W pracy aktora liczy się zespołowość

Będąc dzieckiem, nie widział świata poza piłką nożną, ale pewnego dnia odkrył, że lubi grać nie tylko na boisku. Jako piętnastolatek zaczął pracę w dubbingu – ma na swoim koncie kilkadziesiąt zdubbingowanych filmów, seriali i gier komputerowych. Jeszcze zanim osiągnął pełnoletniość, łączył występy w Śródmiejskim Teatrze Muzycznym z rolą w serialu „Prawo Agaty”. Podczas nauki w szkole teatralnej całkiem pochłonął go musical.
Widzowie znają go m.in. jako Gabe’a i Henry’ego w „Next to normal”, Zygmunta III Wazę w „Bitwie o tron”, Franza w „Rock of Ages”, Galileo Figaro w „We Will Rock You” czy Boqa w „Wicked”.

Moim rozmówcą jest Maciej Dybowski.

Fot. Kacper Mucha

Spotykamy się bezpośrednio po „tik, tik… BUM” i przyznam, że trudno mi przestawić się od razu w tryb wywiadu, bo wciąż buzują we mnie emocje… To mój pierwszy spektakl w tym roku.

Mój też!

Naprawdę? Zupełnie tego nie było widać! A „tik, tik… BUM” jest bardzo precyzyjnie skonstruowany i wymaga od aktorów dużej uważności w każdym momencie.

Prawda. Ale to też spektakl, w którym są idealnie odmierzone proporcje: momenty trudne, refleksyjne przeplatają się z tymi mającymi dać odbiorcy oddech – po to, by znowu uderzyć w kolejnym fragmencie. Bardzo to jest dobrze wypośrodkowane – czują to widzowie, ale i my na scenie.

Joanna Kulmowa napisała wiersz „Po co jest teatr?”. Jakiej odpowiedzi udzieliłbyś na pytanie zawarte w tytule?

Odpowiem słowami, które przypisuje się Winstonowi Churchillowi. Podobno, poproszony o zmniejszenie wydatków na kulturę i sztukę kosztem działań wojennych, odpowiedział: „To po co my właściwie walczymy?” No właśnie – jaki sens ma wszystko bez sztuki?
Teatr jest po to, by uczyć, rozśmieszać, poruszać. A także, żeby przepracować coś, z czym ma się problem. Spektaklem, który na to pozwala, na pewno jest „Next to normal” w Teatrze Syrena, którego bohaterka ma chorobę afektywną dwubiegunową. Nie spodziewałem się, że otrzymamy aż tyle wiadomości od osób chorujących, które nam dziękowały, że jesteśmy w stanie wytłumaczyć innym, jak wygląda ich życie. A my przecież tak naprawdę nie mieliśmy o tym pojęcia! Podczas realizacji spektaklu uczyliśmy się, jak ta choroba przebiega. Cieszę się, że udało nam się stworzyć coś – jak się okazuje – prawdziwego, co według ludzi dotkniętych chorobą przekazaliśmy perfekcyjnie.

Repertuar teatrów jest szeroki. Każdy może wybrać to, co w danym momencie jest mu potrzebne. Czasem będzie to czysta rozrywka, w której historia jest mniej istotna, a innym razem coś poważniejszego. Mnie najbliższy jest teatr, który porusza i uczy.

Podobno czasem zastanawiałeś się, czy nadajesz się do tego zawodu. A przecież udało Ci się już zagrać, mimo młodego wieku, kilka ważnych i ciekawych ról. Chociaż „udało się” to nie jest dobre określenie, bo zakłada zaistnienie jakiegoś fuksa. Czy teraz masz już tę pewność?

„Udało się” to bardzo dobre określenie. I „fuks” też jest odpowiednim słowem, ponieważ w tym zawodzie naprawdę wiele zależy od szczęścia: predyspozycji artysty w dniu castingu, stanu zdrowia, kondycji fizycznej i psychicznej komisji podejmującej decyzje. Jest spora ilość składowych, które mogą spowodować, że ktoś się dostanie – bądź nie – do danej produkcji.
Mówiąc to, nie chcę umniejszać znaczenia umiejętności, które nabywałem przez lata – czy to w akademii teatralnej, czy jeszcze wcześniej, a także po jej ukończeniu, bo wychodzę z założenia, że aktor powinien uczyć się całe życie. Nie da się poznać warsztatu aktorskiego od a do zet na studiach, to ciągły proces, a przy każdej roli musimy korzystać z innych narzędzi.

