerwę w graniu spowodowaną problemami z głosem, teraz z kolei wymusiła ją sytuacja. Która z nich była trudniejsza dla Ciebie jako artystki?

2020 jest rokiem zmian, i to takich, na które nie mam wpływu. Uświadomiły mi to także moje problemy foniatryczne. Głos to moje najważniejsze narzędzie, które nagle mnie zawiodło. Miałam momenty smutku i bezradności. Choroba trwała miesiąc, nie zagrałam kilkunastu spektakli, ustalonych wcześniej koncertów. Jednym z najtrudniejszych doświadczeń był tygodniowy nakaz całkowitego milczenia – kiedy chodziłam na zabiegi, nosiłam kartkę, na której były wypisane wskazania, i pokazywałam ją lekarzowi. Z drugiej strony – dostawałam mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy troszczyli się o mnie, pytali o zdrowie, czekali, aż wrócę. To wsparcie i troska były mi bardzo potrzebne. Tak jak potrzebny był mi czas w Kościelisku, bez pracy. Przyjęłam, że skoro tak ma być – niech będzie. Nie chcę bez końca wojować z życiem, ono też ma coś do powiedzenia. Muszę płynąć z rzeką.

Myślałaś wtedy, co byłoby, gdyby się okazało, że nie możesz już śpiewać? Wyobrażasz sobie, że mogłabyś robić coś innego?

Oczywiście – takie myśli się pojawiały. Wydaje mi się, że jestem na tyle otwarta na życie i na możliwości, które ono daje, że bym się w tym odnalazła. Ale też byłoby to okupione ogromną pracą – by przekonać siebie, że coś innego może sprawiać mi równie wielką przyjemność jak to, co robię teraz. Jednak od sztuki, od muzyki nie odeszłabym, obracałabym się w jej kręgu. Trudno jest tak gdybać. Mówię, że dałabym radę, takie mam wyobrażenia – ale czy rzeczywiście, czy od razu?

Może ukończona polonistyka dałaby jakieś możliwości? Te studia to był przemyślany wybór?

Jestem człowiekiem, który nie ściemnia, więc powiem prosto z mostu – polonistyka to był wariant ostateczny (śmiech). Marzyłam o studiowaniu na wydziale wokalno-aktorskim Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych). Próbowałam dostać się na tę uczelnię dwa razy i za każdym razem byłam bardzo blisko na listach rezerwowych, ale zawsze czegoś zabrakło. Namówiona przez rodziców i kierując się zdrowym rozsądkiem, złożyłam dokumenty na polonistykę i anglistykę. Byłam z rocznika, w którym wszyscy chcieli się uczyć angielskiego i dostawali się ci, którzy mieli sto procent z matury rozszerzonej… Tak więc ostał się wariant zet. I na to się zdecydowałam, bo chciałam iść do Krakowa, mieszkać z moimi siostrami, które w tym czasie też tam studiowały. Tak czy inaczej, będąc na studiach, zrobiłam kolejny krok na drodze artystycznej – zapisałam się na warsztaty aktorskie do pani Doroty Zięciowskiej. W Krakowie też dowiedziałam się od znajomej o nowej specjalności na Akademii Muzycznej w Gdańsku. To był musical – pierwsza taka specjalność w Polsce, na kierunku wokalistyka Wydziału Wokalno-Aktorskiego. Tak naprawdę to dopiero on okazał się spełnieniem marzeń – łączył na równi aktorstwo, śpiew i taniec, oferował więcej niż Kraków. Do Gdańska dostałam się za pierwszym razem, w chwili, kiedy miałam jechać na Erasmusa do Francji. Ale nie miałam żadnego momentu zawahania, wiedziałam, że trzeba iść za marzeniami i pasją, nawet jeśli to trudne. A takie było, bo przez rok jeździłam między Gdańskiem, gdzie studiowałam na pierwszym roku, a Krakowem, gdzie kończyłam polonistykę. Jednak nie żałuję. Filologia polska dała mi perspektywę innych, nieartystycznych studiów. Wiedziałam już, że to dwa różne światy, i cieszę się, że mogłam spróbować jednego i drugiego.

Kiedy o tym opowiadasz, przypomina mi się obiegowa opinia o góralkach – że są silne, zdecydowane i się nie poddają.

To niby stereotyp, ale jeśli by się do niego odwołać – mam w sobie sporo z góralki. Chociaż od razu wyjaśnię, by nie było wątpliwości – taką prawdziwą, z dziada pradziada nie jestem. Urodziłam się w Zakopanem, jednak moi rodzice nie są góralami. Ale jeśli chodzi o charakter – to prawda, jestem uparta, silna, nie poddaję się. Może wynika to stąd, że u siebie w Kościelisku nie miałam miliona szans i wszystkiego podanego na tacy. Musiałam się postarać, żeby podążać za swoją pasją. I rzeczywiście mam wrażenie, że jeśli bardzo czegoś chcę, znajdę sposób, by to osiągnąć.

O musicalu na gdańskiej Akademii Muzycznej wszyscy artyści mówią w samych superlatywach. Dlaczego?

