„Wreszcie”… idę po swoje

Posiadaczka jednego z najbardziej niezwykłych głosów w tym kraju. Jazz, pop, soul, blues – żaden gatunek nie jest dla niej zbyt wielkim wyzwaniem. Kiedy opowiada o swojej pracy, nie ma wątpliwości, że to jej życie i pasja. Chociaż wydaje się niezwykle silna, twierdzi, że czasem, stojąc przed lustrem, musi przekonywać samą siebie, że da radę. Ale nie boi się mówić o swoich marzeniach. Inspirująca, odważna, wszechstronna, piękna – Karolina Leszko!

Jakie to uczucie – mieć wreszcie w rękach wymarzoną własną płytę?

Fot. Maciej Gas, projekt okładki: Antek Korzeniowski

Ciśnie mi się na usta angielskie „I’m speachless”. Śniłam o niej przez lata, dłuuugo trwało, zanim się pojawiła, po drodze pokonałam mnóstwo trudności… Moi bliscy widzieli, ile walka o nią kosztuje mnie czasu, wysiłku i pieniędzy, jaki to stres, ilu rzeczy sobie odmawiam. Nie do końca rozumieli, dlaczego tak się poświęcam. Mówili, że przecież dokonałam już tylu rzeczy na scenie, że swoją twórczość mogę udostępniać w streamingach, a poza tym kto dziś kupuje płyty? Po wydaniu „Wreszcie” dostałam wiadomość od siostry – powiedziała, że dopiero teraz rozumie, dlaczego tak mi zależało i że zrobiłam coś niesamowitego.
Dla mnie dzień ukazania się płyty – 14 września ubiegłego roku – był najszczęśliwszym w życiu! I gdyby ktoś zapytał mnie, czy chciałabym cofnąć czas, żeby wydać mniej pieniędzy, popełnić mniej błędów, mówię stanowczo – nie! Potrzebowałam tych wszystkich upadków, dni zwątpienia, by tym bardziej docenić, co osiągnęłam. Jestem z siebie dumna – zrobiłam kawał dobrej roboty, wartej każdych pieniędzy i każdych łez. To, jak płyta zostanie przyjęta, już ode mnie nie zależy. Ale kiedy zdarza mi się słuchać „Wreszcie” w samochodzie (to chyba jeszcze nie narcyzm) lub gdy widzę ją na półce w Empiku, myślę sobie – „Leszko, you did it!”. To mi daje siłę, by dalej działać.

Ile wspólnego ma płyta, którą wydałaś, z pierwotnymi założeniami?

Kiedy zaczynałam, śpiewałam w krakowskich klubach, oraz – przez dwanaście lat – na weselach. Każdą sobotę przez siedem miesięcy w roku. I wciąż mówiłam, że chcę wydać płytę, ale tak naprawdę nic nie robiłam w tym kierunku. Tak, teraz już wiem, że sama się nie wyda! (śmiech).
Minęło siedem lat, odkąd podjęłam decyzję, że chcę zaprezentować światu własną twórczość. Powoli zbierałam piosenki, ale bardzo długo wstydziłam się je pokazywać. Wiem, że nie jestem Osiecką ani Szymborską. Uważam, że piszę piękne melodie – wszystkie na płycie są moje – ale trudno mi ubrać myśli w słowa tak, bym była zadowolona. Tym bardziej się cieszę, że współautorem tekstów jest Kamil Franczak, bo każdy tekst dotknięty przez niego brzmi lepiej. On ma do tego dryg. Współautorką jednej z piosenek jest też Basia Janyga – swoim talentem wybawiła mnie z impasu, w który przy tym utworze wpadłam.
W każdym razie – wreszcie się zdecydowałam, ale to nie znaczy, że poszło gładko! (śmiech).