Mam poczucie, że teraz jest moje pięć minut. Zagrałem główną rolę w musicalu na dużej scenie ROMY, gram też na małej, dostałem się do kolejnej produkcji tego teatru – to jest sukces i moment, który warto wykorzystać. Ale praca w teatrze nauczyła mnie też, że trzeba mieć twardą głowę… oraz to drugie (śmiech), bo inaczej w tej branży niełatwo. Wiem, że dobra passa może się skończyć. Może ta „trójka z przodu”* powoduje takie myślenie? Za chwilę już nie zagram nastolatka, bo nie będę pasował fizycznie. Nie zagram ojca… Nie chodzi o to, że emocjonalność mi nie pozwoli, jestem aktorem. Ale czy będę wiarygodny w odniesieniu do sztampowych wyznaczników takiej roli? Może nie będzie dla mnie ról? Toteż mam plan B, C itd.

Moja pewność siebie na pewno się zwiększyła, jednak przychodzą chwile zwątpienia. Nie da się uciec od tego, że nieustannie podlega się ocenie – począwszy od rekrutacji do szkoły, podczas nauki, prób. Wreszcie na widowni zasiada widz i także ocenia. Do tego trzeba przywyknąć. Warto mieć wszystko dobrze poukładane w głowie i wiedzieć, że nie każdy będzie tobą zachwycony. Zawsze będą tacy, którzy powiedzą, że się nie nadajesz. Akceptuję konstruktywną krytykę. Umiejętność jej przyjmowania jest w naszym zawodzie niezwykle ważna.

„tik, tik… BUM”, Anastazja Simińska, Maciej Pawlak, Maciej Dybowski, fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA

Przeczytałam właśnie książkę „Teatr. Rodzina patologiczna” Igi Dzieciuchowicz i nie mogę nie zapytać – jakie są Twoje doświadczenia ze szkoły teatralnej?

Miałem niezwykłe szczęście. Trafiłem na wspaniałą opiekunkę roku – Ewę Konstancję Bułhak. Przez cały czas nauki w szkole nazywaliśmy ją mamą. Nie pozwoliłaby nas skrzywdzić. Dobierała nam profesorów, dzięki którym uczenie się zawodu było wspaniałą przygodą.
Szkoła teatralna przez pierwszy rok bardzo mnie przytłaczała, ale nie chodziło o nadmiar pracy czy wymagań. Obezwładniało mnie poczucie, że jestem w mitycznym miejscu dla wybrańców. Nie byłem pewien, czy tam pasuję. Zastanawiałem się, aż się okazało, że robię dyplom – czas tak szybko upłynął.
Po drodze mieliśmy doświadczenia z covidem i spowodowane nim zajęcia online w drugim semestrze trzeciego roku – chyba nikt nie wspomina tego dobrze. Natomiast nie mogę powiedzieć złego słowa na temat profesorów, którzy mnie uczyli. Cały czas w trakcie studiów współpracowałem z teatrami. Na pierwszym roku dołączyłem do obsady „Kinky Boots” w Dramatycznym, a potem już pracowałem w Syrenie. I uczelnia za każdym razem szła mi na rękę.

Mój rocznik był na tyle silny i solidarny, że stawaliśmy jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Mówiliśmy wprost, jeśli coś nam się nie podobało, i nie dawaliśmy szans na nieodpowiednie traktowanie czy tłamszenie.
Teraz każdy z nas poszedł w swoją stronę, więc nie jest łatwo się spotykać, ale na szczęście w Teatrze Współczesnym mamy wspólny spektakl, „A planety szaleją…”**. Dzięki temu widujemy się, kiedy gramy to przedstawienie.

Moje doświadczenia z akademią teatralną są pozytywne. Ale też wydaje mi się, że w ostatnich latach, po głośnych medialnych sprawach przetoczyło się mnóstwo dyskusji o przemocy w tych placówkach, zostały wyciągnięte wnioski, wprowadzono procedury i wiele się zmieniło.

„Robisz” w musicalu, który wciąż bywa przez ludzi związanych z dramatem oceniany jako gorszy. Z drugiej strony – teatry dramatyczne, widząc popularność musicali, chcą je realizować. Jak Ty to postrzegasz?