To miejsce przyciąga wspaniałe osobowości. Moim największym szczęściem jest to, że studiowałam na roku z ludźmi pasji, wiedzącymi, czego chcą. Mieli w sobie potencjał i wielki upór w dążeniu do celu, ale nie taki blokujący, a motywujący. Nakręcaliśmy się, żeby być coraz lepszymi. My i nasi profesorowie, pedagodzy działaliśmy na siebie nawzajem. To była obustronna ciężka praca podyktowana pasją. Można powiedzieć, że razem ten kierunek tworzyliśmy. Byliśmy pionierami w musicalowym Hogwarcie (śmiech). Wychowywaliśmy się i działaliśmy w magicznej atmosferze przedzierania się przez nieodkryte jeszcze w Polsce rejony. Chęć współpracy była najważniejszym elementem – tak bardzo chcieliśmy być coraz lepsi, że jeśli było trzeba, robiliśmy próby po nocach, spotykaliśmy się w weekendy. Nikt nie myślał, że to czas wolny. To było całe nasze życie, oddawaliśmy się mu w stu procentach. Wspieraliśmy się i kibicowaliśmy sobie nawzajem, przygotowywaliśmy się do castingów i razem na nie jeździliśmy. Staliśmy się jak rodzina. Do dziś odwiedzamy się na spektaklach, jeździmy razem na wakacje i spotykamy w pracy na scenie!

Obiegowa opinia jest taka, że castingi to świat rywalizacji i walki…

Nie można uogólniać, bo przecież ilu ludzi, tyle charakterów… Chyba, jak w każdej branży, są tacy, którym trudno się pogodzić z sukcesem kogoś innego… Można powiedzieć, że to bardzo ludzkie. Ale według mnie przeważa pozytywne podejście. Wysyłamy sobie informacje o castingach, oglądamy się nawzajem, wspieramy. Tworzymy wspaniałą grupę świata musicalu. Także dzięki live’om, które wymyśliła Kasia Łaska, dzięki mybroadway.pl okazało się, że wszyscy się znamy, nawet jeśli nie osobiście, to słyszeliśmy o sobie. Ten świat jest jednak dość mały. Myślę, że pozytywne wsparcie i motywacja są częstsze niż toksyczna rywalizacja, która uniemożliwia rozwój.

Jesteś trenerem wokalnym. Co daje Ci nauczanie innych?

Zaskakujące, ale to kolejna rzecz, która wydarzyła się ze względu na obecną sytuację. Bywało, że ludzie pytali mnie o zajęcia czy konsultacje, ale kiedy wracałam do Kościeliska, chciałam zwyczajnie odpocząć. Jakiś czas temu, już w trakcie kwarantanny, moja uczennica z Zakopanego zapytała, czy mogłabym się z nią spotkać on-line. Pomyślałam – dlaczego nie? Moje wyciszenie zaowocowało większą otwartością, by postawić się na miejscu nauczyciela nie tylko podczas wakacyjnych warsztatów musicalowych. Może to banalne, ale to właśnie odkryłam – uczenie sprawia, że ja też się uczę. Daję coś drugiemu człowiekowi, ale też biorę od niego; szkolę się, jak przemawiać językiem wyobraźni, głosu, techniki. To jest niezwykle rozwijające i spełniające. Sama cały czas doskonalę umiejętności, a jednocześnie kształcę innych. Tą drogą chcę podążać.

Co jest według Ciebie najważniejsze w procesie nauczania?

Może to też oczywiste, ale fakt, że to proces ciągły. Ukończenie studiów nie oznacza końca szkolenia się. Właściwie studia tylko pokazują, jak rozwijać się dalej, żeby potem, już po ich ukończeniu, móc to robić samemu. Mój profesor na pierwszych zajęciach powiedział: Ja cię nie nauczę śpiewać. Ty nauczysz się sama, a ja będę ci towarzyszył w tej drodze. Wtedy nie mieściło mi się to w głowie… Dopiero potem zrozumiałam, że wszystko zależy ode mnie. To ja jestem w swojej głowie. On mnie uczył, jak współpracować z głosem i rozwijać go. I teraz jestem, można powiedzieć, na nieustannych studiach – sama ze sobą.

Zadebiutowałaś w „Dźwiękach muzyki” w nieistniejącym już Gliwickim Teatrze Muzycznym. Jak wspominasz ten czas?

Mogłabym powiedzieć, że to kwestia wielkiego farta, ale oduczyłam się takich określeń. To by oznaczało coś przypadkowego, prezent od losu. A przecież pojechałam na casting, dostałam rolę, ponieważ na nią zapracowałam. Ale to była wyjątkowa możliwość – debiut w takim spektaklu, takim teatrze i zespole. Stylistyka tego musicalu i postać głównej bohaterki, Marii Rainer, współgrała ze mną, moim prawdziwym ja. Aktorsko nie musiałam przekraczać wielu granic, budowałam rolę z perspektywy takiej „Jagi z gór”.

Dzięki debiutowi zrozumiałam, że w każdej postaci jesteśmy najpierw sobą, a potem dokładamy cechy osoby, którą mamy zagrać. Ale to zawsze musi wynikać z prawdziwych emocji, z naszych doświadczeń. Dlatego debiut okazał się wielką przyjemnością – postać Marii była w pewien sposób przedłużeniem mojej osobowości.

Która z ról dała Ci najwięcej satysfakcji?

Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Wszyscy aktorzy tak mówią, ale to uzasadnione, bo każda postać, którą przychodzi grać, jest inna, czego innego wymaga, uruchamia inne emocje. Jednak gdybym miała opowiedzieć o największym wyzwaniu aktorskim i wokalnym – byłaby to Lara Guichard w „Doktorze Żywago”; niezwykle barwna, wielowymiarowa postać, wokalnie rozbudowana. A jeśli chodzi o stylistykę, wydźwięk dramatyczny oraz muzyczny, to chyba najpiękniejszy musical, w którym miałam przyjemność wziąć udział. I co najważniejsze – najprzyjemniejsza współpraca. Przyjaźnie, które się wtedy zawiązały, istnieją cały czas. Mam nadzieję, że ten spektakl wróci jeszcze na białostocką scenę.

