Memento mori… et carpe diem! „Beetlejuice”
Najpierw jest uroczysty pogrzeb. Niedługo potem (uwaga – spoiler!) ginie para głównych bohaterów: Barbara i Adam. Byli nieco roztargnieni za życia, toteż w nowej dla nich, pośmiertnej sytuacji tym bardziej potrzebują przewodnika. I oto zjawia się, cały na czarno-biało, niejaki Betelgeuse* (wymawiany jako Beetlejuice) – prowokujący, bezczelny, raczej nieświeży i całkiem nieżywy truposz-voyeur, dokonujący ekscentrycznych wyborów modowych i hałaśliwy niczym Metallica na Śląskim. Ot, Wergiliusz taki – na miarę czasów i możliwości. Z impetem przejmuje dom, umrzyków-żółtodziobów oraz scenę. To początek zupełnie-nie-boskiej komedii będącej prawie trzygodzinną jazdą bez trzymanki na pustynnym czerwiu, w Zaświaty i z powrotem, z krótką przerwą…