Prawie cały mój rok, poza mną i jeszcze jedną koleżanką, absolutnie nie chciał iść w musical. Większość to były osoby, które np. nie dostały się na dramat. W trakcie studiów okazało się, że na naszym kierunku można nauczyć się nie tylko dramatu, ale o wiele więcej. Aktor musicalowy może zaprezentować różne umiejętności, wykorzystać warsztat dramatyczny, ale także wokalny czy taneczny.

Może niechęć wynika z tego, że poprzedniczką musicalu w Polsce była operetka, przerysowana i opowiadająca często błahe historie? Być może te skojarzenia nadal funkcjonują. Natomiast czasy się zmieniają. Kiedyś nie do pomyślenia było, by szanowany wielki aktor zagrał w reklamie. Serial to była ujma! Teraz każdy marzy o reklamie i tasiemcu, bo one dają stabilizację finansową, która jest niebywale potrzebna.
Perspektywa czasowa pokazała, jak wielki popyt jest na musical. Jego rozwój w naszym kraju w ostatnich dwudziestu latach jest naprawdę znaczący, co nie umknęło uwagi teatrów dramatycznych. Wiele z nich ma w repertuarze przynajmniej jeden spektakl muzyczny, bo publiczność chętnie na takie produkcje przychodzi.

Jakie cechy najbardziej pomagają Ci w pracy?

Na pewno punktualność i pracowitość. Swoje nad materiałem trzeba odsiedzieć, zrobić to rzetelnie i sumiennie. Trzeba znać swoją wartość i nie dać się stłamsić, ale pokora również jest bardzo potrzebna. Przydaje się też mocna psychika.

To cechy istotne w wielu zawodach.

Tak! Bo praca aktora wcale nie jest tak skomplikowana, jak się wydaje. My po prostu musimy jak najbardziej naturalnie wejść na scenę i zagrać to, co jest w życiu.

To nie brzmi aż tak łatwo! Kiedy z perspektywy widza oglądam, że Ty jednego dnia grasz daną rolę, a drugiego zupełnie inną, i się w tym odnajdujesz – jestem pod wrażeniem.

Takie mam zadanie. Muszę mieć to dobrze poukładane: wchodzę, robię coś, cięcie. Kolejnego dnia wchodzę i robię coś innego. I znowu cięcie, żeby móc następnego dnia zagrać jeszcze inną rzecz. Jeśli czuję się niepewnie, powtarzam w myślach problematyczne dla mnie momenty, bo w każdym spektaklu jest taki newralgiczny punkt, a potem daję tyle, ile w danym dniu jestem w stanie dać, i cieszę się tym, co robię.

Podkreślasz, że ważna jest dla Ciebie wiarygodność postaci. Jak się ją buduje?

Przede wszystkim lubię obserwować ludzi. Ale nie chodzi o to, że jeśli chcę grać zamachowca, muszę takiego znaleźć i przyglądać się jego zachowaniom. Żyjemy w czasach dużego dostępu do danych, toteż można przeanalizować np. typy charakterologiczne. Podczas budowania postaci zastanawiam się, co bym zrobił, gdybym został postawiony wobec jakiegoś dylematu. Jeśli rola jest „bliżej” mnie, mogę ją przepuścić przez siebie. Ale nie przez swoje doświadczenia życiowe, bo uważam, że należy oddzielać sferę prywatną od pracy. Na pewno trzeba pewne elementy wypracować, by być na scenie wiarygodnym, a nie karykaturalnym – chyba że rola wymaga zagrania w przerysowany sposób. Przykładowo w „tik, tik… BUM” Michael jest postacią rzeczywistą, natomiast ojciec, sprzedawca słodyczy, kelner, których także gram, to wizje wykreowane w głowie głównego bohatera. Trzeba je przerysować, by dać widzowi do zrozumienia, gdzie jest granica między realnością spektaklowej rzeczywistości a wyobrażeniami Jona.

Wolisz reżyserów wymagających konkretnego sposobu zagrania danej sceny czy takich, którzy dają dużo wolności?