Czy jest typ ról, które lubisz grać bardziej niż inne? Często Twoje bohaterki są silne i nie boją się wyrazić swojego zdania.

Ciekawe… Czy one są wszystkie takie silne?

Takie są Maria, Lara, Amneris, Ellen

Myślę, że typ kobiety, która jest pewna siebie, silna i uparta, współgra z moim wyobrażeniem kobiecości i człowieczeństwa. Chociaż dotychczas nie zastanawiałam się nad jakimś wspólnym mianownikiem, więc może to dobra inspiracja.

Za to bardzo chciałabym otrzymać rolę stricte komediową. Amneris trochę taka jest, bardzo się spełniam i odnajduję w scenach komediowych z jej udziałem. Chyba właśnie dzięki niej mam apetyt na więcej.

Podczas egzaminu dyplomowego w Gdańsku śpiewałam utwór „I’m Breaking Down” z musicalu „Falsettos”. Bohaterka dowiaduje się, że jej mąż jest gejem, i nie może sobie z tym poradzić. Ten utwór jest tak zabawny, że nie mogłam się oprzeć, by go nie wykonać. A potem pomyślałam, że chcę śpiewać więcej takich rzeczy. Nie chcę dać się zaszufladkować. Dlatego też Amneris dała mi tyle satysfakcji, bo mogłam pokazać szersze spektrum bohaterki – być komediowa i liryczna, ale też potężna i silna.

Jaki wpływ na rolę ma to, że gra się jedną postać z różnymi scenicznymi partnerami?

Znaczny. Aktorstwo to akcja-reakcja. To tak, jakby się podawało i odbierało piłeczkę. Ktoś mi podaje inaczej i ja też inaczej odpowiadam. Nie leci się na pamięć ułożonymi schematami, wymyślonym ruchem, intonacją głosu. To zawsze dzieje się naprawdę. Dzięki temu teatr jest żywy, a każdy spektakl inny. Postać ma szansę się rozwijać, bo dostaje różne piłeczki i różne są odpowiedzi. Poza tym na to, jak zagramy postać, wpływa stan obecny, w którym jesteśmy zarówno my, jak i osoba, która nam partneruje. Najbardziej kocham w teatrze właśnie tę niewiadomą i otwartość, którą musimy mieć na to, co wydarza się tu i teraz. Nie ma drugiego takiego samego spektaklu.

Intymne, emocjonalne sceny gra się trudniej niż pozostałe?

Kiedy zaczynałam moją przygodę z aktorstwem, był we mnie lęk – co będzie, jeśli będę musiała zagrać bliską, intymną scenę. I okazało się, że to nie jest problem. Kiedy gra się postać, zapomina się o sobie. To nie ja całuję się przykładowo z Łukaszem Zagrobelnym, ale Lara całuje się z Żywago. To kwestia doświadczenia, wejścia w rolę na sto procent, przekonania, że jest się postacią, a nie kimś, kto ją gra.

Kiedy trzy aktorki przygotowują się do jednej roli, jest miejsce na wspólną pracę? Czy po wskazówkach reżyserskich każda pracuje indywidualnie?

Oczywiście bywa różnie, bo z różnymi osobami spotykamy się – jak to się mówi – „na roli”. Zdarza się, że są one bardzo introwertyczne, wolą nie zdradzać swoich przemyśleń na temat postaci. Ale takich osób jest mało w naszej branży i mnie się nie zdarzyło, żebym nie złapała bliższego kontaktu z kimś, z kim dzielę rolę.

Opowiem na przykładzie Lary, którą gram z Pauliną Janczak i Anną Gigiel. Kiedy rozmawiałyśmy w trójkę o postaci Lary, okazywało się, jak różnie widzimy pewne sceny i problemy w spektaklu. Każda interpretowała je na podstawie swoich doświadczeń, swojego życia – i to pozwoliło nam spojrzeć na bohaterkę z szerszej perspektywy.

Równie ważnym czynnikiem jednoczącym nas jako postaci – nie tylko aktorki grające Larę, ale też Larę z Tonią, Żywago i innymi – był sposób, w jaki pracował z nami reżyser, Jakub Szydłowski – z wielką otwartością, chęcią współtworzenia spektaklu. Na pierwszych próbach czytanych rozmawialiśmy o interpretacji utworu, jak na języku polskim (śmiech); o tym, jak rozumiemy pewne sytuacje, jak postaci wokół siebie krążą, jakie tworzą relacje. „Rozgrzebywaliśmy” szczegółowo: jak jest w książce, w filmie… Zresztą to była inspiracja do mojej pracy magisterskiej – chciałam zbadać, jak źródła literackie, muzyczne, filmowe współtworzą Larę, wpływają na to, jaka jest. Takie rzetelne, obiektywne spojrzenie na postaci powodowało, że wszyscy wcielaliśmy się w nie bardziej, z większym przekonaniem. A potem, kiedy grałyśmy i oglądałyśmy nawzajem swoje spektakle – każda z nas była inna, była osobną Larą. Opowiadałyśmy o niej tyle razy, zgadzałyśmy się z naszymi przemyśleniami, jednak wokół wspólnego rysu, szkieletu postaci każda nabudowała własną. Ciekawym doświadczeniem było też zobaczenie siebie nawzajem po roku – nie mogłam uwierzyć, jak nasza postać się rozwinęła w różnych interpretacjach. To jest właśnie najpiękniejsze – nigdy nie jest tak samo, zawsze następuje jakaś zmiana. Uwielbiam to analizować, mogłabym jeszcze długo… (śmiech).