Pierwsza wersja płyty powstała kilka lat temu. Miała piękne aranże, chociaż zupełnie inne od tych, które są na wydanym krążku. Niestety, po drodze pojawiła się pandemia, która wiele zmieniła. Wiedziałam, że nie wydam płyty w takiej formie, w jakiej planowałam. Doszłam do wniosku, że muszę wymyślić ją na nowo albo nie powstanie wcale. Zapytałam Dawida Makosza, czy zechce przejrzeć te numery, zobaczyć, co można z nimi zrobić. Zgodził się. Zdarzało się, że wysyłałam mu coś, a on wywracał to do góry nogami tak bardzo, że pierwsze moje wrażenie było: OMG! Po każdym kolejnym przesłuchaniu pisałam mu, że to najlepsza wersja, jaką w życiu słyszałam!

Niektóre utwory ewoluowały tak bardzo, że na płycie można usłyszeć ich trzecią albo czwartą wersję. Ale dziś jestem pewna, że potrzebowały czasu, który upłynął. Wiem, że brzmią dokładnie tak, jak chciałam, żeby brzmiały.
My, ludzie, ciągle się zmieniamy. Gdybym robiła je te parę lat temu, z pewnością byłyby inne. Za pięć lat być może wybrałabym inne piosenki, które teraz wciąż leżą w szufladzie i czekają na swój czas. Te, które trafiły na płytę w takiej formie – są idealne na ten moment.

Fot. Magda Kaczmarek

Dla kogo jest Twoja płyta?

To pytanie pojawiło się, kiedy opracowywaliśmy kwestie techniczne i budżet – przy takich okazjach określa się odbiorcę docelowego. Od razu pomyślałam, że wiem, dla kogo jest – dla kobiet takich jak ja, trzydzieści-czterdzieści plus, które mają za sobą trudne rozstania, zawody miłosne. Nie odkrywam żadnej Ameryki. Ale prawdą jest, że po koncertach przychodzą do mnie dziewczyny, kobiety, i mówią, że kiedy słuchają danego utworu – mają przed oczami siebie. To cudowne, bo oznacza, że udało mi się wyrazić uniwersalne doświadczenia wielu kobiet. Tak, mój target to kobiety trzydzieści-czterdzieści plus, które ciągną ze sobą na koncert swoich partnerów (śmiech).

W przypadku Twoich utworów najpierw powstaje melodia czy tekst?

Nie umiem pisać ani samej muzyki, ani słów – zawsze dzieje się to równocześnie. Bardzo inspirujące są dla mnie książki. Czasami zapisuję sobie z nich cytaty. Utwór „Oboje wiemy” napisałam na bazie pewnej myśli z książki. Obudziłam się o wpół do trzeciej w nocy i zaśpiewałam cały do dyktafonu.
Kiedy przychodzi mi do głowy melodia, włączam dyktafon i nagrywam. Zdarzyło mi się przed snem nucić jakąś melodię z tekstem – pomyślałam, że zapiszę ją rano, ale wtedy już jej nie pamiętałam. Tyle pięknych piosenek mogłoby powstać, a nie powstały, bo nie chciało mi się wstać z łóżka po telefon! (śmiech).

Byłabyś w stanie napisać tekst albo piosenkę na podstawie opowiedzianej przez kogoś historii?

Zdarzyło się, że ktoś mnie o to poprosił. Nigdy mi się to nie udało. Nie umiem wejść w czyjąś rolę, sytuację, ciało. Poza tym, kiedy już zaczynałam coś pisać, to stawało się tak moje, że nie chciałam tego oddać. Ale – chociaż na mojej pierwszej płycie nie ma ani jednego utworu, którego bym nie dotknęła w warstwie muzycznej lub tekstowej, to jeśli chodzi o drugą… Gdyby ktoś mi podarował piosenkę, piękny tekst z piękną muzyką – przyjęłabym ją z wielką przyjemnością.

Co Cię inspiruje jako artystkę?