Zazwyczaj trafiałem na reżyserów, którzy dawali mi absolutną wolność. Taka swoboda pozwala na eksperymentowanie i samodzielne dochodzenie do sedna. Natomiast chciałbym popracować z kimś, kto miałby na mnie bardzo konkretny plan, a ja musiałbym go krok po kroku zrealizować. Ciekawie byłoby doświadczyć, jak przebiega proces zaufania takiemu człowiekowi, bo trzeba wtedy oddać się w czyjeś ręce z całkowitym przekonaniem, że ten ktoś wie, co robi.
Myślę, że najlepiej, gdy reżyser potrafi idealnie wyważyć pomiędzy swobodą a narzuceniem własnej wizji. Kiedyś przeczytałem, że najlepszy to taki, który ma na aktora pomysł i bez mówienia wprost tak nim kieruje, by pomysł został zrealizowany. Dzięki temu obie strony są zadowolone.

Jeśli dzielisz rolę z innym aktorem, więcej jest w tym współpracy czy chęci „pokazania się” i rywalizacji?

Z mojej strony nigdy nie ma rywalizacji. Jeśli pracuję z kimś po raz pierwszy, od razu, gdy się spotykamy, proszę, byśmy byli wobec siebie fair i tworzyli postać razem. Dotychczas nigdy nie było z tym problemu. Wiadomo, że role nie będą identyczne, bo każdy z nas jest innym człowiekiem. Ale nienawidzę wyścigu szczurów i nie biorę w nim udziału. Zawsze staram się, by była między nami czysta, wręcz przyjacielska relacja. Spędzamy niezliczone ilości godzin na przygotowaniach i rozmowach. Chociażby przygotowując się do roli Boqa w „Wicked” wraz z Karolem [Jankiewiczem], chyba osiemdziesiąt procent prób spędziliśmy razem, cały czas rozmawiając na temat naszej postaci i tego, jak ją widzimy. W pracy aktora liczy się zespołowość i działanie dla ostatecznego, jak najlepszego efektu.

Skoro przy „Wicked” jesteśmy – jakie to uczucie grać w jednym z najsłynniejszych musicali świata?

W tym spektaklu najważniejsze są kobiety, a my stanowimy tło (śmiech). Po „We Will Rock You”, w którym miałem ogrom materiału do wykonania i schodziłem ze sceny tylko na chwilę, by się napić, na początku miałem wrażenie, że w „Wicked” nic nie robię (śmiech). Ale potem stwierdziłem, że mniejsza rola, w której też mogę się zaprezentować, jest dla mnie dobra.

Karol Jankiewicz, Maciej Dybowski, Stephen Schwartz, fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA

Rola może i mniejsza, ale oglądał Cię na scenie sam Stephen Schwartz!

Tak, niebywałe, że był na premierze! To wielki zaszczyt, którego rzadko można dostąpić, i jedno z najwspanialszych przeżyć 2025 roku, bez dwóch zdań!

Czytałam, że bardzo mu się podobała polska wersja, więc możesz być z siebie dumny.
Wspominałeś, że jesteście zależni od upodobań widzów. Czy czasem odzywa się w Tobie chęć grania tak, aby się przypodobać publiczności?

Rola to rola, ale każdy spektakl jest inny i każdy widz jest inny. Ze sceny bardzo wyczuwalne jest nastawienie publiczności – to, czy nas od początku „kupuje”, czy nie. Jednak gra pod publiczkę to zupełnie nie moja bajka. Mam do wykonania zadanie i robię, co do mnie należy. Jestem z tych, którzy, gdy już stworzą rolę, to raczej się jej trzymają. Nie kombinuję, jeśli widzę, że coś działa. Bywają aktorzy, którzy jednego dnia robią jedno, następnego dnia coś innego… Rozumiem, jeśli wcześniej ustali się to z partnerem scenicznym. Jeśli nie, mam wtedy poczucie, że ktoś stawia wyłącznie na indywidualizm i nie myśli o zespole. To nie fair.

Czasem pojawiają się nieprzewidziane okoliczności, jak dziś…

Tak, dzisiaj byłaś świadkinią, jak osoba z publiczności wyprzedziła to, co w scenariuszu, i trzeba było z tego wybrnąć. Druga sytuacja była trudniejsza, bo na widowni znalazł się widz pod wpływem… Na szczęście obsługa panowała nad wszystkim.
Ale takie momenty pokazują, jak bardzo jeden odbiorca zachowujący się nieodpowiednio potrafi wytrącić ze skupienia pozostałych. Oni już wtedy nie patrzą, jak my gramy, tylko na niego, i denerwują się, że robi coś wbrew reszcie. Szczególnie w tak małej przestrzeni jak Nova Scena, gdzie jesteśmy bardzo blisko widowni i z każdego punktu widzimy wszystkich, od razu jest to wyczuwalne.