Aktorzy wypowiadają się o wspomnianym Jakubie Szydłowskim bardzo pozytywnie…

Miałam przyjemność pracować z nim dwa razy i za każdym razem taką lekcję przyjęłam od tego człowieka, jakbym wyjechała na jakiś stypendialny kurs aktorstwa i teatru muzycznego. Kuba potrafi tworzyć niezwykłe rzeczy, a dzięki temu, że jest doświadczonym aktorem, ma jeszcze większą wiedzę, jak z nami pracować i nas inspirować.

Zagrałaś sporo ról, o których marzą aktorki musicalowe – Marię Magdalenę, Fantynę, Ellen. Współpracujesz z najlepszymi teatrami w Polsce. Jakie kolejne wyzwania stawiasz przed sobą?

Znowu wracam do lekcji, którą przeżywamy teraz, przy okazji pandemii. Nieposkromiony apetyt i ambicja odsuwają nas od „tu i teraz”. Im więcej się ma, tym więcej się pragnie. Warto sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego się tego chce i czy na przykład można chcieć jednocześnie dużo, nie czekając na więcej. To piękne, że może być tak, jak jest teraz. Jestem otwarta na to, co może się zdarzyć, ale nie gnam za tym z wywieszonym jęzorem, ze szkodą dla siebie, swojego zdrowia. Jeżeli przyjdzie jeszcze jakiś sukces, to wspaniale, będę wdzięczna. Ale jeżeli nie? Nie obrażę na moje życie, bo i tak jest wspaniałe.

Często jest w nas takie oczekiwanie na to, że kiedyś będziemy szczęśliwi. Ale dlaczego kiedyś? Przyszłość to niewiadoma. Chcę być już teraz zadowolona z tego, że osiągnęłam. Nie chodzi o to, by osiąść na laurach i nic nie robić, nie rozwijać się. Ale można powstrzymać ten niezaspokojony apetyt, żeby nie było tak, że już nic go nie zaspokoi – nawet wyjazd na Broadway.

Musical łączy w sobie różne gatunki muzyczne. Czy jest coś, czego byś nie zaśpiewała?

Jak powiedział ostatnio Adam Sztaba, muzyka jest jedna. Jestem na nią otwarta. Oczywiście gdyby ktoś mi kazał śpiewać disco-polo (śmiech), musiałabym wejść w postać… Ale uważam, że nie ma takich rzeczy, których zaśpiewania bym odmówiła. Jestem otwarta na klasykę, klasyczną emisję, na jazz, blues, na szerokie broadwayowskie śpiewanie, belty (rodzaj techniki wokalnej). Cały czas odkrywam różne techniki, które pokazują, że głos może być różny. Im bardziej rozmaity i bardziej sprawnie poruszający się w różnych stylach, tym lepiej. Musical nie zamyka w szufladce i za to też go kocham. Kiedy wydaje się, że już wszystko wiem, dostaję nowy materiał, muszę zaśpiewać znowu coś innego – i dzięki temu ciągle się uczę.

Grasz w wielu teatrach w całej Polsce. Który z nich jest Ci najbliższy?

Odpowiem bardzo dyplomatycznie (śmiech). Byłam bardzo niezdecydowana, jeśli chodzi o to, gdzie chcę być i które miejsce jest moje, dlatego wybrałam takie koczownicze życie. Może to zabrzmi zuchwale, ale byłam tak głodna różnych doświadczeń, że chciałam spróbować wszystkiego i się nie ograniczać. Dlatego jeździłam na castingi do różnych teatrów. To czasem powodowało problemy, bo np. premiery „Nędzników i „Doktora Żywago” były w podobnym okresie, więc bywało, że próby się pokrywały, ale zawsze starczało mi energii, żeby wszystko pogodzić. Oczywiście ponosiłam ogromne koszty – robienie dwóch rzeczy naraz nigdy nie jest łatwe. Ale poznanie różnych środowisk, zespołów było tak inspirujące, że nie umiałabym wybrać. Uwielbiam to zróżnicowanie w życiu artystycznym. Mogę odpocząć od jednego spektaklu, wejść w inną postać, a potem wrócić – i to sprawia, że ewoluuję, staję się lepsza, a postaci, które gram uczą się od siebie nawzajem (śmiech). Chyba za to jestem najbardziej wdzięczna.

Co daje ten zawód, a co zabiera?

W książce Elizabeth Gilbert „Wielka magia” pojawia się pewna teoria: jeżeli twoja pasja jest tak ogromna, że pomimo tego, że cię boli, jesteś chora, tracisz część życia prywatnego, dalej w nią brniesz – znaczy, że to dobry wybór. Kiedyś to do mnie nie trafiało, wyobrażałam sobie, że moje życie to jedno, a pasja jest dodatkiem. Ale na pewnym etapie okazało się, że kosztuje mnie ona bardzo dużo i muszę sprawdzić, czy na pewno jest tego warta.

Ten zawód wiele zabiera. Ale daje tyle spełnienia, że nie oddałabym tego za nic. Zdaje mi się, że dzięki wielości przeżyć, których doświadczyłam, moje życie nie trwa trzydzieści lat, ale jakieś sześćdziesiąt.

Czy kobietom jest w tym zawodzie trudniej niż mężczyznom?

Zdecydowanie tak. Po pierwsze jest nas w musicalu więcej, a wśród głównych ról dominują męskie – chociażby w „Jesus Christ Superstar” (śmiech). Druga kwestia to sprawy domowo-rodzinne. Jednak zdaje mi się, że coraz częściej łamiemy stereotypy, a mnóstwo moich koleżanek świetnie łączy rolę mamy i pracę zawodową – choć to niełatwe.