Powiem banalnie – życie. Teksty odbijają to, co mnie otacza. Moją codzienność, wspomnienia, rozterki, związki, zawody miłosne i szczęśliwe chwile, momenty z rodziną i przyjaciółmi. Muzycznie na pewno udzielają mi się brzmienia, których słucham. Aretha Franklin, Etta James… Np. „Sen” to dowód, że miałam ewidentnie czas na Ettę.

Trochę mi już odpowiedziałaś na pytanie, czego słucha Karolina Leszko.

Słucham bardzo różnych rzeczy. Kocham Michaela Bublé, wspomniane Arethę i Ettę. Uwielbiam Celine Dion i Adele. Jeśli chodzi o polską muzykę, bardzo cenię Natalię Kukulską. Lubię też słuchać muzy z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – tańczę do niej, kiedy sprzątam. Nie jestem zbyt osłuchana z tym, co aktualnie modne w muzyce – takie utwory puszczają mi przyjaciółki, kiedy jesteśmy razem na wakacjach. Jeśli chodzi o nowe rzeczy, słucham płyt moich przyjaciół – Kasi Dereń, Franka (Kamila Franczaka).
Ale ponieważ w pracy ciągle jestem otoczona muzyką, bywa i tak, że poza nią spędzam czas w ciszy.

Odnajdujesz się w różnych gatunkach, a Twoja płyta, jak sama mówisz, jest bardzo eklektyczna. A co najbardziej lubisz śpiewać?

Oczywiście uwielbiam śpiewać własne piosenki i cieszę się, że mogę swoją twórczość prezentować na koncertach. Ale wszystkiego nauczyłam się na coverach i bardzo je lubię. Zdecydowanie wolę śpiewać po angielsku niż po polsku – lepiej mi się te piosenki „układają w paszczy” (śmiech). Lubię „duże” utwory, które są wyzwaniem – piosenki Celine Dion czy Whitney Houston. Kocham śpiewać z orkiestrami.
Jakiś czas temu przy okazji promocji „Wreszcie” spotkałam się z dziewczyną, która wygrała nagrodę w postaci spędzonego ze mną dnia. Spacerowałyśmy po Krakowie i pokazałam jej kluby, w których śpiewałam z towarzyszeniem pianina. Oczywiście to też jest wspaniałe, ale przypomniało mi się, że w tamtych czasach marzyłam o występowaniu z orkiestrami. Teraz śpiewam w filharmoniach, mając za plecami wspaniałe orkiestry pod batutą doskonałych dyrygentów. Mam wielkie szczęście.

Zawsze byłaś przekonana, że śpiewanie jest tym, co chcesz robić w życiu?

Tak, bo przecież nic innego nie umiem! (śmiech). Ok, mogłabym być zawodowym kierowcą, uwielbiam prowadzić. Ale dziękuję losowi za głos i możliwość rozwijania swoich umiejętności. Przeraża mnie, kiedy czytam w Internecie wypowiedzi ludzi, którzy piszą w poniedziałek: byle do piątku. Chcą, żeby pięć dni na siedem im przemknęło, bo tak bardzo nie lubią swojej pracy. A przecież to jedna trzecia życia!

Fot. Maciej Gas

Wracając do pytania – na pewno od bardzo dawna wiedziałam, że chcę śpiewać! Mimo że moi rodzice zawodowo nie są związani z muzyką, w domu słuchało się jej bardzo dużo, mama od dziecka nas nią karmiła.
Po maturze postanowiłam złożyć dokumenty do Akademii Muzycznej w Katowicach, Jednak wiedziałam, jaki tam jest poziom i ilu chętnych. Nie byłam pewna, czy się dostanę, toteż jednocześnie postanowiłam zdawać na pedagogikę szkolną i wczesnoszkolną w krakowskiej Akademii Pedagogicznej. Wyobrażasz sobie mnie na takim kierunku? (śmiech). Ale tam, poza egzaminem pisemnym, było śpiewanie, klaskanie i tupanie, więc poszłam (śmiech). Dostałam się i tu, i tu, a ponieważ nadal nie byłam pewna, jak się ułoży w Katowicach, przez trzy miesiące ciągnęłam oba kierunki.
W końcu stwierdziłam, że pedagogika jednak nie jest dla mnie (śmiech) i postawiłam na Katowice. Był to wydział Jazzu i Muzyki Estradowej.* Wcześniej niezbyt orientowałam się w jazzie. Na egzamin wstępny przygotowałam piosenki bardziej „estradowe”, śpiewałam m.in. „Embarras” Ireny Santor. Na pierwszym roku poznałam koleżankę, Marcelinę Stoszek, i to właśnie ona w ten piękny świat jazzu mnie wprowadziła. Zaczęłam poznawać jego tajniki i wsiąknęłam. Studia utwierdziły mnie w tym, że chcę śpiewać zawodowo.