Twoje przygotowania do roli na dużej scenie i bardziej kameralnej wyglądają inaczej?

Nie, zazwyczaj proces przebiega tak samo. Wiadomo, że kiedy gra się w większej przestrzeni, trzeba czasem posłużyć się szerszym gestem i bardziej wyrazistą mimiką, żeby widz w przysłowiowym ostatnim rzędzie też zobaczył. Na małej scenie można być bardziej stonowanym, bo odbiorca jest bliżej. Ale raczej staram się, by te różnice nie były bardzo znaczące dla istoty spektaklu.

Potrafisz spośród dotychczas zagranych ról wybrać tę najważniejszą?

Z każdą postacią, którą zagrałem, trochę się utożsamiam. Są takie, które lubię bardziej, inne z różnych powodów nieco mniej, ale wybrać jedną byłoby trudno. Wiadomo, że np. niesamowitym doświadczeniem była możliwość zagrania Galileo Figaro w „We Will Rock You”, bo wystąpienie w tylu spektaklach dla tysiącosobowej widowni, która cię oklaskuje, to rzecz niezapomniana. Na pewno Michael z „tik, tik… BUM” jest dla mnie ważny. I obaj bohaterowie „Next to normal”, bo mam zaszczyt grać zarówno Henry’ego, jak i Gabe’a. Miałem nie wybierać, ale tak – te postaci siedzą we mnie najbardziej.

„Next to normal”, fot. Paweł Fabjański

Mówisz, że utożsamiasz się z każdym z bohaterów, a sporo ostatnio w Twoim aktorskim życiu pożegnań: w ubiegłym roku Galileo i Lucas, w tym – Henry i Gabe. Trudno się żegnać?

To zależy, z którą postacią. Przykładowo – Lucasa z „Rodziny Addamsów” nie grałem od początku. Lubiłem tę rolę, ale męczyłem się wokalnie, bo nie była dla mnie: bardziej dla barytonu, a ja jestem tenorem. Ale gula w gardle zawsze przy pożegnaniu się pojawia. Nie jestem w stanie nawet myśleć o ostatnich spektaklach „Next to normal”. Wcześniej dołączałem do obsady, np. jako Aniołek Loli w „Kinky Boots”, a to była pierwsza produkcja teatralna, w której tworzyłem postać od samego początku. Mam do tej roli ogromny sentyment. Gdyby się okazało, że ktoś jeszcze chciałby „Next to normal” wystawić, zastanawiałbym się poważnie nad pójściem na casting, żeby znowu móc w tym zagrać. To niesamowity temat! Ta sztuka jest jak kolejny gatunek: musicalowa tragedia.

Jest też ważna dla widzów, o czym mówiłeś już na początku i co pokazują reakcje na zapowiedź zejścia spektaklu z afisza.

Tak! A wiesz, jak długo widzowie się do tego spektaklu przekonywali? Zaczął się cieszyć popularnością dopiero po pandemii. Na początku publiczność niezbyt wiedziała, czego się spodziewać. Wcześniej poznała „Czarownice z Eastwick”, „Rodzinę Addamsów”, zabawne widowiska, a tu nagle spektakl o chorobie! Dopiero po pandemii, kiedy nas zamknięto i okazało się, że wszyscy, siedząc cały czas w domu, możemy mieć problemy psychiczne, ludzie zaczęli doceniać „Next to normal” i wykupywać bilety. Tak już zostało.

Skoro pożegnania, to i nowe wyzwania. Masz wymarzoną rolę?

Nie. Raczej rozglądam się, co nowego jest planowane i czy pojawia się jakakolwiek rola, do której pasuję. Oczywiście znam różne tytuły. Myślę, że gdyby ktoś wystawił u nas musical „Back to the Future”, to mógłbym zagrać Marty’ego. Kocham filmową wersję „Powrotu do przyszłości” i oglądam każdą część zawsze, gdy tylko gdzieś leci w telewizji. McFly jest mi bardzo bliski. Ale marzenie o tej roli nie jest obsesyjne. Czekam na to, co przyniesie los.

Zazwyczaj nie przekraczam takich granic, jeśli jednak pozwolisz, chciałabym zadać bardziej prywatne pytanie.