Nie tracę nadziei, że w musicalu będzie coraz więcej ról kobiecych. Oczywiście nie chodzi o jakieś wykluczanie. To nie byłoby dobre, teatr potrzebuje obu płci, trzeba współistnieć, współgrać ze sobą. Ale większy wybór byłby ciekawą opcją.

Opowiedz o współpracy z Piotrem Rubikiem.

Nie zapomnę chwili, kiedy odebrałam od niego telefon w Kościelisku. To był 2015 rok. Piotr przedstawił się, a ja przez parę dobrych sekund nie mogłam uwierzyć, z kim rozmawiam. Okazało się, że znajoma mu o mnie powiedziała. Zaprosił mnie na próbę, a potem na nagrania do utworu „Miłość to słowa dwa”.

Cztery trasy koncertowe z Piotrkiem po Stanach Zjednoczonych to moje najważniejsze doświadczenie estradowe. Zawsze postrzegałam siebie jako aktorkę musicalową, teatralną. Współpraca z nim pokazała mi, że mogę być również wokalistką koncertową, że potrafię śpiewać z ogromnym chórem, solistami i też się w tym odnajduję.

A jak znalazłaś się w obsadzie dubbingowej „Krainy Lodu 2”?

To kolejna niezwykła historia. Od dawna bardzo chciałam spróbować sił w dubbingu, ale nie wiedziałam, od czego zacząć… Trochę też brakowało mi odwagi, żeby udać się na casting. Odłożyłam temat i wyjechałam na wakacje. Kiedy wróciłam i sprawdziłam skrzynkę odbiorczą, znalazłam w niej wiadomość od reżyserki dubbingowej z zaproszeniem na casting, który wygrałam. Nie mogłam w to uwierzyć!

To wydarzenie może być potwierdzeniem mojego motto, że czasem warto odpuścić, nie o wszystko trzeba się szarpać. Być może coś wydarza się wtedy, kiedy ma się pojawić. Bywa, że efekty naszej pracy są inne niż się spodziewaliśmy albo pojawiają się później. W swoim czasie.

Stworzyłaś fundację MUSICAMP i Dom Pracy Twórczej „Kosówka”. Jak postrzegasz ich rolę?

Pomysł warsztatów musicalowych MUSICAMP pojawił się jeszcze w trakcie studiów na Amuz w Gdańsku. Razem z ludźmi z mojego roku chcieliśmy, jadąc razem na wakacje, pokazywać, że musical jest super, zarażać nim innych. Najpierw zaprosiliśmy na warsztaty dzieci, które brały udział w musicalu „Dźwięk muzyki” w Gliwickim Teatrze Muzycznym, potem inne znajome osoby. Spotkania zaczęły być organizowane cyklicznie, właściwie dla tych samych dzieci, które wracały do nas co roku. Stworzyliśmy taką musicalową rodzinkę. Czasami robiliśmy też warsztaty zimowe, bardziej kameralne. Ta działalność pokazała mi, że mogę się spełnić w innej roli; być organizatorem, instruktorem i – może to zabrzmi górnolotnie – osobą, która inspiruje innych.

Dom Pracy Twórczej to pomysł, który tlił się we mnie od dawna. Zawsze miałam ochotę stworzyć miejsce, w którym będzie można jednocześnie odpocząć, skupić myśli, ale też działać kreatywnie. Mieszkam drugi rok w Warszawie i doświadczam tego, że kiedy przyjeżdżam do Kościeliska, mogę się wyciszyć, znaleźć odpowiedzi na pytania, na które nie ma czasu i przestrzeni w wielkim mieście i pędzie. W Domu Pracy Twórczej umożliwiamy odpoczynek ludziom, którzy chcą przyjechać do pięknego miejsca. Mogą pójść w góry, odetchnąć. Ale mogą też działać kreatywnie, robić próby, pracować nad swoimi pomysłami. Na wakacje zaplanowałam w „Kosówce” warsztaty wokalne, m.in. master class dla moich uczennic. To już osoby bardziej zaawansowane, świadome, czego chcą, pracujące nad głosem, które chcą się zagłębić w technikę i interpretację na wyższym poziomie.

Fot. Piotr Komoń

Życzenie na zakończenie?

Mam takie: chciałabym, żebyśmy odrobili lekcję z wirusa. Byśmy, gdy wrócimy do pracy – w teatrze czy gdziekolwiek indziej – mieli świadomość, że nic się nie stanie, jak się na chwilę zatrzymamy. I że możemy to zrobić w dowolnym momencie; żeby zapamiętać ten stan wyciszenia. Wydaje mi się, że dzięki temu będziemy szczęśliwsi, spokojniejsi, a nasze życie pełniejsze. To jest moje życzenie.

Oficjalne profile artystki:

Zaszufladkowano do kategorii WYWIADY | Możliwość komentowania Zawsze można się zatrzymać została wyłączona

Hadestown

Tej historii bieg…

„Hadestown” to musical nawiązujący do greckiego mitu o Orfeuszu i Eurydyce. W tej wersji opowieści akcja rozgrywa się w postapokaliptycznej rzeczywistości, dla której wizualną inspiracją stała się epoka Wielkiego Kryzysu.

Orfeusz, muzyk o marzycielskim usposobieniu, poznaje niezależną Eurydykę, oswojoną z trudami życia i samotnością. Zakochuje się i prosi ją o rękę. W tym świecie jednak jemu daleko do bycia królem Tracji, a ona nie jest leśną nimfą. Oboje ledwo wiążą koniec z końcem. Eurydyka ma wiele wątpliwości, pragnie stabilizacji i bezpieczeństwa. Jednak ostatecznie, zakochana w Orfeuszu, decyduje się złączyć z nim swe losy.