Przełomowym momentem okazał się rok 2009. Zgłosiłam się na Festiwal im. Marka Grechuty „Korowód” w Krakowie. Wraz z moim pianistą wymyśliliśmy nowe, piękne aranżacje do utworów „Gdziekolwiek” i „Śpij, bajki śnij”. A kiedy przyszedł dzień konkursu, okazało się, że mam zapalenie krtani. Byłam ostatnia na liście, ale organizatorzy zgodzili się, bym zaśpiewała jako pierwsza, bo czułam, że z każdą kolejną godziną tracę głos. Zdobyłam Grand Prix! To było wielkie wyróżnienie. Potem zapraszano mnie jako laureatkę na kolejne festiwale, miałam możliwość śpiewania z zespołem Anawa, stania na jednej scenie z legendami – Krystyną Prońko czy Grażyną Łobaszewską. Śpiewałam w warszawskiej Sali Kongresowej, w Operze Krakowskiej. Paweł Piątek, pianista ostatniego składu zespołu Anawa, zaproponował, żebyśmy wspólnie nagrali płytę z piosenkami Marka Grechuty. Tak powstały „Ścieżki przedeptane”, które, nie ukrywam, naznaczyły moje życie zawodowe i ostatecznie potwierdziły, że chcę się zająć śpiewaniem profesjonalnie. Spełniłam marzenie, płacą mi za pasję – czego można chcieć więcej?

Jakie wartości wyniesione z domu pomogły Ci w artystycznej drodze?

Odpowiem trochę na przekór. Dziś dużo się mówi o afirmacji, o tym, by wizualizować sobie sukces. Też się otaczałam ostatnio motywacyjnymi filmami, książkami, artykułami. Ale nasze pokolenie wychowywane było przez rodziców dorastających i funkcjonujących w innej rzeczywistości. Oni musieli walczyć o swoje, wszystko wydrapywać pazurami. Moja mama zawsze bała się, że będę rozczarowana porażką, więc mówiła na zapas, bym nie miała zbyt wielkich oczekiwań. To nie jest zarzut, martwiła się o mnie, a jej słowa wynikały z troski. Teraz myślę, że to złudne, bo jeśli się nie uda, i tak będzie mi smutno. Zatem jaki sens ma podejmowanie działania z założeniem, że nie wyjdzie? Wolę zaczynać z nastawieniem, że się uda, i zrobić wszystko, co możliwe, by tak się stało. Tak było z Michaelem Bublé. Wymyśliłam sobie, że chcę zaśpiewać z nim podczas jego koncertu w Polsce w 2019 roku. Wszyscy pukali się w głowę i pytali, po co mi to w ogóle… Udało się!**

Dojrzałam do tego, by mówić sobie wprost i głośno – uda się. Zajmę pierwsze miejsce, wygram, wydam płytę. Uważam, że jesteśmy kowalami własnego losu, chociaż mam świadomość, że nie wszystko od nas zależy. Ale wolę działać z pozytywnym nastawieniem.

Jakie inne cechy pomagają Ci w tym, co robisz?