Nie ma problemu.

Jak na Twoją pracę wpływa to, że dzielisz życie z osobą, która działa w tej samej branży?

Jesteśmy z Kasią [Kanabus] razem jedenasty rok i staramy się robić wszystko, by nasze życie zawodowe nie wpływało na prywatne. Oczywiście nie jest to łatwe. Teatr jest naszą pasją, pracujemy często w tym samym miejscu, więc nawet jeśli danego wieczoru nie gramy razem spektaklu, i tak zawsze pytamy się nawzajem, czy wszystko było ok, czy były jakieś wpadki (śmiech).
Wiadomo, że jeśli w konkretnym przedstawieniu mamy wspólne sceny, musimy je przepracować i to jest zawsze ciekawe doświadczenie. Ale też wiemy, że kiedy zwracamy sobie nawzajem na coś uwagę, zdecydowanie szybciej gniewamy się na siebie niż gdyby ktoś z zewnątrz coś nam wytknął. Zdajemy sobie sprawę, że lepiej tego nie robić; to taka ostateczna ostateczność (śmiech).
Jednak bardzo się wspieramy i wiemy, że jedno za drugim w ogień wskoczy.

A czy w Twoim środowisku zawodowym można liczyć na szczerą przyjaźń?

Można. Jednak musi ona być poparta mnóstwem spędzonego razem czasu, wspólnotą przeżyć i dużą dozą zaufania. Czasem nie jest łatwo, kiedy np. razem z przyjacielem staje się do castingu, jeden się dostaje, a drugi nie. Takie rzeczy trzeba przepracować, jest to do zrobienia. Myślę, że ta prawdziwa przyjaźń nie jest częsta, ale może się wydarzyć.

Fot. Kacper Mucha

Pracujesz z młodymi ludźmi na warsztatach w Teatrze Syrena czy podczas Musicampu. Co Twoim zdaniem możesz im dać?

Pracuję nie tylko z młodzieżą, ale także z osobami w moim wieku i starszymi. Na początku się tego bałem, bo nie wiedziałem, czy będę potrafił przekazać wiedzę; nie mam przecież wykształcenia pedagogicznego. Jedyne, co mogę robić, to korzystać z własnych doświadczeń. Tak też postanowiłem pracować. Przez pierwsze lata opracowałem pewien system, który chyba się sprawdza, bo jestem zapraszany do prowadzenia kolejnych warsztatów aktorskich czy dubbingowych. Odnalazłem w tym działaniu część siebie, sprawia mi ono ogromną przyjemność i daje mnóstwo satysfakcji. Bardzo ciekawa jest praca z dorosłymi. Nie przypuszczałem, że jest tak dużo osób chcących sprawdzić, jak musicalowy świat wygląda od strony sceny.

Przy okazji mogę powiedzieć, że postanowiłem pójść krok dalej i zacząć działać na własną rękę. Już niebawem pojawi się propozycja warsztatów sygnowanych moim imieniem i nazwiskiem, Będzie to formuła, jakiej obecnie jeszcze nie ma na rynku. Szczegółów na razie nie zdradzam, ale… warto obserwować moje social media. Mam nadzieję, że ten pomysł zainteresuje ludzi.

To znaczy, że rok zapowiada się pracowicie. Robiłeś jakieś postanowienia?

Tak, muszę wziąć się za siebie. Bo nagle się okazało, że w wieku trzydziestu lat moja ochronna tarcza nieśmiertelności została bardzo mocno naruszona i że człowiek nie regeneruje się już tak szybko! (śmiech)

W takim razie życzę Ci dotrzymania postanowień, a także zdrowia i sił na realizację wszystkich planów. Trzymam kciuki i dziękuję za rozmowę.

Bardzo dziękuję.

*„Trójka z przodu” – utwór z musicalu „tik, tik… BUM” w reżyserii Wojciecha Kępczyńskiego, prezentowany na Novej Scenie Teatru Muzycznego ROMA, opowiadający o zbliżających się trzydziestych urodzinach głównego bohatera
** „A planety szaleją… (Młodzi w hołdzie Korze)” – spektakl w reżyserii Anny Sroki-Hryń, prezentowany w Teatrze Współczesnym w Warszawie

Oficjalne profile artysty:

fb-share-icon

Dodaj komentarz