Paralelnie do opowieści o młodych zakochanych ukazana jest historia Hadesa i Persefony. On – właściciel ogromnego podziemnego kombinatu – Hadestown – nazywa jego pracowników swymi dziećmi, ale w istocie sprawuje nad nimi całkowitą, totalitarną kontrolę. Jest zimny i bezduszny. Mimo to w sercu jego żony – bogini wiosny Persefony – wciąż tli się uczucie dla niego, chociaż ich relacja z roku na rok staje się trudniejsza, a ona topi smutki w alkoholu.

Pewnego dnia Eurydyka, skuszona wizją lepszego życia, za namową Mojr – bogiń ludzkiego losu i samego boga podziemi decyduje się podjąć pracę w Hadestown. Nie wie jeszcze, że kontrakt, który podpisała, odbierze jej prawo do stanowienia o sobie, że stała się własnością Hadesa.

Zrozpaczony Orfeusz postanawia odzyskać ukochaną…

Czy pan to wie, czy pani wie – czyli skąd się wziął „Hadestown”?

„Hadestown” to musical autorstwa Anaïs Mitchell, wokalistki, autorki tekstów i kompozytorki, którą branżowa prasa określa mianem folkowej.

Pierwotna wersja spektaklu po raz pierwszy została wystawiona w 2006 roku w Barre, niewielkim miasteczku w stanie Vermont, a w obsadzie pojawili się lokalni artyści. Było to przedstawienie amatorskie (sama autorka podkreśla, że zrealizowano go w stylu „zrób to sam”). W 2010 roku na podstawie musicalu Mitchell stworzyła concept album.

W 2012 roku Anaïs Mitchell wraz z reżyserką Rachel Chavkin rozpoczęła pracę nad nową wersją musicalu. Powstało 15 świeżych utworów, a także nowe dialogi. Ta wersja pojawiła się na Off-Broadwayu w maju 2016 roku. W 2018 roku „Hadestown” został wystawiony w Londynie. W marcu 2019 roku odbyły się pierwsze spektakle przedpremierowe na Broadwayu, a 17 kwietnia miała miejsce premiera. 12 marca 2020 roku wystawianie musicalu zostało zawieszone ze względu na sytuację związaną z pandemią.

„Hadestown” otrzymał 14 nominacji do Tony Awards za rok 2019 i ostatecznie zgarnął ich osiem, m.in. te dla najlepszego musicalu i najlepszej muzyki. Otrzymał tez nagrodę Grammy w kategorii najlepszego albumu musicalowego.

Bibliografia:

https://en.wikipedia.org/wiki/Hadestown

https://en.wikipedia.org/wiki/Ana%C3%AFs_Mitchell

Ścieżki dźwiękowej z musicalu można posłuchać na youtube. Warto zacząć od:

„All I’ve Never Known”:

„Way Down Hadestown”:

„Wait for Me”:

 „Why We Build the Wall”:

„Our Lady of the Underground”:

Zaszufladkowano do kategorii MUSICAL - NOTKI | Możliwość komentowania Hadestown została wyłączona

Jeszcze będzie „prawie normalnie”?

W trylogii „Niezgodna” Veroniki Roth, intrygującej dystopijnej wizji przyszłości, pojawia się motyw serum pamięci. Wypijając je, zapomina się o wszystkim, także o cierpieniu i bólu, których się doświadczyło. Jednak preparat sprawia też, że znikają wspomnienia związane z najbliższymi. Nie rozpoznaje się ich twarzy, nie pamięta się, kim byli.

Co jest lepsze? Życie bez wspomnień, rozpoczęcie od nowa z czystą kartą, czy posiadanie ich ze świadomością, że nieodłącznym ich elementem jest rozpacz? Podobno cierpienie kształtuje – ale czy można mówić o jego budującej roli, kiedy wpływa na życie całej rodziny dzień po dniu, zmieniając ją na zawsze?

Ból od kilkunastu lat towarzyszy Dianie Goodman, głównej bohaterce „Next to Normal”. Towarzyszy też jej rodzinie. Wszystko jest „prawie normalne”: rozmowy z zapracowanym mężem, szykowanie kanapek do szkoły, marudzenie na nastoletniego syna, bo znów za późno wrócił, narzekanie na córkę, która tak bardzo dąży do doskonałości, że nie ma czasu na bycie zwykłą nastolatką. Jednak w tej „prawie normalności” drga nieustanne napięcie. U Diany zdiagnozowano chorobę afektywną dwubiegunową.  Polega ona na – mówiąc skrótowo – skrajnych wahaniach nastroju: od stanów depresyjnych do okresów hiperaktywności. Życie rodziny to oczekiwanie na następny atak, obserwowanie z bliska huśtawki emocji, wizyty u specjalistów, pobyty w szpitalu, kolejne propozycje leczenia. Jak znaleźć „normalność” w takiej codzienności?

„Next to Normal” z librettem Briana Yorkeya i muzyką Toma Kitta powstał w 2008 roku, a dwa lata później został uhonorowany Nagrodą Pulitzera w dziedzinie dramatu – jednym z najważniejszych wyróżnień literackich. W świecie musicalu stał się niewątpliwie sensacją ze względu na niełatwą tematykę połączoną ze sporą dawką rockowych brzmień.

