Spaleni słońcem – „Hair”

W pomieszczeniu panuje półmrok. Pozbawiona dekoracji scena z boków i z tyłu obramowana jest metalowymi konstrukcjami przypominającymi rusztowania. Z rozstawionych na niej naczyń ulatuje zapach palonych kadzideł, uderzający egzotyczną, duszną intensywnością.
Jesteśmy w hippisowskiej komunie sprzed prawie 60 (!) lat. W pustej przestrzeni pojawia się grupa młodych ludzi. Kobiety w zamaszystych, długich, kolorowych spódnicach i bluzkach w stylu etno, mężczyźni w haftowanych spodniach-dzwonach, fantazyjnych kamizelkach. Dżins, zamsz, kwiatowe wzory, opaski, mnóstwo biżuterii. I oczywiście długie włosy. Młodzi biorą naczynia w dłonie i rozpoczynają upojny taniec. Nadchodzi Era Wodnika…

Fot. Kamil Szpilski

Pod koniec lat 60. przez Amerykę przetaczała się rewolucja dzieci-kwiatów. Rzeczywistość, którą zaprojektowali dorośli – sztywne reguły, segregacja, brak tolerancji – uwierała i była dla nich nie do przyjęcia. Nie chcieli żyć jak rodzice, ginąć za ideały, które były im obce. Marzyli o wolnej miłości, odkrywali duchowość Wschodu i swoje wewnętrzne ja (drogą do tego aż nazbyt często były narkotyki).
Musical „Hair” uchwycił ducha tych przemian – można by rzec, że na gorącym uczynku. Spektakl z librettem Gerome’a Ragniego i Jamesa Rado oraz muzyką Galta MacDermota premierę na off-off-Broadwayu miał w 1967 roku, a na tym „prawdziwym” – w 1968. Był to rok uchwalenia ustawy o prawach obywatelskich, masowych protestów po śmierci Martina Luthera Kinga zabitego przez zamachowca, narastającego sprzeciwu wobec wojny w Wietnamie.

Musical od początku oburzał i szokował. Był hałaśliwy i kontrowersyjny. Nie do takich widowisk przyzwyczajona była mieszczańska publiczność. Swoboda seksualna, nagość na scenie? I jeszcze ta jazgotliwa muzyka! Podobno Leonard Bernstein wyszedł z przedstawienia. Ale i przedstawiciele kontrkultury tamtych czasów, jak John Lennon i John Fogerty (Creedence Clearwater Revival), nie pałali entuzjazmem, uznając je za nudne lub ukazujące temat w zafałszowany sposób. „Hair” został pominięty przy rozdawaniu nagród Tony. Zachwycił się nim za to Miloš Forman, który w 1979 roku zrealizował film (ten, dla odmiany, nie spodobał się autorom scenicznej wersji).
Spektakl był wielokrotnie wystawiany w różnych miejscach na świecie. W Polsce po raz pierwszy kultową produkcję na żywo można było zobaczyć w gdyńskim Teatrze Muzycznym (1999). A od 25 kwietnia ubiegłego roku „The American Tribal Love-Rock Musical” (bo tak brzmi jego pełen oryginalny tytuł) prezentuje Scena Relax. Został wyprodukowany przez Teatr Muzyczny Proscenium, za reżyserię odpowiedzialny jest Antoniusz Dietzius.

Warszawska inscenizacja uderza od pierwszych chwil dynamizmem dramaturgii i ogromem energii, która bije od całego zespołu. Młodzi artyści: stawiający pierwsze kroki w zawodzie studenci szkół aktorskich, wydziałów musicalu, a także wyłonieni w castingach amatorzy emanują nieudawanym entuzjazmem i witalnością. Ze swobodą wcielają się w role członków Plemienia. Ich żywiołowość i naturalność podkreśla choreografia Santiago Bello. Jest pełna zmysłowości, pierwotnej dzikości, od wykonawców wymaga dużej wytrzymałości i siły. A ci sprawiają wrażenie, jakby nie była dla nich żadnym wyzwaniem.
Szkoda, że nie zawsze można zrozumieć, co śpiewają wykonawcy – szczególnie w utworach zbiorowych. Nie wiem, czy to kwestia miejsca, nagłośnienia, czy jakichś problemów, które pojawiły się akurat tego dnia, gdy oglądałam przedstawienie.
Za to zasiadający z tyłu sceny zespół muzyczny pod kierownictwem Jarosława Praszczałka wywiązuje się z zadania w stu procentach, pozwalając rockowym songom wybrzmieć z odpowiednią mocą.