Kiedy wydałam płytę, wiele osób gratulowało mi siły, odwagi i uporu w dążeniu do celu. To ciekawe, bo nigdy nie uważałam się za osobę o silnej woli, taką, która się nie poddaje. Ale kiedy to przeanalizowałam, pomyślałam, że rzeczywiście byłam zawzięta. Zdaję sobie sprawę, że czasem robię coś po omacku, ale jeśli czegoś bardzo chcę, nie odpuszczam i idę po swoje.

A czy jest cecha, której w sobie nie dostrzegasz, a wiesz, że przydałaby się w Twoim zawodzie?

Kiedyś myślałam, że nie radzę sobie z negatywnymi opiniami o mojej pracy, ale idzie mi z tym nieźle. Chociaż muszę powiedzieć, że jestem szczęściarą, odbiorcy traktują mnie łaskawie i spada na mnie niewiele krytyki. Czy to w przypadku programów telewizyjnych, w których brałam udział, czy przy okazji płyty – płynie do mnie mnóstwo dobrych słów, za które jestem niezmiernie wdzięczna.

Wiem, że trudno w to uwierzyć, kiedy obserwuje się moje media społecznościowe, ale bywam naprawdę nieśmiała. Podejście po drinka do baru, przy którym stoi mnóstwo osób, to dla mnie męczarnia. Łatwo nawiązuję relacje w pracy. Kiedy spotykam nowych ludzi, np. muzyków, wokalistów – wiem, że to osoby z mojego podwórka, przy których czuję się swobodnie, mamy wspólne tematy. Tak samo łatwo rozmawia mi się z tymi, którzy przychodzą na koncerty. Peszy mnie za to obecność osób bardzo popularnych. Mimo że są bardzo miłe. Czerwienię się (myślałam, że jak będę dorosła, to mi to przejdzie!) i krępuję – a nie chcę tego.

Fot. Magda Kaczmarek

A sprawiasz wrażenie osoby bardzo pewnej siebie…

Żadne inne momenty nie były dla mnie taką szkołą życia, jeśli chodzi o bycie na scenie, jak wesela. Na początku umierałam ze strachu przed powiedzeniem chociażby „dzień dobry”. Ale nie miałam wyjścia, musiałam mówić do gości, prowadzić zabawy.

Jeśli chodzi o konferansjerkę sceniczną, wiadomo, że to inna sytuacja niż wesele. Na początku się do tego przygotowywałam, zastanawiałam się, do czego chcę nawiązać i co opowiedzieć. Z czasem stało się to bardziej naturalne. Ale też – nie ukrywajmy – to kwestia wieku i doświadczenia. Kiedyś wieloma rzeczami bardziej się przejmowałam, dziś jest mi je dużo łatwiej zaakceptować. Jestem otwarta, bo mniej się zastanawiam, co mogę powiedzieć, a czego nie wypada. Kiedyś bym została w szpilkach na scenie do końca koncertu, nawet gdybym w nich już ledwie chodziła – dziś po prostu je zdejmuję. Jestem sobą, Karoliną. A ludzie po koncertach mówią, że jestem prawdziwa, że mi wierzą i dzięki temu wierzą też mojej muzyce. To najpiękniejsze, co można usłyszeć. Kocham pracę w studiu, nagrywanie jest dla mnie wielką przyjemnością, ale tego, co czuję na scenie, nie da się porównać z niczym. Energia publiczności to największa nagroda na świecie, a reakcje widowni tak mnie napędzają, że mogłabym w ogóle ze sceny nie schodzić.

Lubisz skupiać na sobie uwagę?