Wersja zrealizowana w Teatrze Syrena przez Jacka Mikołajczyka (równocześnie autora  świetnego przekładu) to ascetyczne w formie dzieło, spektakl ważny, mądry, poprowadzony z wyczuciem od pierwszej do ostatniej sceny. Z jego surową strukturą współgra prosta scenografia Mariusza Napierały, składająca się głównie z metalowych rusztowań i schodów tworzących geometryczną przestrzeń dla skomplikowanych emocji. Nie można nie wspomnieć o Tomaszu Filipczaku; pod jego kierownictwem muzycznym i batutą kilkoro muzyków potrafi czarować łagodnymi dźwiękami rockowej ballady, a po chwili stworzyć potężną ścianę dźwięku, jak na koncercie.

Koncertem gry aktorskiej można określić też to, co dzieje się na deskach teatralnych. To jest tak mocne, szczere i prawdziwe, że ma się wręcz niekomfortowe uczucie podglądania czyjegoś życia.

Katarzyna Walczak jako Diana Goodman ma niewątpliwie najtrudniejsze zadanie, bo prawie nie opuszcza sceny. Tworzy kompletną postać kobiety, matki i żony zmagającej się z chorobą. Buduje ją ze zwykłych czynności, jak smarowanie kanapek, z drobnych gestów wobec dzieci i męża. Ukazując stany  depresyjne i epizody nadaktywności, nigdy nie przerysowuje swojej bohaterki. Patrzy się na nią ze współczuciem, ale nie z litością. Wtedy, kiedy walczy, i wtedy, kiedy się poddaje – jest stuprocentowo wiarygodna.

Bo kobieta może się „posypać” (o ile oczywiście zmieści się w akceptowanym przez społeczeństwo czasie – cztery miesiące powinny wystarczyć, prawda?). Mężczyzna musi być twardy jak skała. Może dlatego fragment, w którym „skała” pęka, jest tak wstrząsający. A może też ze względu na to, jak Dana Goodmana gra Przemysław Glapiński? „Next to Normal” okazuje się również musicalem o rolach społecznych rozpisanych na płeć i kulturę, a aktor perfekcyjnie ukazuje współczesnego mężczyznę, który „powinien sobie radzić” i nie okazywać emocji. Wycofanie i chwile zniecierpliwienia, bezradność, poczucie porażki, chęć zrozumienia i działania – wszystko ukazane jest niezwykle oszczędnie: w  spojrzeniach, pochyleniu sylwetki, westchnieniu czy oparciu rąk o blat stołu. Dan nie zawsze wie, co się dzieje, nie zawsze zna odpowiedź – ale jest obecny. Dobrze zobaczyć męskiego bohatera, który nie rezygnuje. A nawet dwóch – bo podobne cechy wykazuje Henry, chłopak Natalie. Na początku jest niefrasobliwym kolesiem z ciągotkami do ryzykownych substancji, ale w chwili próby zdaje egzamin dojrzałości i odpowiedzialności. Bardzo dobry w tej roli Michał Juraszek przekonująco pokazuje jego drogę.

Sama Natalie to młoda dziewczyna, która nie chce być już tylko kujonką i świetnie zapowiadającą się pianistką. Do typowego nastoletniego buntu dochodzi chęć zaistnienia we własnej rodzinie; przy matce, która tyle razy nie jest w stanie być obok, i przy ojcu, który tak bardzo skupia się na żonie, że córki zdaje się nie dostrzegać. Dzięki aktorstwu Weroniki Bochat-Piotrowskiej bez zastrzeżeń wierzy się w dylematy Natalie.

Z kolei Gabe, mocno związany z matką, zajęty swoim napiętym planem dnia, przemyka przez dom jak błyskawica. Czasem energia rozpiera go tak bardzo, że nie umie ustać w miejscu. Chwilami irytuje, żeby potem zaintrygować wyciszeniem i dziwną „osobnością”. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie Piotr Janusz w drugoplanowej roli Mereba w „Aidzie”. Tutaj potrafi skupić uwagę widza w sposób absolutny, jednocześnie cały czas będąc częścią wyjątkowego aktorskiego sekstetu.

To nie tylko musical o wieloletnim funkcjonowaniu rodziny w cieniu choroby. To też spektakl o tym, jak daleko może posunąć się medycyna. Czy istnieje moment, w którym należy zaprzestać leczenia? I czy taka decyzja jest klęską terapeuty? Doktor Madden uważa, że nie wolno nigdy się poddawać, a grający go brawurowo Marcin Wortmann z czasem w swoim uporze staje się nieco upiorny.

Kiedy wszystkie zasłony spadają i kruszą się mury, które utrzymywały pozory „normalności”, pozostaje zwyczajna prawda. Inaczej nie będzie. To, co boli, będzie bolało już zawsze. Można dać sobie szansę i budować na nowo – z całą świadomością, że cierpienie stanie się elementem tego, co się stworzy. A chociaż pozornie wszystko się rozpadło – pozostaje promyk nadziei.

To chyba najcenniejsze. I pewnie dlatego trudno powstrzymać łzy podczas owacji na stojąco, z teatru wychodzi się roztrzęsionym, a przez długi czas niełatwo pozbierać myśli.

„Next to Normal”, Teatr Syrena, 11 lipca 2020r.

Reżyseria – Jacek Mikołajczyk

Diana – Katarzyna Walczak
Dan – Przemysław Glapiński
Gabe – Piotr Janusz
Natalie – Weronika Bochat-Piotrowska
Henry – Michał Juraszek
Dr Madden – Marcin Wortmann

Zaszufladkowano do kategorii MUSICALE | Możliwość komentowania Jeszcze będzie „prawie normalnie”? została wyłączona

50 twarzy Franka, czyli mój pierwszy raz… w teatrze po trzech miesiącach

Czy miewacie czasem tak, że słyszycie czyjś głos i przeżywacie swego rodzaju objawienie? Coup de foudre? Wiecie, że od teraz ten głos będzie Was prześladował i chcecie go słuchać jeszcze, jeszcze i jeszcze?