Fot. Wojciech Dobrogojski

Realizacja Proscenium w centrum stawia Plemię (Brać), a poszczególni bohaterowie funkcjonują bardziej jako zarysowani mocną kreską członkowie grupy niż zniuansowane psychologicznie osobowości. Niewiele wiadomo o Sheili (Angelika Izabela Kurowska) – w założeniu najważniejszej postaci kobiecej. Motywacje Bergera (Mateusz Tomaszewski), poza ocierającym się o wulgarność buntem przeciwko wszystkiemu, są trudne do uchwycenia. Wyjątkiem jest Claude Bukowski (intrygujący i ciekawy wokalnie Michał Talar). To najbardziej skomplikowana charakterologicznie postać musicalu, o której rozterkach widzowie mają okazję dowiedzieć się nieco więcej.

Wspomniałam na początku o minimalistycznych dekoracjach. Tym istotniejszą rolę w musicalu odgrywa światło Michała Piskorskiego i Krzysztofa Gantnera. Maluje barwne, psychodeliczne wizje, naśladuje reflektory nadlatujących śmigłowców, czerwonymi plamami zalewa umowne pole walki. Buduje klimat „Hair”, dopowiada znaczenia i kreuje symbolikę.

Moje wątpliwości budzi w kilku momentach sama tematyka spektaklu. W pierwszym akcie donośnie wybrzmiewa pragnienie wolności od wszelkiego przymusu, marzenie, by robić, co się chce. Tylko po co ta wolność? By żyć z dnia na dzień i swobodnie ćpać? Tak, wiem, libretto jest takie, a nie inne, i być może przemawia przeze mnie boomerski belfer. Jednak zastanawiam się, czy we współczesnym świecie, w którym fentanyl w USA przyczynia się co roku do śmierci tysięcy ludzi, a nasz kraj zaczyna być nazywany drugą Kolumbią w związku z ilością produkowanych narkotyków, można takie kwestie pozostawiać bez komentarza i refleksji nad recepcją. Tym bardziej, że na spektaklu, na którym byłam, grupy młodych osób pomalowanych i ubranych w stylu hippie, reagowały bardzo żywo i emocjonalnie, udowadniając, że „Hair” trafia w ich wrażliwość i potrzeby.

Drugi akt jest mocnym, nietracącym na aktualności oskarżeniem wojny i agresywnej polityki. W chwili, gdy piszę tę recenzję, za wschodnią granicą nie ustają ataki na ukraińskie miasta, protestujący giną pod kulami irańskiego reżimu (ich liczba według oficjalnych danych przekroczyła pięć tysięcy), a Stany Zjednoczone pieczętują unię władzy, religii i biznesu, przesuwając się w stronę fundamentalistycznego Gileadu. Nic dziwnego, że pełna gniewu rebelia w „Hair” przeciwko rzeczywistości meblowanej przez dziadersów brzmi tak głośno i dobitnie.

Finałowe „Let the Sunshine In”, song, który można nazwać hymnem pokoleniowym, ma w sobie ogromną siłę. I nadzieję – wbrew temu, co się wydarzyło. Być może jest ona nieco naiwna, ale nie ma w tym nic złego. Bo jakie mamy prawo, by niszczyć w młodych przekonanie, że – mimo wszystko – mogą zmienić świat na lepsze?
Zatem „niechaj słońce świeci mocniej!”.

„Hair”, Teatr Muzyczny Proscenium, Scena Relax, 17 stycznia 2026r.

Inscenizacja i reżyseria – Antoniusz Dietzius
Choreografia – Santiago Bello
Kierownictwo muzyczne – Jarosław Praszczałek
Scenografia i rekwizyty – Antoniusz Dietzius, Bartłomiej Szrubarek, Mateusz Otłowski
Kostiumy – Paulina Skowrońska
Reżyseria światła – Michał Piskorski, Krzysztof Gantner
Reżyseria dźwięku – Artur Jóźwik

George Berger – Mateusz Tomaszewski
Claude Hooper Bukowski – Michał Talar
Sheila Franklin – Angelika Izabela Kurowska
Starsza – Marta Rodziejczak
Starszy – Mateusz Otłowski
Plemię/ Brać – Liudmyla Aisata-Bolli, Emilia Batko, Anna Fijałkowska, Weronika Jeleśniański, Karolina Łykowska, Natalia Podsiadła, Dominika Sobol, Karina Szurek, Wiktor Bałtaki, Jakub Boros, Daniel Hutor, Antoni Łuczak, Bartłomiej Szrubarek, Rafał Tomaka

oraz zespół muzyczny pod dyrekcją Jarosława Praszczałka

fb-share-icon

Dodaj komentarz