Wiesz, co się mówi o wokalistkach? Kiedy jadą na rowerze, mają lampkę skierowaną na siebie (śmiech). Czytałam kiedyś wywiad ze Zbyszkiem Wodeckim, który mówił, że uwielbia moment, gdy słyszy brawa, i że gdy schodzi do garderoby po drugim bisie, a one cichną, robi mu się smutno. Opowiadał, że kiedy miał długie przerwy między koncertami, brakowało mu atencji publiczności. Też to czuję i bez fałszywej skromności mogę przyznać, że uwielbiam stawać w świetle reflektorów na scenie. Lubię splendor i uznanie odbiorców. Na tym polega mój zawód, to mnie uskrzydla. Uważam, że nie byłabym dobra w tym, co robię, gdybym tego nie lubiła.

 Czy przypominasz sobie jakieś wydarzenia z przeszłości, które potraktowałaś jako porażki, a z czasem okazały się wartościową lekcją?

Zdarzało mi się zarzucać sobie, że zdecydowałam się na bardzo późny debiut, jeśli chodzi o własną twórczość. Ale dziś wiem, że to mój czas. Tina Turner zaczęła wielką karierę solową, kiedy miała czterdzieści dwa lata, więc wszystko jeszcze przede mną (śmiech).

Swego czasu bardzo żałowałam, że w „The Voice of Poland” w 2011 roku, kiedy występowałam tam po raz pierwszy, przegrałam z Mateuszem Krautwurstem. Miałam poczucie, że nie dano mi szansy na pokazanie pełni możliwości. Potem była kolejna edycja „The Voice…”, z której odpadłam, i „The Four”, którego nagrywanie po czterech odcinkach przerwała pandemia; wróciliśmy jedynie na odcinek finałowy. W tym ostatnim programie szło mi świetnie, miałam wspaniały repertuar, wygrywałam odcinki. Czułam, że to mój moment, ale nawet wtedy nie miałam jeszcze gotowego materiału na płytę. Wydawało mi się, że jak będzie trzeba, wydam coś raz-dwa; nie miałam pojęcia, jaki to żmudny i skomplikowany proces. Kiedy patrzę na te wydarzenia z dystansu, wiem, że to, co odczuwałam jako porażkę, przekułam w sukces. Dopiero teraz byłam gotowa, by podjąć wyzwania związane z płytą.

Czy warto w takim razie brać udział w talent shows?

Jak najbardziej. Przy okazji lekcji śpiewu powtarzam to moim uczniom, jeśli pytają – warto. Nad realizacją takich programów pracują ogromne ekipy, jest mnóstwo kamer. Dzięki temu można się nauczyć, jak radzić sobie z tremą i działać w sytuacjach powodujących stres. Nagrywa się tam setki, czyli takie krótkie wywiady. Żartuję sobie, że mam syndrom czerwonej lampki – zapala się i nagle umiem się jakoś składnie wypowiedzieć (śmiech). Przy okazji talent shows poznaje się mnóstwo ludzi – uczestników, jurorów, artystów, dziennikarzy. Niektóre znajomości zostają na lata. To było dla mnie wspaniałe doświadczenie.

Wspominasz o nowych znajomościach. A czy w takim środowisku można liczyć na prawdziwą przyjaźń?

Przyjaźnię się z Frankiem, Dawidem (Makoszem). No ale to faceci! (śmiech). Świat powątpiewa w przyjaźnie kobiet z tej samej branży. Niektórzy są przekonani, że rywalizacja przesłania wszystko i nie ma miejsca na wsparcie. Ale ja mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że takie więzi łączą mnie z Sabiną Jeszką czy Kasią Dereń. Polecamy się i wspieramy w każdej sytuacji, a nasze relacje są bardzo szczere.

Wbrew temu, co mówi przysłowie, uważam, że przyjaciół poznaje się w szczęściu. Oczywiście dobrze jest podtrzymywać się nawzajem na duchu w trudnych chwilach. Jednak jeszcze ważniejsze jest, kiedy ktoś szczerze i bez zawiści jest dumny i cieszy się z sukcesu tej drugiej osoby – to coś niesamowitego.
Dzięki Kasi, Sabinie, Kamilowi, Dawidowi mogę powiedzieć – tak, można w tym środowisku liczyć na prawdziwych przyjaciół.