Mnie się to zdarzyło po raz kolejny… Kilka miesięcy temu usłyszałam fragment próby do występu sylwestrowego w Teatrze Rozrywki. Kamil Franczak śpiewał „Writing’s on the Wall”. ŚPIEWAŁ tak, że Sam Smith naprawdę mógłby już nigdy nie wykonywać tego utworu. Widziałam Franka wcześniej w kilku przedstawieniach, wiedziałam, że ma talent i umiejętności. Ale to był właśnie ten moment – przysłowiowy grom z jasnego nieba. Dzień czy dwa później usłyszałam „Glory” Johna Legenda z prób do tego samego koncertu. Już wiedziałam, że ten głos nie da mi spokoju.

Fot. Artur Wacławek

Nic dziwnego, że na koncert „Franek śpiewa…” leciałam jak na skrzydłach. To była moja pierwsza wizyta w teatrze po trzech miesiącach, pierwszy występ na żywo po przymusowym odstawieniu. Czerwone fotele na widowni, moment, kiedy tuż przed występem gaśnie światło, podnosi się kurtyna… Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak tęskniłam. I z pewnością nie tylko ja. Radość spotkania była wyczuwalna od początku po obu stronach – zarówno na scenie, jak i wśród publiczności. Zamaskowanej i „zdystansowanej społecznie” – ale to nie przeszkadzało w wysyłaniu i odbieraniu pozytywnych wibracji.

Kamil Franczak przedstawił publiczności utwory ważne dla niego na różnych etapach życia. Starsze i nowsze piosenki ułożyły się w recital, w którym pojawiły się pytania o wolność, przemijanie i poszukiwanie siebie. Poetycka „Liryka” z tekstem K.I. Gałczyńskiego, energetyczny i radosny „Czerwony autobus”, cudowna, delikatna „Kruchość” napisana dla Franka przez Radka Michalika; niepokojący „Przyszli o zmroku” oraz nostalgiczny „Czas nas uczy pogody” – oba z wybitnymi tekstami Jacka Cygana. Wyjątkową wymowę miały dwa utwory Grzegorza Ciechowskiego: najpierw przewrotna „Mamona”, a potem „Nie pytaj o Polskę” – porażająco aktualny, z ważnymi słowami artysty przed nią i z pytaniem, które zawisło w powietrzu: Dlaczego jestem z nią?.

Wszystkie utwory zostały zaprezentowane w doskonałych, nowoczesnych aranżacjach, dzięki którym zabrzmiały świeżo i naturalnie (a przecież niektóre mają dobre kilkadziesiąt lat). Zasługa w tym też fantastycznej ekipy muzyków: wspomnianego już Radosława Michalika przy fortepianie, gitarzysty Michała Karbowskiego, basisty Jędrzeja Łaciaka oraz Bartłomieja Hermana na perkusji.

Fot. Artur Wacławek

O głównym bohaterze wieczoru, Kamilu Franczaku, nie da się pisać inaczej niż z zachwytem. Ma niezwykłą, charakterystyczną, uzależniającą barwę głosu. Jest w stanie zaśpiewać chyba wszystko. Porusza się tak, jakby muzyka grała w nim od czubków palców stóp po czubek głowy. Ma też pomysł na swoje bycie na scenie, a dzięki osobowości i wrażliwości artystycznej spina utwory z różnych epok i różnych autorów w jedną, osobistą całość. Podczas koncertu objawił się jako (nomen omen!) mistrz ceremonii, szaman i człowiek o kosmicznej energii – chwilami zdawało się, że jej nie okiełzna, że jeszcze chwila i podpali scenę.

Wyjątkowym prezentem na bis było „Lubię wracać tam, gdzie byłem”. Sporo artystów zmierzyło się ostatnio z tym utworem, znanym z brawurowego i niezapomnianego wykonania Zbigniewa Wodeckiego. Ale żadna interpretacja nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta usłyszana w czwartkowy wieczór w chorzowskim teatrze, będąca zresztą pięknym komentarzem do mojego teatralnego powrotu po trzech miesiącach.

Fot. Ania Doleba

Pierwotnie to miał być inny koncert – z utworami Marka Grechuty. Ostatni raz można je było usłyszeć w pamiętnym występie on-line w pustym Teatrze Rozrywki na początku pandemii. Niestety, ze względu na – jak napisano na stronie teatru – „roszczenia spadkobierców” recital nie mógł się odbyć. Szkoda. Czyż może być większy hołd dla wybitnego nieżyjącego artysty niż dawanie życia jego twórczości przez innego artystę, pokazywanie go współczesnej publiczności w nowych interpretacjach?

Cóż – może tak miało być? Bo, jak w tytule ostatniego utworu recitalu, wszystko na swój czas? Kamil Franczak zaprezentował inne swoje muzyczne oblicza. A długie owacje na stojąco po koncercie udowodniły, że publiczność te „50 twarzy Franka” w stu procentach zaakceptowała.

Dziękuję Kamilowi Franczakowi za udostępnienie zdjęć z koncertu.

18 czerwca 2020r., koncert „Franek śpiewa…” (Kamil Franczak – śpiew, Radosław Michalik fortepian, Michał Karbowski gitara, Jędrzej Łaciak gitara basowa, Bartłomiej Herman perkusja), Teatr Rozrywki, Chorzów

Zaszufladkowano do kategorii KONCERTY | Możliwość komentowania 50 twarzy Franka, czyli mój pierwszy raz… w teatrze po trzech miesiącach została wyłączona