Kiedy przyglądasz się temu, jak dochodziłaś do miejsca, w którym jesteś – czy coś byś zmieniła? A może czegoś żałujesz?

Niczego. Wszystko było po coś. Ok, może jednej rzeczy – grałam sześć lat na skrzypcach, zapowiadałam się na niezłą skrzypaczkę. Ale nie chciało mi się ćwiczyć. Mama powiedziała, że nie będzie mnie zmuszać. Skrzypce leżą w szafie, bo nie miałam serca ich sprzedać, Ciągle mam nadzieję, że do nich wrócę, chociaż na razie nie mogę się za to zabrać. Ale może kiedyś się uda i w końcu jakiś koncert ze skrzypcami się wydarzy.

Jesteś konferansjerem i podczas koncertu przedstawiasz Karolinę Leszko w pięciu słowach. Jakich?

Ale mi dałaś zadanie! Ja w pięciu słowach?! No dobrze… Odważna. Bezpośrednia. Otwarta. Doceniająca życie i wdzięczna za dobrych ludzi wokół siebie. To więcej niż pięć słów, ale wiesz, że ja nie umiem inaczej! (śmiech)

A konsekwentna?

Nadal siebie tak nie postrzegam. Wierzę, kiedy mówi mi to ktoś – jak Ty teraz. Albo powtarzam sobie to głośno przed lustrem. Na co dzień wciąż nie potrafię siebie za to docenić.

Spełniłaś wielkie marzenie – wydałaś płytę. I na pewno masz już kolejne plany?

Fot. Taras Atamaniv

Serdecznie zapraszam na moje koncerty z trasy „Wreszcie”. 16 lutego zagram w Kielcach, 21 – w Przemyślu, a 19 marca – w Rzeszowie.

Ale klarują się już kolejne pomysły.
Marcin Starzec, puzonista Orkiestry Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, z którą miałam okazję kilka razy współpracować, oraz piszący aranże Waldek Nowakowski (m.in. dla Ewy Bem, Kuby Badacha, Darii Zawiałow), od lat marzyli o założeniu big bandu. Znaleźli menadżerkę, która właśnie big bandem chce się opiekować. Zapytali mnie, czy chciałabym w to wejść – a ja przecież od dawna marzyłam, by śpiewać z big bandem, jak Bublé czy Nat King Cole! Razem z moją menadżerką, Anną Madalińską, spotkałyśmy się z pomysłodawcami projektu. Będzie nosił nazwę Nowakowski Big Band & Karolina Leszko. Chcemy grać standardy jazzowe, utwory instrumentalne, a także współczesne popularne rzeczy. To ma być uczta dla ucha, ale i oka, w dawnym stylu – eleganccy panowie, ja w pięknych sukniach, w kilku odsłonach podczas jednego koncertu.

Zapowiada się wyjątkowo! Ale z pewnością jakieś marzenia czekają jeszcze w kolejce?

Oczywiście! Chciałabym zapełniać sale i mieć publiczność, która będzie chciała wracać i słuchać mojej twórczości. I jeszcze… Napisałam razem z moją siostrą utwór „Dream”, którego nie zamieściłam na płycie, bo marzę o tym, by zabrzmiał z całą orkiestrą. I chciałabym go zaśpiewać z Michaelem Bublé… w Carnegie Hall w Nowym Jorku. Skoro „boska” Florence Jenkins tam wystąpiła, a nie umiała śpiewać, to dlaczego by nie Leszko? (śmiech). Mam nadzieję, że będę mogła Ci kiedyś opowiedzieć w wywiadzie, jak się śpiewało z Michaelem w Carnegie Hall!

Tego z całego serca Ci życzę! Dziękuję za rozmowę.

*Dziś Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej
**Zapis tego wydarzenia m.in. tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=l-NFMO-GIyg

Oficjalne profile artystki:

fb-share-icon

Dodaj komentarz